Nagle na ulicy Belgradu, w wielotysięcznym tłumie, zapada cisza. Widzę wzruszone, pełne determinacji twarze. Kiedy ostatni raz czułam tak mocno energię ludzi? Podczas czarnych protestów, przypominam sobie, ale kiedy właściwie to było? Co zostało z naszego wielkiego, pięknego zrywu kobiet? I co to znaczy, gdy setki tysięcy wychodzą na ulicę, by walczyć o coś, w co wierzą?
Wielomiesięczne protesty w Serbii zaczęły się od tragedii 1 listopada 2024, gdy wiata świeżo wyremontowanego dworca w Nowym Sadzie zawaliła się na stojących pod nią ludzi i zabiła 16 osób. „Pod tą wiatą stała cała Serbia” – mówią mi ludzie.
Kto był odpowiedzialny za tak spektakularne nieszczęście i porażkę państwa? Nikt. Rząd umył ręce, architekci wzruszyli ramionami, kontrola budowlana nie zabrała głosu, bo wcale jej nie było.
– W Serbii odbyły się pierwsze protesty, dosyć niemrawe – wspomina Ilir Gashi, dziennikarz, z którym spotykam się w belgradzkim barze Idiott. – A potem ktoś wpadł na pomysł, żeby podczas protestów wprowadzić minutę ciszy dla każdej z ofiar katastrofy. 16 ofiar, 16 minut. Wiesz, co to znaczy stać w bezruchu przez 16 minut i milczeć? Przez pierwsze kilka minut po prostu czujesz się dziwnie i jest ci niewygodnie. Ale potem to wrażenie znika. Zaczyna się medytacja, podróż do wnętrza. Zastanawiasz się nad tym, co przydarzyło się ofiarom, i wiesz, że to mógł być twój los. Ich ból cię dotyka. Uświadamiasz sobie, że życie w Serbii to ból. I że jesteś w tłumie milczących ludzi, którzy myślą tak samo, i czujecie, że razem macie siłę, żeby coś zmienić.
– Nie byłoby tak wielkich protestów, gdyby nie te 16 minut ciszy – stwierdza Ilir, a ja się zastanawiam, czy może mieć rację. Czy to możliwe, że protesty w Serbii wybuchły z tak wielką siłą, bo cisza zaczęła w ludziach krzyczeć? Jak wielką siłę może mieć zbiorowe milczenie?
W czerwcu 2025 r. stoję na ulicy Belgradu w tłumie i po 16 minutach ciszy czuję, jak tłum eksploduje krzykiem, gwizdami, biciem w bębny. Huk rozsadza mi głowę. Słyszę gniew ulicy, a także jej siłę.
Mężczyzna w moim wieku mówi ze łzami w oczach: „Myśleliśmy, że to nowe pokolenie jest wpatrzone w telefony, otępiałe jak zombie, a tymczasem ono okazało się lepsze od nas. Młodzi chodzą po wsiach, rozmawiają z ludźmi o polityce, namawiają, żeby stawiać opór. Gdy studenci wychodzą na ulice, żeby protestować, zapisują flamastrem na ramionach numery telefonów swoich bliskich. My nie byliśmy tak odważni jak oni….