Tytułowy bohater Człowieka bez przeszłości (Markku Peltola) nie pamięta swojego nazwiska i życiowej historii, nie posiada też żadnych dokumentów, które byłyby w stanie poświadczyć, że jest on częścią otaczającego go świata. Po tym, jak lokalna banda rzezimieszków masakruje mężczyznę, traci on dosłownie wszystko. I to w tym momencie rodzi się prawdziwa magia.
Na dole drabiny społecznej działa niewidzialna, lecz niezwykle skuteczna sieć wzajemności. Ludzie dzielą się z tajemniczym przybyszem – określanym przez nich jako „M” – talerzem zupy czy kocem, poświęcają mu swój czas i uwagę. Jak przystało na Finów, nie pada tu zbyt wiele słów, co nie znaczy, że przestrzeń ciszy nie może wypełnić się znaczeniami. Wspólnotę budują przede wszystkim gesty. Nawet te najdrobniejsze, tylko pozornie błahe. Kiedy „M” pyta się nieznajomego mężczyzny, ile jest mu winien za pomoc, ten odpowiada bez mrugnięcia okiem: „Gdy ujrzysz mnie w rynsztoku, po prostu odwróć mnie na plecy”. W kontraście do bezdusznych okienek urzędów, które nie mają za bardzo chęci i pomysłu na to, jak rozwiązać biurokratyczny problem głównego bohatera, właśnie „w nizinie” powstaje alternatywny – i zdecydowanie bardziej użyteczny – „kontrakt społeczny”.
Jak się okazuje, własną egzystencję można zbudować na nowo z okruchów i odpadów. Bohaterowie czerpią ze sfery „drugiego obiegu”: przywracają wartość nie tylko przedmiotom, ale też czynom czy melodiom. Zardzewiały kontener staje się mieszkaniem, nielegalnie dociągnięty prąd – światłem i ciepłem domowym, a stary jukebox czymś na wzór „małego ołtarzyku”, który przynosi ukojenie. Specyficzny, niekiedy poetycko-absurdalny optymizm filmów Akiego Kaurismäkiego polega na wynajdowaniu piękna mimo niedostatku. Jeśli coś da…