Pamięci Jana Sasora, górnika z kopalni Janina, beskidzkiego pustelnika, budowniczego Arki.
Mężczyzna opowiada: Nie jesteś pan pierwszy. Coraz tu więcej ludzi przyjeżdża, chodzą, rozglądają się, szukają. Ale nie znajdują. Ciągnie ich. Jak magnes, no, jak jakiś magnes, panie. Przez lata było cicho, Schron niszczał, tylko miejscowi wiedzieli o nim. A teraz nic nie ma, nic nie zostało. W internet jeszcze jakieś zdjęcia ktoś wrzucił i ludzie wierzą, że Arka stoi. Chcą zobaczyć. No i jest to rozczarowanie. Pan jest rozczarowany? Trochę? No właśnie. Każdy jest trochę rozczarowany, bo polana została i widok został, i trawa pachnie i żywica. Słyszy pan, jak owady buzują? Niech pan spojrzy pod słońce, ile ich tu lata! Takie to miejsce, jakby chciało człowieka zatrzymać na dłużej. Dziedziny nie widać, lecz przecież to blisko i ścieżka całkiem, całkiem. I potem odchodzą stąd i niejeden myśli, że może i lepiej, że jej nie było, bo bez Jasia Anioła Arkę zaśmiecili, zaniedbali, jakby chcieli zniszczyć, zadeptać tę historię. Tak było, proszę pana. Rozczarowałby się pan, bo w tych ostatnich latach Schron to już bardziej był śmietnik niż co innego. Jak zniknął? Dobre pytanie. Najpierw po kawałku znikało to, co się przydać na coś mogło, potem to, co na złom można było wywieźć, potem to, czym w piecu napalić można. Chodź pan, pokażę panu, gdzie stała dokładnie. Trawa wysoka, czasem tu się żmije wygrzewają, trzeba uważać. O tu, proszę pana. Beze mnie by pan nie zauważył, ledwo widać obrys fundamentu, a tu kamień narożny, a tam drugi. Widzi pan? No właśnie! Historię pan zna? Wyczytał pan w przewodnikach jak wszyscy. Trudno, żeby inaczej. Może to i dobrze? Może to i starczy? Ludziom ta historia się podoba. Przyjeżdżają. Coraz tu więcej ludzi przyjeżdża, chodzą, rozglądają się, szukają. Jak pan! Nie znajdują, wracają, ale pamiętają. Czego więcej trzeba ludziom, jak pamiętać? My tu też pamiętamy, bo żył tu z nami telkie lata, telkie lata. Prawda, jedni chcą zapomnieć, pamięć im ciąży jak wyrzut sumienia, ale im bardziej chcą zapomnieć, tym bardziej pamiętają. Nie ma rady. O czym to ja, tak, lata… lata i zimy, a wiesz pan, zimy kiedyś to były zimy. A on tu i zimą mieszkał. Bez prądu, bez bieżącej wody. A za całe ogrzewanie miał kozę taką, a co taka koza, panie, nagrzeje. Wiesz pan, co to koza? Ciężkie miał te zimy. Ludzie mu chcieli kąta użyczyć, choćby w mrozy, jak ścięły. Zapraszali, ale on nigdy z gościny nie skorzystał. No i zobacz pan, zacząłem panu opowiadać, co pamiętamy, a może to pana nie obchodzi, może pan czasu nie ma. Ma pan czas? Ciekaw pan jesteś? To opowiem, co mam nie opowiedzieć? Do grobu historii nie wezmę. Niech idzie w świat. Zapiszesz ją pan, może w gazecie wydrukują? Słońce jeszcze nie zachodzi. Zajdziemy do schroniska, napijemy się zimnego piwa, to lepiej się będzie rozmawiało. Nie jest daleko, pójdziemy Jasiową Ścieżką. On ją przedeptał, bo to skrót, wyżej, trochę stromo i dziś prawie całkiem zarosła, ale jeśli pan naprawdę ciekaw, to droga panu nie będzie straszna. *** Tak, teraz widzi pan. To już nie schronisko takie jak kiedyś, tylko jakiś lunapark. Gdyby nie to zimne piwo, to bym tu pana nie zabrał. Już nie lubię tego miejsca. Za dużo tu wszystkiego. W górach tak być nie powinno, żeby od tych widoków nie odciągało. A kiedyś to wiesz pan: bufet, parę drewnianych ław i prycze dla turystów. W tych czasach lubiłem tu czasem przychodzić, rzadko, jak robota pozwalała, ale ludzie ze świata tu zachodzili różni ciekawi, zaprawieni, nieprzypadkowi. Można się było dużo nauczyć. I Jasiek tu chodził. Pomagał za talerz zupy. Co robił? A mało to roboty przy takim schronisku? Trzeba drew narąbać, odśnieżyć, sople z dachu ukruszyć, latem siano na łące zebrać, kartofli naobierać dla kuchni. A ile napraw było! A Jasio przecież górnik. Lata pod ziemią przepracował, przy różnych maszynach, taśmociągach, kombajnach, Bóg wie czym. Jak się u nas pojawił, to szybko ludzie się połapali, że złota rączka. My tu w górach mieszkamy, to wie pan, naród zaradny i jak chłop nie zna się na elektryce, mechanice i budowlance, to nie chłop, ale drugiego takiego jak Jasiu Anioł to tu nigdy nie było. No nic, napijmy się tego piwa, póki piana gęsta. Wiesz pan, Jasiu nie od razu dorobił się przezwiska Anioł. On w ogóle nie pojawił się od razu. To były inne czasy. Bo musisz pan wiedzieć, wcześniej komuna była jak młoda panna i kawalerowie za nią szli. Dużo im obiecywała, to nie ma się co dziwić. Ja się nie dziwię. Świat nie był sprawiedliwy nigdy, a wojna, jeszcze taka jak ta ostatnia, to sam pan wiesz. A komuna przyszła i mówi: będzie sprawiedliwość i nie będzie krzywdy, nie będzie wojny i będziecie żyć w pokoju. Jechałeś pan przez wieś? Widziałeś, jakie domy wtedy budowali – na pokolenia. Wielkie chałupiska. Ludzie z tych drewnianych łupin w te wielkie chałupy w jedno pokolenie przeskoczyli, bo komunie uwierzyli. Teraz te puste piętra straszą i ogrzać tego nie ma jak. Co obrotniejsi przerobili na pokoje gościnne. No, tyle zostało z obietnic komuny, ale jak Jasiu u nas się pojawił, to komuna była, pan wybaczy, stara lafirynda. Zmalowana, wyperfumowana, lecz każdy już widział, że stara i do niczego niezdatna. No i wtedy wybrali Wojtyłę na papieża. Dzisiaj się ludzie śmieją. Niech się śmieją, ale wtedy to był, jak mam to panu powiedzieć? To był znak. Przecież on z naszych stron, chodził po tej samej ziemi co my! Bo wie pan, ludzie muszą w coś wierzyć. Albo komuś. Lepiej, żeby wierzyli w dobre niż w złe. Nie wiem, czy Jasiu uwierzył komunie. Był z tego pokolenia powojennego, że mógł. Bo wie pan, jeśli ze wsi wyjechał do pracy do kopalni, to na pewno jakoś wierzył. W co wierzył? Czy to ważne? W to samo co wszyscy? Że nie będzie wojny i że będzie sprawiedliwość. I że motor kupi, że na mieszkanie odłoży, ożeni się i dzieci do szkół pośle, żeby nie musiały się tak mordować jak ojce, jak dziady? Musieli go szybko przyuczyć fedrować tam na dole. Nigdy nie byłem w kopalni. A pan był? Udusiłbym się. Ja się tu urodziłem i tu chcę umrzeć – góry, smreki, dużo powietrza. A tam co? Wszystko na opak! Ja to, wie pan, jak komuś grób kopią, to boję się do tego dołu zajrzeć, a co dopiero taka kopalnia. Ale Jasiu uwierzył, że fedruje lepszy świat. Uparty był w tym, co robił, a jak robił, to nic innego się nie liczyło, tylko ta robota. Taki też musiał być w tej kopalni. Górnikom komuna dobrze płaciła, ale nie miała dla nich litości. Brała, ile mogła, i jeszcze więcej. Inni zazdrościli, ja nie, a pan? I fedrowali, aż w końcu jakiś wybuch czy zawał i koledzy ze zmiany Jasia już na górę nie wyjechali. Jak to było naprawdę – nie wiem, ale Jasiu po tym wypadku na dół już nie zjechał. Miał swoje lata, prawda, ale do emerytury trochę mu brakowało. Komuna postanowiła się jednak nad Jasiem zlitować. Wysłała go na jakąś komisję, a komisja uznała, że rozum stracił. Dali mu rentę i podziękowali za dalszą pracę. Wtedy Jaś zaczął pojawiać się u nas na Beskidzie. Nie od razu się ludzie do niego przekonali, nie od razu. Po wsi szło, że jakaś kocia wiara się kręci albo że jakiś Polonus w górach hotel będzie budował dla bogaczy partyjnych i z prywatnej inicjatywy. Tak się wtedy mówiło, pamięta pan? Ludzie u nas nieufne. Jak mają być ufne, skoro tyle razy im świat odpłacał po swojemu? Więc Jasiu się kręcił, zwoził te swoje blachy i deski. Z desek szałas budował, blachami obijał. Dziwowali się ludzie, bo nikt tak przecież nie buduje… Bo to pan wyczytał, że w Schronie drzwi nie było, prawda? No nie było, bo jak by miał nadejść Potop, to Schron miał się unieść i zamienić w Arkę i w tej Arce Jasio miał się uratować jako ten mąż sprawiedliwy. Do Schronu wchodziło się przez dach, jak do jakiejś łodzi podwodnej. Jasiu do wsi zachodził, jak nie zachodzić. A to chleba kupić w GS, a to gwoździ mu brakło, ale to pan wiesz, nic nad potrzebę. Plotki o nim szły najróżniejsze, najstraszniejsze, że wszystkich nie wymienię. Matki przed nim dzieci przestrzegały, a proboszcz na kazaniu jakąś nową chorobą straszną z Ameryki straszył i wszyscy wiedzieli, czemu o tym mówi. Zdarzyło się raz, że okropna była burza w Beskidzie. Pioruny tłukły jeden za drugim, a deszcz lał tak, jakby ten Potop naprawdę miał nadejść. I uderzyło w taki rozłożysty buk, który przy chałupie Matysów rósł w samym środku dziedziny. Piorun nadłamał wielki konar, taki, co prosto nad dachem wisiał. Gdyby się odłamał całkiem, potrzaskałby dach z krokwiami. Tylko burza ucichła, chłopy się zebrały i radzą, choć rada była jedna – konar obwiązać linami do traktora, a na drzewo wysłać pilarza, żeby dokończył, co wichura zaczęła. No i modlić się, że traktorem odciągną konar, żeby na dach nie spadł, tylko obok. Możesz pan sobie to wyobrazić. I tak się złożyło, że wtedy Jasio był we wsi, z pomocą się zaoferował, doradził, żeby nie za traktorem, tylko żeby ludzie same chwyciły powróz, bo ciągnąć trzeba z wyczuciem, żeby większej katastrofy nie było, żeby pilarza nie ukrzywdzić. Przekonał, o dziwo, za sznur chwycił razem z naszymi, a jeszcze doradził, jak najlepiej konar uwiązać, a jak ciąć…