Subskrybuj
Powieściopisarka. Za swój debiut Atlas: Doppelganger otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. Za drugą książkę, Zimowlę, otrzymała Paszport „Polityki” oraz nagrodę Odkrycie Empiku. Ostatnio opublikowała zbiór opowiadań Samosiejki. Laureatka stypendium „Młoda Polska” i Stypendium Twórczego...

Drzemki, czyli prawdziwe podróże w czasie

Ludzie z przyszłości świetnie wtapiają się w odwiedzaną rzeczywistość i trudno się zorientować, że oni to oni. Niechętnie dzielili się swoją wiedzą, z nieznanych nam wtedy, wówczas ludziom bieżącym, przyczyn. Oczywiście pojawił się szereg teorii, naukowych i nienaukowych, empirycznych, matematycznych, filozoficznych, socjologicznych, a także marketingowych.

Dzień dobry państwu,

chciałabym rozpocząć moje wystąpienie od podziękowań: dziękuję nie tylko za zaproszenie, ale i za pełną otwartość na niestandardową formę kontaktu, którą zaproponowałam szanownym organizatorom dzisiejszej konferencji. Zanim przejdę do sedna referatu, proszę o zwrócenie uwagi na listę terminów i definicji, które za chwilę zobaczycie państwo na slajdzie…

Klik, klik.

Na obrazie z projektora zobaczyliśmy pulpit ze znajomą łąką. Kursor jak duszek przesunął się ku folderowi KING-STONE, a chwilę później załadowała się prezka.

Prelegentka wyglądała na zestresowaną.

Pomarańczową wiązką wskaźnika laserowego przesunęła po zapisanych w formie listy terminach na pierwszym slajdzie:

– „Mapa czasu” to oś czasu wyobrażona w formie kartograficznej, gdzie określenia takie jak „przed” i „po”, „wcześniej” i „później” należy interpretować w kategoriach zbliżonych do geograficznych…

Tłum sennie wpatrywał się w prezentację. To była piąta godzina konferencji. Zaraz miano nam serwować podwieczorek. Jedzenie było świetne, catering podczas przerwy śniadaniowej okazał się ścisłym top konferencyjnej gastronomii. Sięgnęłam do torebki i ukradkiem wyjęłam stamtąd pasztecik z nadzieniem warzywnym. Wsadziłam go w całości w usta i ignorując zazdrosne spojrzenie sąsiada z krzesła obok, wbiłam wzrok w slajd. Te marketingowe głupoty były i tak wciąż znacznie ciekawsze niż godzinny blok o SEO, który musieliśmy przecierpieć rano.

– Kolejny termin – ciągnęła nieśmiałym głosikiem dziewczyna – czyli „ludzie bieżący”. Inaczej ludzie receptywni, ludzie teraźniejszy, chociaż obecnie postuluje się odejście od tego ostatniego określenia z powodu nadmiernej jego względności. Pozwoliłam sobie jednak na zamieszczenie go na prezentacji dla państwa, bo inaczej trudno byłoby wam to, co chcę powiedzieć, w ogóle zrozumieć.

Poczułam się dotknięta. Co to za typiara? Myśli, że jakichś głupot z analiz marketingowych nie pojmę? Lasia, jak ty się uczyłaś obsługi pierwszej gry na tablecie, to ja już śmigałam w CRM-ach jak pojebana.

Sięgnęłam po kolejny pasztecik.

Sąsiad obok się oblizał. Zrobiło mi się go żal. Podsunęłam mu ukradkiem torebkę i zachęciłam bezgłośnie, żeby się czymś poczęstował. Zapuścił do środka żurawia z takim entuzjazmem, jakby trafił do firmowego sklepu Haribo tuż przed świętami.

Wziął sobie, cholera, jedyny pasztecik na słodko, który mi został.

Tak się kończy bycie zbyt życzliwym, człowiek zostaje bez niezbędnego cukru już na początku czterdziestominutowego wystąpienia – zerknęłam na zegar, który został ustawiony na scenie. Ciekawe, ile firma tej babki musiała zapłacić za tak długą prelekcję. Moi szefowie z trudem przełknęli zabudżetowanie dziesięciominutowej prezentacji. Agencja Monitoringu Sieci, topowy gracz na rynku analiz rynku (taki mają slogan, nic na to nie poradzę, „rynek analiz rynku, najlepsi na rynku…” I know, cringe, ale, jak widać, działa).

– …oczywiście hasło „podróżnicy z przyszłości” jest bardzo nieprecyzyjne, dlatego należy traktować ten termin jako umowny, wprowadzający państwa do skomplikowanego tematu, bez zagłębiania się w analizę matematyczną…

Czas na elektronicznym zegarze zdawał się stać w miejscu. Zerknęłam po sali. Część osób skrolowała komórki, część wgapiała się z nieobecnym wyrazem twarzy w tarczę zegara, który wskazywał zarazem pozostały czas prezentacji (trzydzieści dziewięć minut), jak i minuty dzielące nas od zaserwowania należnego nam – opłaconego przecież przez nasze firmy – cateringu (wciąż trzydzieści dziewięć minut!).

– Dlatego zdecydowaliśmy z moim teamem, żeby pominąć takie terminy jak „podróżnik bieżąco-przyszłościowy”, „kaskadowy” oraz „uberprzyszłościowy”. Osobom zainteresowanym oczywiście chętnie prześlemy dodatkowe materiały na ten temat, wystarczy, że zostawicie państwo swoje dane kontaktowe.

Oho, i jeszcze zbieranko danych. Fachowcy. Jak dobrze je sprzedadzą, to im się może wpisowe zwróci…

Nie no, bez jaj. Nawet na sprzedaży danych nie można takiej kaski zarobić jak na tych konfach.

– Kolejne kluczowe hasła, które nas interesują…

Kobieta przeskakiwała pomarańczowym laserkiem po definicjach coraz szybciej, za to zegar odliczający czas jej prezentacji zdawał się wciąż stać w miejscu. TRZYDZIEŚCI OSIEM MINUT. Westchnęłam. Chciało mi się spać. To pewnie z braku świeżego powietrza. Nie wychodziłam na zewnątrz od czterech dni, tylko pokój hotelowy, sala konferencyjna, pokój hotelowy, sala konferencyjna, a nie, sorry, jeszcze garaż podziemny. A te klimatyzowane pomieszczenia…

– …oraz zesłańcy, osiedleńcy i uchodźcy.

Na hasło „uchodźcy” kilka osób się poruszyło. Kiedy jednak zorientowali się, że nikt nie oczekuje od nich demonstracji społecznego wzmożenia, natychmiast się uspokoili.

Dobry trik, pomyślałam. Takie krótkie hasła klucze, które dają stuprocentową pewność na reakcję emocjonalną, niezły zmysł reklamowy ma ta mała. Spojrzałam na nią życzliwszym okiem. Od razu zaczęłam robić w głowie listę użytecznych terminów. Smoleńsk, Wołyń i Banderę umieściłam najpierw na początku, ale po chwili zastanowienia uznałam je jednak za zbyt specjalistyczne. Tutaj dobrze funkcjonowałyby bardziej uniwersalne łapacze uwagi. Ekologia… Nie, za słabe. O! Ekolodzy.

– Pierwsi udokumentowani podróżnicy z przyszłości pojawili się w naszym, czyli w moim i mojego teamu, świecie w roku dwa tysiące pięćdziesiątym ósmym. Wydaje się jednak oczywiste, że podróże w przeszłość musiały odbywać się także na ten obszar mapy czasu, który jest umiejscowiony przed historyczną cezurą dwa tysiące pięćdziesiątego ósmego roku. Niestety, nie mamy na to żadnych dowodów.

Kilka osób wyszło. Odważni. Albo po prostu głupi. Catering serwowano na scenie, więc ci, którzy zostaną do końca ostatniej prezentacji, będą pierwsi w kolejce do bemarów. A podobno mają być krewetki i ostrygi (w ostrygi nie wierzyłam, ale krewetki były prawdopodobne).

– Ludzie z przyszłości świetnie wtapiają się w odwiedzaną rzeczywistość i trudno się zorientować, że oni to oni. Niechętnie dzielili się swoją wiedzą, z nieznanych nam wtedy, wówczas ludziom bieżącym, przyczyn. Oczywiście pojawił się szereg teorii, naukowych i nienaukowych, empirycznych, matematycznych, filozoficznych, socjologicznych, a także marketingowych. – Przywołam je w tym raporcie, najpierw jednak pozwolą państwo, że nakreślę ogólny zarys sytuacji, która dotknęła ludzi bieżących: oficjalnie od roku dwa tysiące pięćdziesiątego ósmego, nieoficjalnie od nie wiadomo kiedy. Nie znamy pełnej skali odwiedzin czasów bieżących. Oczywiście posiadają je, przynajmniej w formie estymacji, ci z przyszłości, ale – westchnęła – współpraca międzyczasowa nie układa się najlepiej.

Ciekawe co ona sprzedaje? – zastanawiałam się, walcząc z coraz większym pragnieniem drzemki. Sąsiad po prawej, ten, co mi zeżarł słodki pasztecik, właśnie zaliczał przyśpieszony crash cukrowy i cicho pochrapywał. Kopnęłam go, bo nienawidzę, jak ktoś chrapie. Podskoczył na krześle. Hehe. Nie ma takiego chrapania!

Ale jej dziwaczny pitch sprzedażowy napisali – wróciłam myślami do dziewczyny z marketingu, która wciąż walczyła na scenie. No, współczuję, takie pierdy musieć firmować własną twarzą. Na dodatek właśnie zacięła jej się prezentacja. Próbowała zresetować PowerPointa, ale wszystko na ekranie się zmroziło. Laska wyglądała, jakby miała zaraz wpaść w panikę. Młoda jeszcze – spoglądałam na nią z wyższością czterdziestolatki, która zjadła zęby na gównopowerpointach i branżowych cateringach przerw kawowych.

Szczerze mówiąc, byłam w ogóle zdziwiona, że ktoś jeszcze używa PowerPointa.

Dziewczyna wyglądała na zupełnie bezradną.

Nikt z organizatorów nie kwapił się, by jej pomóc. Ciekawe, czy na sali w ogóle był ktoś z organizatorów. Jeśli tak, to straszni frajerzy. Siedzieć i słuchać tych pierdów z własnej woli? Podejrzewałam jednak, że przebywali właśnie gdzieś na Malediwach czy innej Jamajce i grzali dupska w słoneczku, podliczając bitcoiny na kontach kryptowalutowych.

Okropnie im zazdrościłam.

Jak zwykle w takich sytuacjach natychmiast się strasznie wkurwiłam z tej zazdrości, a potem z tego wkurwu zrobiło mi się żal dziewczyny. Na oko miała maks dwadzieścia pięć lat, a pewnie była młodsza, no, raczej na pewno młodsza, make up dodawał jej powagi. Wysłali stażystkę? Typowe.

Dziewczyna spojrzała bezradnie na widownię. Te kilka osób, które zainteresowało się zmianą konferencyjnego rytmu – jedyne, co jest interesujące na takich eventach, to fuck-upy, każdy stały bywalec wam to powie – natychmiast uciekło wzrokiem. I wtedy spojrzenie dziewczyny spotkało się z moim.

Zaskoczyło mnie to do tego stopnia, że mimowolnie się do niej uśmiechnęłam. Rzadkie momenty ludzkiego kontaktu w bigosie networkingu. – Pomogę pani – powiedziałam. A co mi tam. Wstałam z krzesła i wlazłam na scenę. Kurde, mam nadzieję, że nie każą nam za to dodatkowo płacić… W końcu miałam na sobie garsonkę z logo naszej firmy na plecach. Przezornie odwróciłam się tak, by kamery nie łapały nadruku, i ruszyłam w stronę dziewczyny bokiem. – Nie umiem tego obsługiwać, przepraszam, pierwszy raz coś takiego widzę… Nasz historyk technologii wyjaśniał, ale coś pomyliłam chyba – szepnęła cichutko dziewczyna, kiedy się zbliżyłam, ale najwyraźniej zapomniała, że ma wciąż włączony mikroport, więc po sali rozniósł się delikatny śmiech. Ech, ci młodzi ludzie, no, nic nie ogarniają. – Pani da – mruknęłam i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Walczę o życie bez strachu