MIÓD
Cześć, jestem miodem, pierwszy raz przelewam słowa na papier, lepię się i nie opuszczę tej historii, zaopiekuję się nią, przytulę ją na żółto, z żółci przepłynę brązem i pomarańczą, plamą, ogarnę, wytrę twarz, najsłodszą buzinkę opowieści, pogładzę ją po plecach, ukołyszę, skleję, ciepło, mam ją w kierunku mojego spadania, w lekkim odchyleniu skapywania, wejdę na jej szyję i zasklepię jej wdech i wydech, stłumię jej lęki i obawy, powącham i obleję je sobą, ogarnę, załatwię, poliżę, wyciągnę z niej wątpliwości, by patrzyła na światło jak na miód, i na padające cienie jak na miód, lampka przed snem miodem sącząca się, odbite miodem spoiwo powolnego i spokojnego kroku opiekunki, idzie, idzie, idzie i wtedy historia lepi się od treści: była sobie zwykła opiekunka, której zabrakło miodu do herbaty, a gdy okazało się, że gdzieś się znalazł, zastygł jej w gardle, jakby wsunęła do niego szynę miodową, nie dusiła się, ale razem z dzieckiem śmiała się i dłubała w gardle słonymi paluszkami, zostawiając na tej szynie wklęsłe wzorki, i nagle wypłynęła z jej gardła miodowa orteza w kształcie kreta, a ona powiedziała głośno do dziecka: kret oznacza podstęp, sekret, dobrą pamięć, determinację, wnikliwość, a ślepota kreta jest jak miodna ślepota, gdy zalewam coś złotawym kolorem, pożądam zespolenia przedmiotów, istot i zjawisk, ich wyrozumiałości, dziecko przytaknęło, a jako miód dodałem szybko, by wpłynąć na dziecko: zaś sen o krecie to znak, by oddać się intuicji, zaufać dotykowi i wzrokowi, a jeśli nie uda się tego skojarzyć z ciężką pracą, podobną do tej, którą wykonują mrówki czy pszczoły, albo z pracowitą duszą dziecka, to trudno, ja będę lał się dalej, jak czas, jak wodospad, jak krecie drążenie nienazwanego, osiądę wreszcie, ale w najmniej oczekiwanym momencie, wtedy dziecko przytaknęło, opiekunka zawahała się, lecz nic nie odpowiedziała. Zastygłem.
PSZCZELENIEC
Chciałem cię poznać, tylko dlatego, że miałaś miodowe oczy. Nie była to wyłącznie kwestia koloru, ale procesu, jaki przebiegał w twojej gałce ocznej. Znalazłem na to słowo, przekopując specjalistyczne materiały dotyczące pozyskiwania miodu. W twoim oku zachodziła regurgitacja nektaru, przez co mój żołądek zapadał się w rozkoszy, jakby wytwarzane przez ciebie enzymy spojrzenia przekształcały cukry zawarte w nektarze oka. Umieszczałem każde twoje spojrzenie w osobistym plastrze miodowej refleksji, a słodyczą syciłem się, gdy tylko cię widziałem. Okazji nie było wiele, więc wymyśliłem, jak sobie bez tego radzić.
Miód kupowałem od najlepszych dostawców, którzy przyjaźnili się z pszczołami. Jeździłem wtedy na wsie, zaczepiałem sprzedawców przy drogach, na targach, zajeżdżałem pod domy ukryte pod lasami. Jeździłem po wyboistych drogach, a mój żołądek podskakiwał w nerwowym rytmie, byle tylko dotrzeć do celu. Drżałem na samą myśl, że gdzieś w powietrzu krążą pszczoły i przypatrują się temu, co robię. W obawie, że mogłyby wlecieć do auta, nigdy nie otwierałem szyb, pocąc się i rozglądając wokół. Bałem się, że pszczoły odgadną, kim jestem. Potem patrzyłem tylko w szczere oczy pszczelarzy. Gdy się pociłem, ich twarze zniekształcały się i wydłużały. Szaleńczo wykrzywiały się w znajomym uśmieszku. Wiem, to moja wina. Nie byłem smakoszem, ale obserwatorem. To widać i trzeba mnie ukarać pogardliwym uśmieszkiem. Byłem pszczeleńcem. Mówiłem tak na siebie w myślach, łącząc „pszczołę” z „szaleńcem”. Czułem się winny, jakbym naigrawał się ze szlachetnego procesu zapylania. Byłem zdrajcą, bo przecież miodu szukałem tylko jako substytutu twoich oczu. I widziałem wtedy szerzej, a przynajmniej tak mi się wydawało. Długo czułem, że głównie do tego jestem przeznaczony, rosło we mnie silne przekonanie, że to sensowne, by szukać twoich oczu.
Często, wracając od pszczelarzy, nacierałem miodem kierownicę w samochodzie. Wyobrażałem sobie, że patrzysz na moje ręce, a ja ciągle skręcam i manipuluję twoim wzrokiem. Patrzysz na lewo i prawo, twoje spojrzenie jest jak krążąca pszczoła. Szarpałem mocno kierownicą, jakbym chciał wywołać wypadek samochodowy. Czułem wtedy silne podniecenie, również na myśl, że ktoś znajdzie mnie potem w rozbitym pojeździe, z dłońmi oblepionymi miodem. Prawdziwy pszczeleniec!
Jaką teorię stworzono by na podstawie miodu na kierownicy? Czy rozbroiłaby to detektywka o wnikliwym spojrzeniu i odkryła przyczyny wypadku na podstawie pomiarów lepkiej substancji? Raz tylko uderzyłem w płot i uszkodziłem reflektory. Cały i zdrowy, wiedziałem, że jestem okropnym insektem, robalem do zdeptania, a jednocześnie czułem chęć wzniesienia się, patrzenia na to wszystko z góry. Nic o mnie nie wiecie, ludzie. Jacy marni jesteśmy, ja pszczeleniec – z nieodkrytą fiksacją, i wy – ciekawi nieodkrytego. Przez chwilę myślałem nawet, że jestem lepszy niż pszczoły. Denerwowałem się i napełniałem jadem, kiedy uświadamiałem sobie, że jestem bezradny wobec miodu. Plułem wtedy na swoje koszule i buty, robiłem to ze złości. Wyobrażałem sobie, że moja ślina jest gęstsza od miodu, że jest substancją pożądaną i słodką. Czy chciałabyś się ze mną całować? Napełniałem słoiki śliną i przeglądałem się w jej przezroczystości. To jeszcze bardziej mnie pogrążało i zdawało się jeszcze dotkliwiej wskazywać, jaki jestem pusty. Próbowałem nie jeździć po kolejne słoiki, gdy lizałaś mnie wzrokiem, ale prędzej czy później znikałaś, a ja czułem, że umieram. Nigdy nie zbliżałem się do uli. Czy można czuć się bezpiecznie wśród pszczelich spojrzeń? Nie potrafiłem słuchać anegdot o pomyślnych zbiorach. Z daleka przypatrywałem się odłożonym dłutom pasiecznym, widziałem niejedno sito nierdzewne, słyszałem wiele o nożach do odsklepiania. Najgorsze wydawały mi się radosne opowieści o podkurzaczu kwasoodpornym, za pomocą którego specjaliści odymiali rozdrażnione pszczoły. Ryzyko poparzenia wśród pszczół budziło mój najgłębszy lęk, podobnie jak dźwięki owadów. Bzyczenie zakłócało moje myśli, infekowało mój mózg, jakbym nie wiedział zupełnie nic – kim jestem, po co żyję i czego pragnę. Brałem słoiki i uciekałem, byłem podejrzany. A przecież sam miód był dla mnie tylko pretekstem postrzegania świata szerzej, do widzenia więcej, do popadania w rozszerzenie mentalne. Zdarzało się, że wylewałem go na przednie szyby samochodu i udawałem, że jestem tobą, patrzę na siebie samego przez miodowe soczewki. Rozpędzałem się na długich odcinkach drogi, trąbiłem, a zatrzymywałem dopiero wtedy, gdy miód na szybie się rozwarstwiał. Czy jesteś królową pszczół? Nie ma szans, ja jestem tylko głupim pszczeleńcem. Przecież nigdy mnie nie użądliłaś. W kuchni uderzałem o podłogę słoikami z różnymi odmianami miodu. Mój rytuał był mieszaniną frustracji, otępienia i opszczeleństwa. Poniedziałek – upadał miód rzepakowy, wtorek – akacjowy, środa – lipowy, czwartek – miód ze spadzi iglastej, piątek – wielokwiatowy, sobota – gryczany, niedziela – miód ze spadzi liściastej. Kładłem się szybko obok wylanej substancji, a ona bardzo powoli zalewała podłogę. Wyobrażałem sobie, że leżysz przy mnie i patrzysz na mnie, zbliżasz się wzrokiem i w ciasnym zakątku miażdżysz mnie słodyczą, wpełzasz do ust i nosa. Ledwo oddychałem, krztusiłem się. Czułem, że żyję. Myślałem o tej substancji jak o wielkim jeziorze. Wąchałem miód i zamykałem oczy. To tak pachnie twój wzrok? Najpierw widziałem wokół miodowego jeziora niezidentyfikowane kształty. Odczuwałem je jak okruchy mitologicznych majaczeń, które bardzo chciały być zobaczone, nie chciały mnie opuścić! W końcu poddałem się całkowicie zapachowi miodu. Wyłaniały się przede mną nibykobiety o ciałach w kształcie kombinerek. Kombiterofemy! Kombizarnie! Kombinerlotraple! Wszystkie delikatnie oblepione miodem, było ich może z trzydzieści. Wszystkie zgromadzone wokół miodowego jeziora. Ucinały swoimi kombinerkowymi ustami trzciny wodne, a gdy trzymały je w zębach, wyglądały jak wąsate ssaki, z domieszką dziadów lub skrzatów. Węszyły. Obijały się o siebie, szturchane wiatrem, jakby były im obojętne kierunki ruchów, nieprecyzyjne i pląsate. Widać było, że kochają delikatny wicher, że służy im jego nieznośny kąt szturchania, kaprys zaczepiania. Nie rozumiałem tego i marzyłem, by odeszły. Chciałem podumać samotnie nad miodowym jeziorem, chciałem wreszcie odpocząć, jednocześnie fascynowało mnie, że nie jestem tam sam. Kombinerkowate istoty pochodziły z narzędziowatej pokusy, z myślenia, że otworzą najbardziej zasklepione powierzchnie, a jako fryzjerki jeziora uformują jego roślinne włosie. Plotły z resztą nierówny warkocz, z którego wysypywała się sucha trawa. Zdawały się tego nie dostrzegać, pochłonięte pracą. Przecudowne, jak nimfy z tępym wzrokiem wbitym w najmroczniejsze części miodowego jeziora, gdzie dusił się niejeden grążel. Dlaczego kombinerkowate istoty na to pozwalały? Dlaczego dbały tylko o los roślinnej wrzawy wokół jeziora? Na pewno utopiły się tam już dawno wszystkie wywłóczniki i rdestnice. Kombiterofemy zdawały się nie przejmować losem roślin w jeziorze, pozbawione empatycznego spojrzenia, patrzyły swoimi śrubowymi ślepiami przed siebie i tylko przed siebie. Czy były groźne? Gdy zbliżałem się do nich wystylizowanym, pewnym krokiem – nie były mną zainteresowane i robiły swoje. Jakby ich praca polegająca na przycinaniu roślin, porządkowaniu obszaru wokół miodowego jeziora była sensowna i ważna. Udawałem więc, że ja też robię swoje i wcale się nie boję. W ostatnią niedzielę zauważyłem jednak, że przypisana przeze mnie kombinerkowatość im zawadza. Była ciężarem i zmuszała je do stylu ich życia, czynności, które wykonywały. Czyli przeszkadzało im, że na nie patrzę! Szczególnie było to widać u kombinerlotrapli, które momentami przypominały mi również mroczne, mechaniczne ptaki. Prześwity ich ruchów przy ucinaniu trzcin były jak ruchy skrzydłami! Wyraźnie wahały się, czy nie odlecieć. Śmiałem się w duchu, że nie mają na to szans, że ich narzędziowatość i toporność im na to nie pozwolą. I wtedy zakradłem się do jednej z kombinerlotrapli, podniosłem ją i rzuciłem w stronę jeziora pełnego miodu. Uniosła się jak kombinerkowy bocian i krztusząc się trzciną, odleciała w stronę pobliskiego lasu. Byłem zdumiony, bo wszystko, co o niej myślałem, okazało się nieprzydatne. Byłem przerażony. Liczyłem na to, że pochłonie ją miodowe jezioro! Chciałem patrzeć, jak tonie! Pozwalałem moim myślom cofać się i zakłamywać wspomnienie, jakby kombinerlotrapla wcale nie odleciała. Wpatrywałem się uparcie w miodostan i wyobrażałem sobie, że pochłania istotę, do czasu, aż kombiterofemy zaczęły mnie o coś podejrzewać. Byłem jak posąg, mój wzrok szarzał, stawał się pusty i nieludzki. To ja tonąłem, jak grążel, byłem na dnie. Przywoływałem obrazy kombinerkowe codziennie, uzależniony od wygięcia ich ostrzy, ale i całego krajobrazu miodowego, który zlewał się z moją tęsknotą za twoim wzrokiem. Stałem się kimś niezidentyfikowanym – z jednej strony byłem obcy, nie należałem do kombinerkowatej gromady, z drugiej strony codziennie wizyty robiły ze mnie niemalże domownika jeziora. Kombizarnie czasem zbliżały się do mnie, przecinając tatarakowe labirynty, ale nigdy nie poświęciły mi więcej niż sekundę uwagi. Nie słuchały, nie nawiązały ze mną kontaktu. Ze wszystkich kombinerkowatych kobiet to właśnie kombizarnie najbardziej mnie trapiły. W swoich ustach gromadziły śliny i mniej więcej co parę minut pluły do jeziora. Czy chciały mi się przypodobać? Czy wiedziały, że też pluję na własne buty i koszule, gdy jestem bezradny? Gubiłem się we własnych wyobrażeniach. Gdy przebudzałem się na ziemi w kuchni, wierzyłem, że nie byłaś tylko kobietą, ale przekraczałaś swoje bycie właśnie miodem – silnie przyciągałaś, pochodziłaś od kwiatów, korzeni, z ziemi. Znałaś nicienie, pędraki, larwy ziemiórek i drutowce. Odbijałaś się swoim miodem w grzbietach chrząszczy kusakowatych, w ukrytych miejscach – w próchnicy, odchodach, w gniazdach ptaków i ssaków, w hubach drzewnych, pod pniami. Rodziłaś się i rozkwitałaś na moich oczach, wciąż na nowo, wabiłaś mnie swoim ostrym zapachem. Czy to możliwe, bym pożądał wszystkiego co było kiedyś, co jest teraz i co dopiero będzie? Unieruchomiony grążel. Podniecała mnie ta myśl. Wiem, że nie można zapłodnić jeziora! Długo chciałem się tego wyzbywać, na rzecz ciągłej ciekawości, drgania, bez spełnienia. W końcu, zupełnie zlepiony miodem, parskałem śmiechem, a potem blokowałem go, tak że cofał się w głębiny ciała, a ja wychodziłem z siebie jak z kokonu poprzez drganie. Niezauważony, chciałem wskoczyć do słodkiej kałuży i choć wiedziałem,…