Subskrybuj
Karol Kleczka
Redaktor miesięcznika „Znak”, doktor filozofii. Współpracuje z magazynem „Kontakt”, pisze również w „Tygodniku Powszechnym” i na portalu NOIZZ.pl

Mniej mailowania, więcej gadania

Pracownicy segmentu „prac gówno wartych” dobrze zarabiają, ale nie wiedzą, po co pracują.

Tato jest w gazecie – mówi mój trzyletni syn, gdy widzi podobiznę, która zdobi choćby ten artykuł. Ale wyjaśnienie mu, czym właściwie zajmuję się zawodowo, wcale nie jest takie łatwe. Przecież nie jest tak, że codziennie piszę teksty. Odpisuję na maile? Uczestniczę w spotkaniach na tematy różne? Jak ma to zrozumieć trzylatek? A wyobraźcie sobie, jakie miny pojawiły się wśród zebranych przy stole, gdy w Boże Narodzenie zapytał: „Czy lubicie swoją pracę?”.

Dla niego „świat pracy” to pielęgniarka, policjant, piekarz i nauczycielka, a nie koordynatorzy projektów, inżynierowie baz danych. On rozumie prace opiekuńcze, zawody publiczne tworzące ramę społeczną, bez których erozji uległyby fundamentalne relacje, a mimo to często są słabo wynagradzane. Gdyby nie położne, mój syn mógłby się nawet nie urodzić. Dlaczego zatem przez lata zarabiały tak mało? Dlaczego polityków nie obchodziły protesty nauczycieli?

David Graeber w wykładzie The Revolt of Caring Classes wygłoszonym w 2018 r. w Collège de France wskazuje, że na nasze postrzeganie pojęcia pracy wpływały historycznie trzy elementy. Praca to jednocześnie kara za bunt (jak w historii z Syzyfem) i naśladowanie boskiej potęgi twórczej (jak w przypadku Prometeusza). Wraz z rozwojem etyki protestanckiej dołączył do nich trzeci element, mianowicie samodyscyplina – praca stawała się narzędziem do budowy człowieka moralnego. Te trzy charakterystyki pozostają ze sobą w naturalnym konflikcie.

Praca zarówno zbawia, jak i karze, prowadząc do paradoksu godności – ludzie czerpią poczucie wartości z pracy, ponieważ nie czerpią z niej satysfakcji. Im większe męczeństwo, tym większa zasługa.

W takim kontekście Graeber formułuje swoje prawdopodobnie najpopularniejsze pojęcie, jakim jest fenomen bullshit jobs – prac stosunkowo wysoko opłacanych, związanych ze skomplikowanym systemem menedżerskich zależności, lecz dla rozwoju osoby, poczucia jej podmiotowości zbędnych. Jeśli jesteś łatwo zastępowalny, a twoja praca nie wnosi niczego szczególnie istotnego, to jasny sygnał, że właśnie taką pracę wykonujesz (dziś moglibyśmy powiedzieć: jeśli wyobrażasz sobie, że zastępuje cię algorytm). Jednak segment tych prac kwitnie, bo bez nich zanikałaby złożona hierarchia prestiżu. Pozwalają one na rozparcelowanie zadań, rozłożenie dużej liczby maili do wysłania na więcej osób, które je wyklikają; zajmują czas przez przygotowywanie raportów, których nikt nie czyta, dają robotę w radach nadzorczych itp. Tak konserwują kierat rynku zawodowego, o jakim pisze Jonathan Crary w eseju…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Walczę o życie bez strachu