Subskrybuj
Germanista, tłumacz, publicysta. Autor bloga "Brulion bez linii" - www.brulionbezlinii.net

O pożytkach z ksiąg wyimaginowanych

„Trzymając w ręku dzieło niejednego sławnego autora, chętniej przeczytałbym to co, skreślił, niż to, co pozostawił” – pisał Georg Christoph Lichtenberg. Można by tę myśl sparafrazować: „Równie chętnie jak to, co sławny autor napisał, przeczytałbym o tym, co mógł napisać, ale czego z jakichś przyczyn nie napisał”. A to dlatego że nie zdążył, nie chciał albo – najczęściej – nie wiedział, że powinien.

Kolekcje książek nieistniejących to zjawisko nienowe. Ponoć pierwszą powołał do życia Rabelais swym katalogiem księgarni Świętego Wiktora w Paryżu, w której pośród mnóstwa innych pism można było znaleźć dzieła takie jak Blekot biskupi czy Łajnalia de małpibus et dudkis (jak ich tytuły oddał w swym niezrównanym przekładzie Gargantui i PantagruelaTadeusz Boy-Żeleński), a minister Ludwika XVI Anne Robert Turgot miał w swej intendenturze w Limoges regał kryjący wejście do tajemnego korytarzyka, wypełniony atrapami książek, których tytuły sam wymyślił. Jeśli rzeczywiście ministrowi chodziło o zamaskowanie owych drzwi, nie był to najmądrzejszy pomysł, bo przecież książki nieistniejące mogą wzbudzić zainteresowanie większe niż te wszystkim znane – któż by chciał wyciągać…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Atlas polskich mężczyzn