Subskrybuj
Pisarz, publicysta, obieżyświat. Wydał między innymi powieść S.O.S., tomy esejów filozoficznych: Wołanie o sens oraz Paradygmat.

A cóż jest prawda?

Wypadek uliczny, mniejsza z tym gdzie. Nieprzytomny, a może nawet martwy człowiek leży na jezdni. Jeszcze nie przyjechała policja, ale już słychać syrenę ambulansu. Jak on mógł bezmyślnie zejść z chodnika?

Ale jak można tak pędzić! – denerwuje się inny ze świadków. Kierowcy zawsze tacy, za nic mają życie przechodniów! Ależ ja to dobrze widziałem, samochód nie jechał szybko, on wtargnął na jezdnię przy czerwonym świetle. Nieprawda, widziałem lepiej, właśnie mignęło zielone, to kierowca gwałcił przepisy! Widziała pani na pewno? – pyta policjant, który już przystąpił do spisywania personaliów. Ja też patrzyłem, wcale tak nie było! Nie, to zupełnie inaczej, gdzieście się ludzie gapili! Nie tylko spisujący zeznania policjant, ale i wydający wyrok sędzia będą mieli trudną pracę. Ale oni dobrze o tym wiedzą, tego uczą już na wstępnym kursie prawa: wydarzenie to samo, wielu świadków, ale ich relacje są rozbieżne, prawda umyka ludzkiemu postrzeganiu, choć każdy z obserwujących jest przekonany, że jego – i tylko jego – opowieść jest prawdziwa.

Przecież musi istnieć jakaś jedyna i niedająca się obalić prawda, choćby jakiś adekwatny opis wydarzeń, które już nastąpiły. Dlatego tak domagamy się prawdy, zawsze i w każdej sprawie. Ale gdzie ona jest? Wciąż przecież słyszymy: „prawdziwa wiara”, „prawdziwi Polacy”, prawdziwe to, prawdziwe tamto Same prawdziwki, chociaż łatwiej znaleźć muchomora albo i szatana. „Prawda nas wyzwoli!” – wołają faceci, którzy dostali wypieków na twarzy od wertowania teczek z donosami. Może miał rację Poncjusz Piłat, kiedy pytał (zapewne z ironią w głosie) – „A cóż to jest prawda?”. Nie wspominając już o góralskiej teorii trojakiej prawdy niezapomnianego księdza Tischnera.

Jedyna prawda proroka Lehi

Na pewno nie zadają takich pytań wierni Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich popularnie zwani  mormonami od imienia świątobliwego kronikarza, który spisał dzieje zagubionego plemienia Izraela, jakie pod wodzą proroka Lehi osiedliło się w Ameryce i tu zbudowało wspaniałą cywilizację, im też miał objawiać się Chrystus po zmartwychwstaniu. Złote tabliczki „księgi Mormona” rzekomo otrzymał od anioła niejaki Joseph Smith, który opublikował ich tekst w 1830 roku. On też wyprowadził swoich wyznawców na dziewicze ziemie dzisiejszego stanu Utah, odnalazł tam jakoby ślady owej cywilizacji. To, że żaden archeolog ich nie potwierdził, nie stanowi problemu dla wierzących, którzy ciężką pracą zamienili górską pustynię w miejsce nadające się do życia i od lat tam rządzą, stanowiąc większość mieszkańców. Ale nie tylko ową, nieco fantastyczną, „historię świętą” mormoni muszą przyjąć za prawdę lecz również całkowity prymat kapłanów nad społecznością wiernych. Katolik bowiem w niedzielę spędza w kościele zaledwie godzinę, prawosławny trochę więcej, mormon – cały dzień. Młodzi ludzie stanu wolnego lub starsze małżeństwa zobowiązani są do służby misjonarskiej, jeśli wyjeżdżają szerzyć wiarę w świecie, to za własne pieniądze i dokładnie tam, gdzie im kapłani wskażą.

Tłum niższej rangi (pewnie mniej zamożnych) misjonarzy można spotkać wokół świątyni górującej nad Salt Lake City, stolicy mormońskiego stanu Utah otoczonej z trzech stron alpejskimi szczytami, znanej z zimowej olimpiady 2002 roku. Zanim trafi się na wysokogórskie ściany Snowbird i Alta (dużo piękniejsze od terenów olimpijskich!) warto pospacerować w tłumie na świątynnym placu; zaraz cię nieomylnie zidentyfikują jako niedowiarka i poddadzą ideologicznej obróbce. Ciekawe to doświadczenie, gdyż misjonarski atak jest intensywny, pełen entuzjazmu i chwytliwych frazesów lecz jednocześnie płytki. Dużo sloganów, zawsze uśmiech, ale żadnych problemów. Przy próbie poważniejszej dyskusji misjonarz rejteruje. Dlaczego? Przecież wiara powinna sprawdzać się wobec problemów, jakie stawia przed wierzącym życie we wszystkich jego przejawach. Tak, ale nie w Ameryce. Amerykanin stara się problemy eliminować, a jeśli się nie da, to odpowiadać na nie sloganami. A mormonizm to najbardziej amerykańska z religii, płód nowego kontynentu, tu powstała i stąd usiłuje promieniować na świat. Przekonanie o misji obejmującej nie tylko wszystkich kiedykolwiek żyjących ludzi, ale cały kosmos. Kilka prostych prawd, w które trzeba niezachwianie wierzyć. Dyscyplina i podporządkowanie. Mormoni nie lubią jednak o tym rozmawiać. Kiedy w Moab, małej miejscowości u stóp cudownie porzeźbionych gór z czerwonego piaskowca, udało mi się trochę szczerzej podyskutować z mormońską rodziną, uderzyło mnie nie tylko niezachwiane przekonanie w wierze, ale przywiązanie do praktykowanych cnót: mormon jest wierny tak rodzinie jak religii, nie zdradza, nie patrzy na boki.

– Zarzucasz nam przyjęcie za prawdę bajęd niemożliwych do udowodnienia, ale czy to nie jest godziwa cena za życie proste i przejrzyste? – zakonkludował na koniec naszego sporu.

 

Z jednym tylko wyjątkiem, o którym mormoni mówią jeszcze niechętniej. Ponieważ wierzą, że należy w ich obrządku chrzcić nawet zmarłych innych wyznań, spisują księgi urodzeń po całym świecie. Aż pewnego dnia do Salt Lake City przyjechała delegacja rozeźlonych starozakonnych z Nowego Jorku. Rozmowy były burzliwe, ale od tego czasu zaprzestano rejestracji żydów.

– Myślisz, że Wielki Duch przekazał nam swoją jedyną prawdę? – odpowiedział w zupełnie innej części Ameryki nieraz tu przywoływany mój przyjaciel indiańskiego pochodzenia od czasu do czasu praktykujący plemienne obrzędy. – Jesteś w błędzie. Jest za trudna i niezrozumiała dla nas, ludzi. Możemy tylko czasem z Jego natchnienia pojąć jej fragment, doznać chwilowego oświecenia. Dlatego medytujemy w odosobnieniu, wsłuchujemy się w cichutkie głosy, których pełna jest przyroda.

Chodź, posiedzimy w szałasie pary, wypocimy z siebie brudy i złości, potem długo pomilczymy w lesie, może przez okamgnienie obejmie nas boskie tchnienie prawdy. Na pewno po chwili przeminie, ale chociaż przez ten ulotny moment będziemy potężni i święci, bo umocnieni jej bliskością.

Oświecony nie głosi prawdy – Opowiedz mi o prawdzie – poprosiłem przełożonego jednego z klasztorów w Tajlandii, wciąż nie mogąc sobie poradzić z postawionym już przez Poncjusza Piłata pytaniem. – Budda wcale nie jest nosicielem jedynej prawdy – odpowiedział. – To podstawowy błąd, jaki popełniacie wy, amatorzy turystyki religijnej. Budda nie mówi nic o tym jak świat jest skonstruowany, z czego i przez kogo stworzony, nie opowiada żadnej świętej historii, prócz prostych dziejów swojego życia. On tylko naucza jak żyć bez cierpienia. Prawd może być wiele. Podobnie jak bogów, których – jeśli ktoś ich bardzo potrzebuje – można sobie brać z innych wierzeń. Tymczasem każdy władca, albo watażka, uważa, że posiada prawdę i ona powinna mu usługiwać. Tutaj znajduje się matecznik wszelkich opresji. Zło i cierpienie rodzi się bowiem z żądzy zawłaszczenia kogoś lub czegoś. O tym właśnie naucza Oświecony, o niczym więcej. – Wy, rzymscy chrześcijanie tkwicie w herezji monofizyckiej – odpowiedział mi na to samo pytanie prawosławny teolog, oczywiście w zupełnie innej części świata. – Pomieszaliście prawdę boską z prawdą ludzką, a ta druga jest ułomna. Do prawdy boskiej nikt nie ma dostępu. Tymczasem, jeśli człowiek ze wszystkimi słabościami umysłu usiłuje stanowić o tym, jak przedstawiają się sprawy ostateczne i czego chce Bóg, musi błądzić. Nawet tak szanowany przez was św. Tomasz dobrze o tym wiedział, ale wyście zapomnieli z powodu waszej pychy. – Prawodawca, sędzia…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ciało, duch, rynek