Jeszcze pół wieku temu mocno ugruntowany był w świecie nauki sceptycyzm w stosunku do badań dotyczących emocji zwierząt innych niż ludzie. Naszych bliższych i dalszych ewolucyjnych krewnych wciąż postrzegano wtedy jako do pewnego stopnia maszyny bezrozumnie reagujące na bodźce na podstawie trwale „wdrukowanych” w ich biologię instynktów – niezmiennych, użytecznych z punktu widzenia ich przetrwania wzorców zachowań specyficznych dla gatunku. Taka mechanistyczna perspektywa wykluczała istnienie wewnętrznego życia zwierząt, którego postulowanie uważano za „błąd” antropomorfizacji – nienaukowe przypisywanie zwierzętom cech ludzkich.
Dziś samo pytanie o to, czy zwierzęta odczuwają emocje, jest już nieaktualne.
Według amerykańskiego etologa Marca Bekoffa, autora licznych prac o zwierzęcej emocjonalności, odpowiedź na nie (twierdząca) powinna być oczywista dla wszystkich, a ciężar dowodu spoczywa teraz na tych, którzy nadal twierdzą, że jest inaczej[1]. Ciekawsze pytania dotyczą współcześnie ewolucji i funkcji emocji w królestwie zwierząt. A nasze „kłopoty” z antropomorfizacją zaczynają wykraczać poza biologię, wskutek upowszechniania się humanoidalnych robotów społecznych, z ich algorytmicznymi „emocjami”.
Oswajanie zwierzęcego umysłu
W XVII w. René Descartes rzekomo stanowczo twierdził[2], iż uczucia i pragnienia cechują wyłącznie ludzi, a inne zwierzęta są automatami. Według niego kopany pies nie czuje nic – wprawdzie wzdryga się wtedy i wyje,…