Kupując żywność, dokonujemy codziennych wyborów. Myliłby się ten, kto by sądził, że to decyzje o nikłym znaczeniu, podyktowane tylko naszym gustem, stanem zdrowia czy sentymentem do określonych produktów. Płacąc w sklepie spożywczym, opowiadamy się nie tylko za konkretnymi markami czy wytwórcami – a więc wspieramy gospodarkę kraju producenckiego – lecz także za sposobami i tempem rozwoju owej gospodarki.
Wydaje się to oczywiste w przypadku zakupów dokonywanych u zaprzyjaźnionych sprzedawców czy w ulubionych sklepach – wspieramy określone osoby, z chęcią przyczyniamy się do tego, że dany ser jest w stałej ofercie osiedlowego spożywczaka. Obraz ten komplikuje się jednak, gdy spojrzymy na nasze wybory w szerszej skali. Gdy oddalając się od naszego miejsca zamieszkania, jak byśmy klikali symbol pomniejszenia przy lupce Google Maps, zechcemy spojrzeć globalnie na to, skąd leci, jedzie i płynie do nas jedzenie, możemy przygotować się na zaskoczenia.
Talerz niespodzianekNajwięcej z nich czeka nas w przypadku generycznych produktów – nieopatrzonych etykietami, o trudniejszym do ustalenia pochodzeniu. Na przykład chleb, podstawa co najmniej dwóch dziennych posiłków wielu Polaków, na pewno wypiekany jest w mieście, w którym go kupujemy. Czy jednak wiemy, skąd pochodzi mąka, z której go zrobiono? A ziarno użyte do jej produkcji? Znacznie…