Artur Madaliński: Jadąc dzisiaj do Pana, obsesyjnie myślałem, żeby się nie spóźnić. No i masz – utknąłem w korku, jestem 10 minut po czasie, nadwyrężając przy tym fundamentalną dla stoicyzmu zasadę przewidywalności.
Marek Krajewski: Niekoniecznie, ponieważ ja przewidziałem, że może się Pan spóźnić. Idea stoicka to nie jest monument, w którym nieoczekiwanie zdarzenie może zrobić wyrwę. My, stoicy, albo pretendujący do tego miana – a ja nie uważam siebie za stoika, lecz kogoś, kto jest dopiero na drodze stoickiej – staramy się antycypować rozmaite fakty, także te nieoczekiwane. W istocie dla stoika nie ma zdarzeń zaskakujących, bo próbuje on brać pod uwagę wszystko – lub prawie wszystko. Najważniejsze zaś, by stoik zawsze miał przygotowany plan B. Kiedy mijała godzina, o której miał Pan się u mnie zjawić, nie denerwowałem się i nie złorzeczyłem: „Co za ludzie? Co za świat? Dlaczego wszyscy się spóźniają?!”, lecz wykonywałem pożyteczne czynności – np. przygotowałem filiżanki i nastawiłem ekspres do kawy.
Przyznaję, że stojąc w sznurze samochodów, nie zachowywałem stoickiego spokoju. Z pewnością jestem więc raczej początkującym stoikiem. Co trzeba robić, żeby się w tej dziedzinie rozwinąć? Czytać np. pisma filozofów stoickich w oryginale?
Oczywiście czytanie tekstów starożytnych mędrców w językach klasycznych byłoby ideałem, ale po tym jak od 1989 r. wszystkie kolejne rządy w Polsce rugują łacinę ze szkolnictwa (nie mówiąc już o grece, której naucza się w dwóch–trzech liceach w całej Polsce!), mam świadomość, że jest to raczej rzadka umiejętność. Oczekiwanie jej od każdego, komu bliska jest idea stoicka, byłoby z pewnością utopią. Wystarczy zatem czytać stoików po polsku. Nie ulega jednak wątpliwości, że – jeśli chcemy swoją praktykę stoicką rozwijać – czytać nieustannie Senekę, Epikteta czy Marka Aureliusza trzeba.
Bez tego stoikiem się być nie da?
Hipotetycznie możliwe jest nawet, że ktoś, kto nie wie nic o stoicyzmie, postępuje według zasad tego systemu. Może to wynikać z jego osobowości, cech charakteru czy wrodzonych predyspozycji. Nietrudno wyobrazić sobie przecież spokojnego człowieka, który postępuje racjonalnie, przewiduje zdarzenia, w każdej sytuacji stara się mieć plan awaryjny i nie daje się ponieść emocjom, nawet jeśli doświadczył w życiu trudnych sytuacji. To jednak konstrukt dość teoretyczny, a jeśli idzie o mnie, to zdecydowanie jestem stoikiem z wyboru.
Kiedy wybrał Pan stoicyzm jako swój życiowy modus operandi?
Dotknąłem tej filozofii jeszcze przed studiami, kiedy byłem w klasie maturalnej. Pośrednikiem był Zbigniew Herbert. Jego poezja, będąca często pochwałą trudnego męstwa – albo tragicznie zabarwionego optymizmu – była dla mnie objawieniem i drogowskazem młodości. Postanowienie o studiowaniu filologii klasycznej powziąłem pod wpływem wiersza Dlaczego klasycy, w którym Herbert opisuje główne założenia owego stoickiego męstwa i przedstawia apologię godnego znoszenia przeciwności losu.
W trakcie studiów spotykałem się z filozofią stoicką, ale nie wydała mi się szczególnie interesująca – Marka Aureliusza miałem wówczas za starego nudziarza, choć z uwagą czytałem dzieła Seneki. Cały swój wysiłek poznawczy w czasie studiów kierowałem więc na zagadnienia gramatyczne.
Co prawda, odczuwałem wtedy potrzebę poszukiwania odpowiedzi na pytania filozoficzne, ale zainteresowania te wybuchły ze zdwojoną siłą dopiero po wielu latach, kiedy – jako dojrzały już mężczyzna – rozpocząłem podyplomowe studia filozoficzne. Można więc powiedzieć, że nie jedna przyczyna, lecz splot rozmaitych okoliczności doprowadził mnie ostatecznie do myśli stoickiej. Erupcja mojej fascynacji stoicyzmem nastąpiła natomiast w 2014 r., po wysłuchaniu radiowej rozmowy Jerzego Sosnowskiego z Tomaszem Mazurem, jednym z najważniejszych animatorów ruchu stoickiego w Polsce.
Co Pana w stoicyzmie najbardziej pociągnęło? Wspomniane już męstwo, rejestr konsolacyjny, prymat racjonalności czy jakieś aspekty praktyczne – chociażby bardzo przydatny w życiu podział na zdarzenia od nas zależne i niezależne?
Najchętniej powiedziałbym, że wszystko to razem. Stoicyzm rozumiem bowiem także jako sztukę życia, jak to ujął w swojej znakomitej książce Piotr Stankiewicz. Sztuka ta jest umiejętnością dopasowania się do świata, polegającą na tym, że nieustannie zadajemy sobie pytania, czy nasze wyobrażenia są prawdziwe i adekwatne względem rzeczywistości czy też nie. Często wszak mylimy rzeczywistość z naszymi wyobrażeniami o niej. Dla przykładu, jadę samochodem, spieszę się na spotkanie, a po drodze natrafiam na korki, czerwone światła i niespodziewane remonty. W mojej głowie budzi się wyobrażenie: „Ależ mam pecha!”. Jest ono jednak z całą pewnością nieprawdziwe. Ani czerwone światła, ani rozkopane ulice, ani żadne inne zdarzenie na świecie nie są – bo być nie mogą – w ogóle zainteresowane naszym życiem. Nie są one istotami rozumnymi, którym zależy na wprowadzaniu w naszą codzienność pecha lub szczęścia. Jest takie piękne zdanie, że wyobrażenia stoją i czyhają tylko, by człowiek wpuścił je do swego umysłu. Stoik pod żadnym pozorem tego nie czyni, bo patrzy na świat niezwykle trzeźwo i postrzega go takim, jaki on w istocie jest. To prawda, że ważna jest tutaj umiejętność rozstrzygania tego, co jest od nas zależne, a co nie. Częstotliwość zmiany świateł – trzymajmy się tego przykładu – nie jest od nas zależna. Jeśli zatem fakt, że trafiamy na czerwone światło, nazywamy pechem, wprowadzamy wyobrażenie w krąg naszego umysłu i dokonujemy fałszywej operacji.
Najbardziej w stoicyzmie pociąga mnie jednak koncepcja męstwa, rozumianego jako niepoddawanie się przeciwnościom losu – heroizm, który u stoików był bardzo widoczny. Na przykład u Katona Młodszego, praktykującego stoika, po którym nie zachowały się żadne pisma. Kiedy do północnoafrykańskiego miasta Utyka zbliżał się Cezar ze swoim wojskiem, Katon uznał, że jedynym słusznym wyborem jest w tej sytuacji samobójstwo. Wspomina o tym Herbert w znakomitym wierszu Pan Cogito o postawie wyprostowanej. Albo inny mężny człowiek – Seneka, który napisał dzieło De clementia (O łagodności) traktujące o zaleceniach moralnych dla podopiecznych, a sam był przecież wychowawcą Nerona, który okazał się prawdziwym potworem. Wobec tego (oraz kierowany innymi jeszcze motywacjami filozoficznymi) Seneka z godnością odebrał sobie życie. Zawsze mnie interesowały takie postawy – nie dokonywałem przy tym jakiejkolwiek apoteozy samobójstwa – wyraz krańcowego męstwa, godnej walki do samego końca, trwania na barykadach wbrew wszystkiemu. Taka postawa pociągała mnie od wczesnej młodości, przypadającej na opresyjne w Polsce lata 80., których symbolem jest czarna noc stanu wojennego. Pamiętam ją wyraźnie, pamiętam też doskonale strach, który nam wtedy towarzyszył. Być wówczas mężnym to było wielkie wyzwanie i ideał, widoczne w słynnym Herbertowskim przesłaniu „Niech nie opuszcza cię twoja siostra pogarda dla szpiclów, katów, tchórzy. (…) Bądź wierny. Idź”.
Wspomniałbym jeszcze o właściwej stoicyzmowi pochwale racjonalności. Stoicy przekonani są, że racjonalny Logos przenika świat i wszystkie zdarzenia, a nade wszystko odbija się w ludzkim umyśle, który jest – jak to pokazuje Robert Piłat, jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich filozofów – osobistym modelem świata. Stąd powinniśmy hołdować racjonalności i zmierzać do porządkowania rzeczywistości. Bliskie mi jest takie myślenie, dlatego nie lubię niczego, co jest niejasne, chaotyczne, niepewne, rozmazane. Nie lubię światłocienia.
Swoją drogą, ta koncepcja męstwa i stoicyzm jako taki jawią mi się jako dość fallocentryczne.
To złudzenie, które może wynikać z etymologii słowa „męstwo”. Ta zaś jest wyraźnie nacechowana kulturowo – greckie słowo andreia pochodzi od aner andros, co znaczy mężczyzna. Łacińskie virtus pochodzi z kolei od słowa vir, także oznaczającego mężczyznę. Jestem jednak głęboko przekonany, że w stoicyzmie nie ma żadnych kryteriów wykluczających z powodu takiego drobiazgu jak płeć czy pochodzenie społeczne. Warto dodać, że stoicy byli w tej kwestii bardzo tolerancyjni i – jak na swój czas – hipernowocześni. A dzisiaj chociażby Martha Nussbaum jest wybitną filozofką badającą stoicyzm, która akceptuje wiele elementów systemu.
Pana dzień jest aptekarsko zaplanowany. Między innymi dwie godziny i czternaście minut (tę nietypową liczbę uzyskał Pan po podziale doby na pracę, wypoczynek i lekturę zgodnie z zasadą tzw. złotej proporcji) czyta Pan teksty stoików w oryginale. Czym jest dla Pana ta lektura? Podtrzymywaniem technicznej znajomości języka czy raczej czymś na kształt znanej z tradycji monastycznej praktyki lectio divina, w której chodzi o kontemplację i przesiąknięcie słowem?
To skojarzenie nie jest bezpodstawne, ale wolałbym jednak pojęcie duchowości, które wydaje mi się bardziej odpowiednie. Tomasz Mazur opowiadał mi, że zdumiało go bardzo, gdy studenci filozofii, pytani o bliskie im tradycje duchowe, często wskazywali na koncepcje odległe nam geograficznie. Mówili więc, że nie podoba im się np. współczesna tradycja chrześcijańska, natomiast bardzo interesuje ich buddyzm. Często zapominamy, że w obrębie kultury zachodniej współistnieje bardzo wiele tradycji filozoficzno-duchowych, jak chociażby tradycja platońska czy stoicka właśnie.
Duchowość stoicka jest mi bardzo bliska i wyraża się także poprzez coś w rodzaju kontemplacji. Nie jest to jednak kontemplacja, w której odrywam się od siebie, lecz taka, w której mój umysł jest nieustannie na najwyższych obrotach. Czytając codziennie teksty greckie i łacińskie, mocuję się z trudnymi językami. Znam je co prawda dobrze, ale są one często tak skomplikowane, że trzeba nieustannie odnawiać ich znajomość i mierzyć się z niekiedy obezwładniająco trudną składnią. Czytam więc te pisma przede wszystkim po to, by trenować swój umysł. Wiem przecież doskonale, że po lekturze stoików muszę zasiąść do pisania powieści kryminalnej, w której przeplatają się rozmaite wątki, trzeba zachowywać łańcuch przyczynowo-skutkowy, a wiele wydarzeń musi się precyzyjnie, jak w zegarmistrzowskim mechanizmie, ze sobą łączyć. Swój dzień pracy rozpoczynam więc najchętniej od lektury Marka Aureliusza po grecku, a gdy natrafię na jakiś trudny fragment – wieloznaczny wyraz lub, nie daj Boże, kilka wieloznacznych wyrazów obok siebie – który uda mi się rozwikłać i zrozumieć, wtedy czuję dziką satysfakcję. Wiem wtedy, że wprowadziłem mój umysł w taki stan, który pozwala mi zasiąść do pisania kolejnego fragmentu powieści kryminalnej.
Mówiąc krótko, czytanie tekstów starożytnych jest dla mnie treningiem i nie tyle kontemplacją – która może się kojarzyć z pasywnością – ile wprowadzeniem umysłu w stan podwyższonej gotowości.
Prowadzi Pan ascetyczny wręcz tryb życia – bez alkoholu, papierosów, używek. To także wymóg doktryny stoickiej czy już Pana osobisty wkład do niej?
Seneka powiedział, że ebrietas est insania voluntaria, czyli pijaństwo jest dobrowolnym szaleństwem. Oczywiście są różne sposoby picia: można sobie wyobrazić mędrca, który przez cały wieczór sączy kieliszek wina, rozprawia na tematy filozoficzne i ani na chwilę nie traci trzeźwości umysłu. Lecz to nie jest moja droga – nawet jeden kieliszek wprowadza do mojego umysłu pewien nieład. Mówiąc po stoicku: zostaję wyprowadzony ze świata racjonalności do świata moich wyobrażeń. Nagle świat wydaje mi się lepszy, ładniejszy… A to jest przecież nieprawda. Dla mnie – podkreślam – znaczenie ma nawet jeden kieliszek. Można oczywiście powiedzieć inaczej – że mam słabą głowę po prostu. Nie chcę być jednak nigdy wyprowadzany ze stanu, nazwijmy to, spokojnej racjonalności. Jestem zaprzysięgłym abstynentem, uważam, że alkohol – podobne jak narkotyki – jest przekleństwem ludzkości. Uleganie im to według mnie dobrowolne oddawanie się w niewolę i pierwszy krok na drodze do całkowitego usidlenia, czyli nałogu, który – gdy jesteśmy w nim pogrążeni – wyklucza nas z grona istot racjonalnych. Tak rozumiana wstrzemięźliwość byłaby więc integralną częścią stoicyzmu.
Myślę, że dla wielu kandydatów na stoików mogłaby to być reguła zbyt dogmatyczna. Czy w praktyce stoickiej dopuszczalne jest koncentrowanie się na wybranych zasadach, zaś innych traktowanie jako, powiedzmy, pomocniczych?
Sądzę, że to możliwe. Z jednej strony starożytni stoicy głosili pogląd absolutystyczny – mówili tak: jesteś albo mędrcem, albo głupcem. Podawali tu przykład: nie można być trochę w mieście Kanobos i trochę poza miastem Kanobos. Z drugiej jednak strony, aby ten dogmatyzm nieco złagodzić, w późnej starożytności ukuto pojęcie prokope, oznaczające posuwanie się naprzód w doskonałości – walkę ze swoimi wadami i doskonalenie się w cnotach. Dla praktyków stoicyzmu ideałem jest bycie samowystarczalnym mędrcem, który polega sam na sobie i nie ulega żadnym afektom. Taki ideał osiągnął Sokrates, według starożytnej tradycji. Stoicy zalecają stawianie sobie mistrzów za wzór – pytajmy się codziennie, powiadają, „jakbyś ocenił, drogi Sokratesie, moje postępowanie”, i wyobrażajmy sobie, czy mistrz chwali nas, czy gani. W gruncie rzeczy takie ideały są jednak nieosiągalne. Postrzegam je – podobnie jak pojęcie prawdy – jako światełko,…