Niemal ćwierć wieku temu jeden z najwybitniejszych polskich biblistów, śp. ks. Julian Warzecha, napisał te słowa: „Wielu ludzi, którzy zabrali się do czytania Pisma św., przeżyło swoiste rozczarowanie; po krótkiej fascynacji niektórymi tekstami lub osobami napotkali różnorakie trudności, które ich zniechęciły do dalszej lektury. Odłożyli więc Księgę, która – paradoksalnie – zamiast budować, nierzadko ich gorszy”[1].
Nic nie straciły one na aktualności, a raczej wprost przeciwnie – stały się jeszcze bardziej wymowne, zwłaszcza wobec nasilających się ostatnio, nie tylko w Polsce, przejawów manipulacji słowem biblijnym. Traktowanie Pisma św., a przynajmniej wybranych z niego cytatów, jako oręża w wojnie ideologicznej bywa gorszące i skutecznie odstrasza od budowania z tą Księgą głębszej relacji[2]. Często przeze mnie przywoływane, na poły tylko żartobliwe stwierdzenie Northropa Frye’a, iż we współczesnej kulturze europejskiej autorytet Biblii przypomina (czysto nominalną) pozycję cesarza Japonii w okresie szogunatu, w swej…