Subskrybuj
Ilustracja: Sylwia Krachulec
Ilustracja: Sylwia Krachulec
Ekspert Centrum Studiów Polska–Azja i doktorant w Instytucie Religioznawstwa UJ. Autor bloga: wloczykij.org, na którym można znaleźć m.in. autostopowy przewodnik po świecie. Pasjonat Korei i języka koreańskiego.

Otwarte niebo Korei

Korea Południowa kojarzy się z wysokim PKB i nowoczesnością. Jednocześnie gdzieś w cieniu drapaczy chmur pastorzy straszą piekłem, buddyjscy mnisi proszą o jałmużnę, szamani zaklinają duchy, a geomanci poszukują życiodajnej energii.

Na początku XX w. prezbiteriański misjonarz James Scarth Gale pisał tak: „Koreańska religijność jest dziwna. Kult przodków miesza się tu z buddyzmem, taoizmem, czczeniem duchów, wróżbiarstwem, magią, geomancją, astrologią i fetyszyzmem”. Nie był jedynym, któremu koreańska duchowość sprawiała problem. Po wiekach izolacji pierwsi odwiedzający Koreę zachodni obserwatorzy dochodzili wręcz do wniosku, że Półwysep Koreański to religijna pustynia. Podróżnicy na próżno szukali egzotycznych świątyń, charakterystycznych dla innych krajów Dalekiego Wschodu, na ulicach nie widziano kapłanów. Neokonfucjanizm, oficjalna ideologia trwającego przez ponad 500 lat Królestwa Joseon, przeciwstawiała się innym systemom wierzeń. Sukces odniosła szczególnie w ośrodkach miejskich oraz kręgach urzędniczych. Inne formy kultu kwitły głównie na prowincji i wśród uboższych warstw społecznych, choć zdarzało się, że potajemnie do buddyzmu bądź szamanizmu skłaniała się również arystokracja. Zakaz wstępu do miast mnichom i szamanom zniesiono dopiero w 1895 r.

Od tamtego czasu Korea przeżyła szereg dynamicznych transformacji religijnych. O ile w Korei Północnej rozwój religii został drastycznie zastopowany przez komunistyczny reżim i dziś wielu nazywa ten kraj najmniej religijnym na świecie, o tyle Korea Południowa stworzyła unikalną religijną mozaikę.

Chrześcijanie, buddyści i inni

Po pierwsze, Korea Południowa jest jednym z nielicznych krajów Dalekiego Wschodu, w którym chrześcijaństwo odniosło sukces. Jedynie na Filipinach odsetek wyznawców Chrystusa jest większy. Według najnowszych badań przekrojowych (Korean Research) chrześcijan (protestantów i katolików) jest dziś więcej niż buddystów. Tych pierwszych znajduje się tu odpowiednio 20% i 11%, podczas gdy buddystów pozostaje ok. 17% (przy populacji 52 mln).

Po drugie, Korea Południowa jest także jednym z najbardziej zróżnicowanych religijnie krajów świata (choć ustępuje np. Singapurowi czy Indiom).

Koreańczycy, czasem dosyć radykalnie, rozgraniczają Religię Pana Nieba (cheonjugyo), czyli katolicyzm, od Kościołów protestanckich (gaesingyo). Te z kolei są wewnętrznie niezwykle różnorodne, bo w  gaesingyo wpisują się zarówno prezbiterianie, lokalne ekstatyczne ruchy pentekostalne (z kontrowersyjnym megakościołem na wyspie Yoido, największą kongregacją protestancką w Korei Południowej), jak i Ruch świętych w dniach ostatnich (mormonów w Korei jest ok. 100 tys.). Równie niejednolity jest buddyzm, choć dwie największe szkoły, Jogye i Taego, różnią się przede wszystkim wymogami stawianymi mnichom (główną osią niezgody jest celibat). W dodatku w Korei niemało jest religii próbujących łączyć nauki Zachodu z mądrością Wschodu w ramach tzw. nowych ruchów religijnych (NRR). Do najgłośniejszych należy znany z masowych ślubów na stadionach Kościół Zjednoczeniowy założony przez Sun Myung Moona (obecny zresztą i w Polsce) oraz kontrowersyjny, apokaliptyczny Kościół Shincheonji, który stał się medialnym kozłem ofiarnym w okresie pandemii COVID-19 w Korei. Po szybkim wzroście zakażeń w jednej z jego wspólnot spadła na niego ogromna krytyka, tak jakby to forma tego wierzenia przyczyniła się do zakażeń. Miesiąc później kryzys wirusowy w jednym z Kościołów protestanckich już nie wzburzył w podobnym stopniu opinii publicznej. Popularny jest również ikonoklastyczny buddyzm won, łączący buddyjskie i protestanckie praktyki rytualne z naciskiem na filantropię, naukę i egalitaryzm. Obecnie koreańscy religioznawcy doliczają się ok. 500 nowych religii. Choć większość z nich ma marginalny zasięg, to największe stale rosną. W sumie wyznawcy NRR stanowią ok. 2% populacji Korei Południowej.

Po trzecie, przy całej religijnej różnorodności nie sposób wskazać jednej tradycji zasadniczej dla koreańskiej tożsamości. Tym Korea drastycznie różni się nie tylko od Polski, ale także od sąsiadów, gdzie albo religijność znajduje się pod państwowym butem (Chiny, KRLD), albo spotykamy religie silnie powiązane z państwem oraz etosem narodowym (shinto z buddyzmem w Japonii, prawosławie w Rosji). Tymczasem wystarczy spojrzeć na symbole narodowe Korei, by dostać zawrotu głowy. Koreański hymn narodowy, napisany przez protestanta, już w pierwszym wersie odnosi się do Boga; koreańska flaga zawiera symbole związane z taoizmem i konfucjanizmem, a świętem narodowym jest tzw. Dzień Otwarcia Nieba (gaecheonjeol) upamiętniający mitycznego pierwszego władcę Korei, Tanguna, syna niebiańskiego bóstwa i niedźwiedzicy, wprost wywodzącego się z koreańskich nowych ruchów religijnych.

Siłą rzeczy wiele fascynujących zjawisk umyka uproszczonym ankietom. Korea nie przestaje zaskakiwać właśnie dlatego, że pod powierzchnią oficjalnych deklaracji religijnych kryje się sfera graniczna. Zjawiska pozbawione jasnych doktryn czy instytucji, nienormatywne lub niewpasowujące się w wąskie rozumienie tego, czym jest religia. Rodzi to liczne nieporozumienia. I nieskończone pole do badań dla naukowców.

Ureligijnienie Korei

Jonggyo, koreańskie słowo używane jako tłumaczenie pojęcia „religia”, upowszechniło się dopiero w II poł. XIX w. w wyniku działań chrześcijańskich misjonarzy. Do tego czasu Koreańczycy rozumieli swoje tradycje jako zbiór nauk (hag), praktyk (beob) lub drogę (do). W dodatku choć dziś przychodzi nam z pewną łatwością wskazywanie podobieństw pomiędzy religiami, buddyjscy mnisi, szamani czy pastorzy XIX w. byliby nierzadko zszokowani umieszczeniem ich w obrębie jednej kategorii. Dyskurs na temat „religii świata” dopiero się formował, wypierając wcześniejsze rozumienie religii jako tej „jedynej słusznej”, czyli chrześcijaństwa.

Zaadaptowanie nowej terminologii rodziło jednak problem dobrze dziś znany religioznawcom. Dziś jako religie powszechnie uznaje się to, co przypomina chrześcijaństwo. Zjawiska pozbawione charakterystycznych dla niego elementów: silnej instytucji, spisanej doktryny czy sformalizowanego kultu, wypadają poza nawias. To ma znaczenie, ponieważ kategoria religii nie jest neutralna. To, czy coś zostanie uznane za religię bądź nie, ma ogromny wpływ na akceptację społeczną.

W Korei nie każde wyznanie jest uważane za „prawdziwe”. Już rząd kolonialny za legalne uznawał wyłącznie buddyzm i chrześcijaństwo.

W dyskursie Cesarstwa Japońskiego nawet shinto nie było religią, a ideologią państwową, co pozwalało wymuszać praktyki rytualne także na chrześcijanach (choć z pewnymi oporami, to skutecznie). Wszystkie rdzenne tradycje, takie jak czondoizm (dosł. Religia Niebiańskiej Drogi) czy tangunizm, były zwalczane i charakteryzowane jako pseudoreligie. Ich popularność, także szamanizmu, tłumaczono jako dowód na prymitywizm Koreańczyków.

Pokłosiem tego legalizmu jest także dzisiejsze postrzeganie świata, gdzie „stare” religie, takie jak buddyzm i chrześcijaństwo, są społecznie akceptowane, a te nowe znacznie mniej. W prasie głównego nurtu dziennikarze (nierzadko chrześcijanie), czerpiąc z dyskursu chrześcijańskich ośrodków antykultowych, NRR zbiorczo nazywają sektami (saibi) lub wręcz wprost herezjami (idan). Chcąc uniknąć konfliktów lub negatywnej stygmatyzacji, wielu Koreańczyków działających w NRR odżegnuje się od definiowania ich tradycji jako religii w ogóle.

Praktykujący niewierzący?

„Oto kraj, w którym połowa mieszkańców to ateiści” – to powszechne i całkowicie błędne przekonanie o Korei Południowej. Być może pasuje nam ten ateizm do państwa, które słynie z pasji do edukacji i coraz to wymyślniejszych technologii? Nieraz zdanie to jest wypowiadane z niekrytym podziwem lub wręcz zazdrością dla wyobrażonej racjonalności narodu koreańskiego. Fakt, ok. połowa mieszkańców tego kraju w badaniach nad religijnością zaznacza jej brak (jonggyo eobseum). Sprowadzenie światopoglądu tej grupy do np. ateizmu o scjentystycznym zabarwieniu jest jednak dalekim nadużyciem.

Koreańscy bezwyznaniowcy to bardzo zróżnicowana grupa. Tak, są wśród nich tacy, których światopogląd zbliżony jest do tego, co rozumiemy jako materialistyczny ateizm – według badań Gallup Korea stanowią ok. 15% populacji.

Jednocześnie większość nieuważających się za religijnych Koreańczyków wciąż odwiedza szamanów, odprawia rytuały ku czci przodków lub wierzy w niespersonalizowane siły przekraczające świat materialny. Takie siły stoją u podstawy kosmologii konfucjańskiej i choć dziś metafizyka konfucjańska straciła na znaczeniu, podobna wizja świata kultywowana jest przez pungsu (koreańskie feng shui), filozofię do (taoizm) i hanui (medycynę tradycyjną). Te postawy, które religioznawcy nazwaliby religijnymi, w Korei nie są jednak zazwyczaj rozumiane jako religia.

By lepiej zrozumieć ten problem, posłużmy się przykładem z filmu Ekshumacja (reż. Jang Jae-hyun), który w zeszłym roku święcił triumfy w koreańskich kinach, gromadząc niemalże 12 mln widzów! Fabuła przypomina typowy horror, jednak to wątki religijne są w nim najciekawsze. By pokonać zło, przedstawiciele szamanizmu, buddyzmu i chrześcijaństwa będą musieli zapomnieć o światopoglądowych różnicach i połączyć siły. Jest wśród nich również mistrz geomancji (grany przez niezastąpionego Choia Min-sika). W pewnym momencie słyszymy jego myśli, by dowiedzieć się, że dla różnych ludzi pungsu, czyli owo koreańskie feng shui, ma różne znaczenie: dla jednych jest zabobonem lub oszustwem, dla innych religią albo nauką.

Dla głównego bohatera stanowi niewątpliwie naukę. U podstaw orientalnej geomancji stoją bowiem liczne zasady definiujące, kiedy biegnąca rzekomo pod ziemią energia gi jest najmocniejsza i jak czerpać z niej różne korzyści. W końcu pungsu dosłownie oznacza „wiatr i wodę”. Upraszczając, za pomyślne miejsce uważano kotlinę, najlepiej w kształcie konia, ulokowaną u podnóża dominującej, skierowanej na północ góry, z ciekiem wodnym na południu (woda nie może być jednak stojąca). Wystarczy spojrzeć na układ koreańskich miast, by zauważyć, że ich architekci kierowali się zasadami pungsu.

W dynamicznym świecie południowokoreańskiego kapitalizmu profesja geomantów tylko urosła w siłę. Zwłaszcza zamożni Koreańczycy pamiętają, by budować domy rozplanowywane przez ekspertów od pungsu. Trochę w myśl zasady „przezorny zawsze ubezpieczony”. Niepomyślne gi mogłoby przynieść straty w biznesie. Innym powszechnym dowodem na działalność geomantów są rodzinne groby, charakterystyczne zielone kopczyki, którymi utkane są koreańskie góry. Miejsce pochówku ma mieć szczególne znaczenie dla pomyślności bliskich zmarłego. Podstawą tej wiary jest przekonanie, że duch zmarłego, honbaek, składa się z dwóch esencji. Pierwsza staje się częścią niebios, druga pozostaje związana z ziemią poprzez kości i przez pewien czas może wpływać na swoich potomków. Przyjaznemu usposobieniu zmarłych sprzyja rytuał ku czci przodków, jednak nieodpowiednio dobrane miejsce lub niewłaściwa pora pochówku mogą grozić… cóż, zachęcam do obejrzenia Ekshumacji.

Geomancja, choć zawiera treści metafizyczne, zakłada też konkretne metody ich kontroli. Nacisk nie jest kładziony na wiarę, lecz na praktykę. Wreszcie nawet jeżeli nie zgadzamy się z metafizycznymi założeniami pungsu, to trudno nie dostrzec w metodzie licznych praktycznych zasad – budowanie domu bezpośrednio u podnóża góry wystawiało go na zagrożenie powodzią, a na szczycie był narażony na uderzenia wiatrów. Podobny paranaukowy charakter ma medycyna orientalna. Nie należy jej mylić z medycyną chińską, choć obie czerpią z podobnych źródeł. Koreańczycy podkreślają znaczenie własnych mistrzów medycyny i w swoim języku mówią po prostu o medycynie koreańskiej, czyli hanui. W tłumaczeniu na angielski utarła się jednak nazwa „medycyna orientalna”, być może z powodu wkładu w tradycję mistrzów z Japonii i Wietnamu.

Choć powszechnie kojarzy się ją z różnego rodzaju ziółkami, stawianiem baniek i akupunkturą, istotny jest również aspekt duchowy. W ujęciu hanui przez ciało człowieka przepływają trzy energie: jong, czyli krew, coś, co możemy zobaczyć; gi, energia niewidzialna, i shin, czyli duch / świadomość. Medycyna orientalna zakładała holistyczną wizję człowieka i nie przeprowadzała na ciele człowieka operacji (ten aspekt zachodniej medycyny był dla Koreańczyków szokujący jeszcze w XIX w.). Właściwego balansu szukano poprzez wpływanie na meridiany, punkty w ciele, przez które gi ma przechodzić. Gi wyczuć można ponoć poprzez puls. Stąd wiele niezapomnianych scen w koreańskich dramach, z których moja ulubiona należy do netflixowego serialu Kingdom o inwazji zombie w Królestwie Joseon. Medyczka po zbadaniu pulsu królowej stwierdza, że ta nie może być w ciąży, i w ten pomysłowy sposób demaskuje jej kłamstwa.

Z jednej strony im głębiej wczytujemy się w literaturę hanui, tym więcej dostrzegamy w niej magii: wpływ podobnego na podobne (liść w kształcie serca ma być dobry na serce); sposoby na uzyskanie nieśmiertelności; dziwne składniki (kość smoka) itd.

Z drugiej strony „tradycyjna” medycyna orientalna przechodzi dziś zmiany, a nawet jest wykładana na państwowym uniwersytecie w Busan.

Obok geomancji i medycyny alternatywnej trzecim przykładem zjawiska trudnego w charakteryzacji są różnego rodzaju ruchy czerpiące z filozofii taoistycznej, popularyzujące praktyki podobne do tai chi i będące dalekim pokłosiem taoistycznych praktyk wewnętrznej alchemii. Ruchy takie jak Body & Brain (Dahn World), Kuksundo World Federation czy Medytacja Maum postulują „dotarcie do swojej prawdziwej natury”, „uzyskanie nieba na ziemi”, „opanowanie wewnętrznych energii” poprzez różnego rodzaju techniki ruchu i oddechu. Wszystkie opierają się na metafizycznym z gruntu założeniu o przenikającej organizm i świat energii gi, jednak nie uważają się za religie. Jak przekonuje założyciel Dahn World, Ilchi Lee, jego praktyka jest „religią, która nie jest religią”, i poszukuje „prawdy w ciele, podczas gdy religia próbuje poznać ją poprzez teksty lub doktryny”.

Gut bogom, pomyślność ludziom

Ze wszystkich zjawisk wymykających się jednoznacznej kategoryzacji religijnej najbardziej kontrowersyjny jest szamanizm. Gdy Korea przechodziła okres zachwytu zachodnią nauką, a wraz z nią chrystianizacją, szamanizm stał się niechcianym reliktem przeszłości. W prasie w I poł. XX w. koreańscy szamani (przede wszystkim szamanki, bowiem ok. 98% to kobiety) byli nazywani oszustami lub wręcz „czcicielami diabła”. Szamanizm nie był tolerowany ani w Królestwie Joseon, ani w okresie japońskiego kolonializmu, jednak do najostrzejszej konfrontacji z nim doszło za rządów wojskowego dyktatora Parka Chung-hee. W latach 70. państwo przeprowadziło kampanię modernizacji wsi, w której ważnym elementem była walka z misin, z „zabobonami”. Animistyczne kapliczki i totemy niszczono, święte drzewa ścinano, a policja zakłócała przeprowadzane w wioskach rytuały, upokarzając szamanów. To właśnie w okresie rządów generałów chrześcijaństwo odnotowało ogromny przyrost liczby wyznawców. W miejsca dawniej zajmowane przez szamanów wchodzili pastorzy i dziś koreańską prowincję wypełniają kościoły. Tę transformację wyraźnie widać w statystykach.

W 1960 r. w Korei było ok. 600 tys. protestantów. Trzydzieści lat później ta liczba urosła do ponad 7 mln!

Jednak szamani przetrwali co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, udało im się znaleźć oparcie wśród folklorystów, którzy przedstawiali ich rytuały jako część koreańskiej kultury. Najpopularniejsza szamanka Kim Keum-hwa została nawet uznana za „Niematerialne Dziedzictwo Kulturowe nr 82-2”. Argument z dziedzictwa był tarczą ochronną przed atakami chrześcijańskich radykałów i sił świeckich, jednak same zainteresowane zwykły też zadawać ironiczne pytanie: „Czy w takim razie również buddyjscy mnisi będą klasyfikowani jako dziedzictwo kulturowe?”.

Po drugie, szamani skutecznie odnaleźli się w świecie bezlitosnego kapitalizmu. Gdy wygoniono ich z wiosek, przenieśli się do miast. Choć prasa odsyłała całą profesję na śmietnik historii, zapotrzebowanie na nich zaczęło gwałtownie rosnąć w okresie kryzysu finansowego 1997 r. Gdy ciężko pracujący ludzie tracili całe majątki, rytuały szamanistyczne gut przynosiły pocieszenie. Pomagały znaleźć przyczyny niezrozumiałej tragedii i dawały poczucie zetknięcia z tajemniczą sferą życia. Według takich antropolożek jak Laurel Kendall korzystanie z usług szamanek w tym okresie miało u swojego podłoża kłopoty materialne. Koreańczycy zaczynali kwestionować swoje radykalne odrzucenie tego, co uważano za „pierwotną wiarę Korei”. Do szamanek zaczęli zgłaszać się nawet byli chrześcijanie, rozczarowani religią Zachodu. Dodajmy, że aspekt materialny silnie zaznaczony jest także w koreańskim protestantyzmie, gdzie w duchu teologii sukcesu (prosperity theology) wzrost ekonomiczny Korei tłumaczono dowodem poparcia samego Boga, a nowo nawróconym obiecywano szybkie bogactwo.

Rynek zmienił również charakter szamanizmu w Korei. Szamanistyczne tradycje rodzinne ustąpiły szamanom posesywnym. Gut praktykowany przez dziedzicznych szamanów jest bardziej zrytualizowany i mniej widowiskowy niż szamanów, którzy utrzymują, że przemawiają przez nich duchy. Ci drudzy potrafią wpadać w wielogodzinny trans, a ich rytuały (w których m.in. poświęca się zwierzęta lub tańczy na ostrzach mieczy) nierzadko budzą popłoch wśród publiki. Z powodu hałasu towarzyszącego takim wydarzeniom gut odprawiany jest dziś w miejscach specjalnie do tego przygotowanych, tak by nie przeszkadzać osobom zapracowanym i chrześcijańskim sąsiadom.

Mimo że forma rytuałów szamanistycznych może budzić przerażenie (i często trafia do horrorów), to w swoich książkach Kendall podkreśla ich terapeutyczne działanie. Szamanki zazwyczaj bardzo dobrze potrafią zrozumieć swoich klientów. Podczas rytuałów stają się medium obrażonych duchów domowych lub zmarłych bliskich, dając szansę na symboliczne pogodzenie się ze stratą i nowy początek.

Co ciekawe, wielu biorących udział w tych rytuałach nie wierzy w dosłowną obecność duchów, ceni gut raczej za jego psychologiczną siłę. Zresztą szamanizm to nie chrześcijaństwo, nikt tu pytań o wiarę nie zadaje.

My jednak możemy je postawić. Intrygujący jest fakt, że również szamanizm nie jest rozumiany w Korei jako religia – choć wprost zakłada istnienie bytów duchowych i całego świata pozamaterialnego. Dla Koreańczyków bardzo dziwne byłoby określenie się przed ankieterem jako szaman lub animista; słowa te poza środowiskiem religioznawczym brzmią dość obco. Chociaż w Korei jest ponad 100 tys. szamanów, to związane z nimi praktyki są dla wielu wstydliwe, a zatem ukryte oraz zazwyczaj ignorowane przez rząd (założyć oficjalnie działalność szamanistyczną można zaledwie w pięciu powiatach Korei, szamani rejestrują się jako buddyści). Dużo bardziej widoczni są wróżbici (jeomjaengi), których namioty znajdziemy zwłaszcza w pobliżu uniwersytetów i centrów biznesowych. Choć szamani też często wróżą (tradycyjnie z ryżu i monet), to nie należy tych dwóch profesji mylić ze sobą.

O dominacji negatywnych stereotypów związanych z szamanizmem świadczy popkultura. Oczywiście zdarzają się pozytywne wizerunki szamanów (Ekshumacja), jednak wciąż przeważa raczej obraz szamana manipulanta (Squid Game 2) lub szamana marionetki diabła (Lament – i to dosłownie!). W dodatku przy niemalże każdym większym skandalu politycznym media doszukują się szamanistycznych manipulacji. Najgłośniejsza tego typu sytuacja miała miejsce podczas impeachmentu prezydent Park Geun-hye w 2017 r., choć osoba ochrzczona „Koreańskim Rasputinem”, Choi Soon-sil, biznesmenka i córka kontrowersyjnego pastora, okazała się nie mieć nic wspólnego z koreańskim szamanizmem. Cała historia dała jednak impuls do protestów na ogromną skalę. Wiele fantastycznych opowieści krąży też wokół nieudanego przeprowadzenia zamachu stanu w 2024 r. przez prezydenta Juna Suk Jola. Faktycznie, jeden z czołowych architektów zamachu stanu gen. Noh Sang-won był częstym gościem znanej szamanki, a nawet sam praktykował wróżbiarstwo. Choć szamanizm wciąż pozostaje kontrowersyjny, to poza miastami stale odbudowuje się stare kapliczki i stawia nowe. Według badaczy nigdy w historii Korei nie było ich tak wiele.

Ateistyczna Korea Północna?

A jak sprawy mają się w krainie Kimów? Państwo to mierzy się z ogromną liczbą stereotypów i błędnych przekonań dotyczących tamtejszej sytuacji religii. Podobnie jak w większości krajów komunistycznych, religia w KRLD nie została całkowicie zakazana, a wolność wyznania formalnie gwarantowała konstytucja. Państwo jednak dążyło do znacznego ograniczenia jej wpływu w życiu obywateli poprzez kampanie „antyreligijne”. Na początku XX w. Pjongjang był znany jako centrum misjonarskie i nazywany Jerozolimą Dalekiego Wschodu. W rzeczywistości chrześcijanie w 1945 r. stanowili tylko 2,8% populacji Północy. Często powiązani z amerykańskimi misjonarzami i niechętni wobec komunistów, stanowili dla nich wroga nr 1. Większą siłą była Religia Niebiańskiej Drogi, której członkowie tworzyli 16,4% społeczeństwa. Duża liczba wyznawców oraz doktryna stawiająca na „budowę nieba na ziemi” sprawiły, że Sowieci pozwolili im stworzyć polityczną partię. Obecnie pełni funkcję marionetkową, lecz początkowo miała więcej członków niż Partia Pracy Korei.

W Korei Północnej życie religijne doznało olbrzymiego wstrząsu w wyniku wojny koreańskiej (1950–1953). Wiele osób wierzących uciekło na Południe (zwłaszcza chrześcijanie), a masowe bombardowania przeprowadzone przez amerykańskie siły pod egidą ONZ zamieniły w ruiny niemalże wszystkie budynki sakralne w kraju (łącznie z górskimi świątyniami, które mogły potencjalnie stanowić bazę dla oddziałów wroga). Po wojnie kościołów już nie odbudowywano, a chrześcijaństwo do dziś jest uważane za „piątą kolumnę” Zachodu.

Czy jednak faktycznie w Korei Północnej brak życia religijnego? To skomplikowane. Po pierwsze, funkcjonują kontrolowane przez państwo organizacje religijne. Choć ich aktywności mają charakter propaństwowy i są skrajnie zideologizowane, to początkowo były tworzone przez autentycznych duchownych (do 1984 r. na czele Koreańskiej Federacji Chrześcijańskiej stał Kang Ryang-uk, prezbiteriański pastor i wuj Kim Ir Sena). Wydaje się, że stały się jakąś formą schronienia dla nielicznych osób decydujących się utrzymać swoje przekonania religijne (wiadomo choćby o mnichach buddyjskich, którzy zaczynali swoją posługę jeszcze w czasach kolonialnych, buddyzm również w ostatnich dekadach jest czasem doceniany jako „tradycja narodowa”).

Po drugie, wiemy o istnieniu podziemia religijnego. Zespół Kima Philo z Uniwersytetu Seulskiego na podstawie relacji uciekinierów pochodzących z chrześcijańskich rodzin oszacował liczbę ukrytych chrześcijan na ok. 70 tys.

Po trzecie wreszcie, wiadomo też o licznych aktywnościach wróżbiarsko-szamanistycznych. Eksplozja szamanizmu w Korei Północnej miała miejsce w okresie głodu, w latach 90. To wtedy wielu mieszkańców KRLD straciło wiarę w nieomylność swoich władz. Pomimo prześladowań docierające na Południe północnokoreańskie szamanki podkreślają, że zjawisko jest powszechne, ale brak możliwości jego bezpiecznego praktykowania.

Ostatecznie trudno nie dostrzec też inspiracji religijnych w języku północnokoreańskiej ideologii, która podkreśla nieśmiertelność swoich wodzów i organizuje się wokół rytuałów publicznych na ich cześć. Koreańskie dzieci zaczynają dzień od pokłonów przed portretami Kimów, uczą się pilnie ich żywotów i sentencji, czytają o nich „legendy”. W tych ostatnich Kimowie uzdrawiają, latają, kontrolują siły pogody… Co ciekawe, Korea Północna również niezwykle wysoko ceni medycynę orientalną, nazywaną w KRLD „medycyną Koryo”. Według państwowych mediów odniosła sukces w pokonaniu wirusów SARS i COVID-19. Również pungsu, choć oficjalnie nieuznawane, wydaje się mieć pewne znaczenie. W partyjnych magazynach zdarza się przeczytać, że Pjongjang ma perfekcyjny przepływ energii gi – w porównaniu do „zaburzonego” niekontrolowaną urbanizacją Seulu.

***

Obie Koree stworzyły zupełnie inne religijnie światy. Na Północy religia podlega silnej państwowej kontroli, na Południu regulują ją przede wszystkim prawa rynku. W przypadku zjednoczenia Koree czekałby kolejny proces zmian religijnych. Ponownie przenegocjowane zostanie to, co jest i nie jest religią. Pytania obejmą zarówno infrastrukturę (co zrobić z licznymi i często imponującymi pomnikami rodziny Kimów?), jak i treść samych wierzeń – skoro do panteonu szamanów w Korei Południowej dołączył gen. MacArthur, amerykański dowódca z czasów wojny koreańskiej, to może nic nie stoi na przeszkodzie, by oddolnym kultem cieszył się też Kim Ir Sen. Intrygujące byłoby obserwowanie odrodzenia tradycyjnych religii na Północy. Na razie zjednoczenie raczej nie jest prawdopodobne. Wydaje się jednak, że spośród wszelkich wyzwań, które taki rozwój wydarzeń by przyniósł, pluralizm religijny byłby najmniejszym kłopotem. Korea Południowa pokazała już, że można sobie z nim świetnie radzić.

Artykuł pojawił się w numerze: Jak smakuje życie w Korei