W chwili wyboru na papieża Lenny Belardo miał 47 lat, odpalał jednego papierosa od drugiego, uwielbiał watykański przepych, ekstrawagancję i twarde polityczne wojny personalne w Kurii Rzymskiej. Był skrajnym, radykalnym konserwatystą – do granic prowokacyjności. Rozdarty wewnętrznie, poruszał się między manipulacją i aktorstwem a prawdziwym mistycyzmem i głębokim współczuciem dla cierpiących.
Tak było w serialu Młody papież w reżyserii Paola Sorrentina, który przewidział papieża z USA. Ten jednak – Leon XIV, czyli Robert Prevost – wydaje się zupełnie inny niż Belardo. Papież Sorrentina byłby łatwym łupem dla dziennikarzy. Pisanie o Leonie XIV to trudne zadanie: w pierwszej chwili wydaje się on tak bardzo zbalansowany, że nie ma się czego uchwycić.
Oto pojawia się papież spokojny, pokojowy, papież jedności, „trzeciej drogi”, łączący ogień i wodę, słuchający, empatyczny, ale chroniący tradycję. Jan Paweł II zaczął swój pontyfikat oficjalnie: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Benedykt XVI – prosto: „Drodzy bracia i siostry…”. Franciszek – kontrowersyjnie (dla niektórych): „Bracia i siostry, dobry wieczór”. Leon XIV zaczął od słów: „Niech pokój będzie z wami wszystkimi” – a więc ani nadmiernie tradycyjnie, ani nadmiernie nowocześnie. Jeśli pierwsze słowa, jakie wypowiada papież na balkonie Bazyliki Świętego Piotra, uznamy za zapowiedź charakteru pontyfikatu, to można się spodziewać…