W chwili wyboru na papieża Lenny Belardo miał 47 lat, odpalał jednego papierosa od drugiego, uwielbiał watykański przepych, ekstrawagancję i twarde polityczne wojny personalne w Kurii Rzymskiej. Był skrajnym, radykalnym konserwatystą – do granic prowokacyjności. Rozdarty wewnętrznie, poruszał się między manipulacją i aktorstwem a prawdziwym mistycyzmem i głębokim współczuciem dla cierpiących.
Tak było w serialu Młody papież w reżyserii Paola Sorrentina, który przewidział papieża z USA. Ten jednak – Leon XIV, czyli Robert Prevost – wydaje się zupełnie inny niż Belardo. Papież Sorrentina byłby łatwym łupem dla dziennikarzy. Pisanie o Leonie XIV to trudne zadanie: w pierwszej chwili wydaje się on tak bardzo zbalansowany, że nie ma się czego uchwycić.
Oto pojawia się papież spokojny, pokojowy, papież jedności, „trzeciej drogi”, łączący ogień i wodę, słuchający, empatyczny, ale chroniący tradycję. Jan Paweł II zaczął swój pontyfikat oficjalnie: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Benedykt XVI – prosto: „Drodzy bracia i siostry…”. Franciszek – kontrowersyjnie (dla niektórych): „Bracia i siostry, dobry wieczór”. Leon XIV zaczął od słów: „Niech pokój będzie z wami wszystkimi” – a więc ani nadmiernie tradycyjnie, ani nadmiernie nowocześnie. Jeśli pierwsze słowa, jakie wypowiada papież na balkonie Bazyliki Świętego Piotra, uznamy za zapowiedź charakteru pontyfikatu, to można się spodziewać papieża środka. To powoduje frustrację u kogoś, kto chciałby Leona XIV zaszufladkować, sklasyfikować, zaliczyć do którejś z frakcji. Współczesny dziennikarz, który zamierzałby za wszelką cenę w swoim artykule umieścić ostre, wyraziste tezy, wskazać jednoznacznie polityczne powiązania swojego bohatera, wypunktować jego słabości lub chwalić pod niebiosa jego heroiczne i nadludzkie czyny, z Leonem XIV będzie miał spory kłopot.
Bez zapędów reformatorskich
Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że Leon XIV jest bliżej Kościoła otwartej ortodoksji, jednoznacznym kontynuatorem linii Franciszka, że pragnie Kościoła synodalnego, a więc odejścia od sztywnej hierarchii. O. Wiesław Dawidowski, augustianin, który zna Roberta Prevosta od 26 lat, zapewnia o tym w wywiadzie rzece Papież na niespokojne czasy z Damianem Jankowskim: „Leon będzie szedł drogą synodalności, z całą pewnością (…) nie ma przypadku w tym, że Leon tak chętnie powołuje się na swego poprzednika”. Współtworzył projekty ekologiczne w Watykanie. Podtrzymuje nurt myślenia wyrażony w Laudato si’. Do przedstawicieli uniwersytetów wysłał wiadomość wideo, w której wyraził radość z ich zaangażowania w „synodalną pracę rozeznania w przygotowaniu do COP30 [konferencji ONZ dotyczącej zmian klimatu – przyp. JP]”. Docenił także wysiłki uczelni podejmujących refleksję nad „zrównoważeniem długu publicznego i długu ekologicznego” – czyli szukaniem rozwiązań prowadzących do tego, by polityka finansowa państw (np. spłata lub umorzenie długów) uwzględniała także ich wysiłki na rzecz ochrony środowiska.
Krytykował wiceprezydenta USA J.D. Vance’a za przywoływanie zasady ordo amoris jako uzasadnienie surowej polityki imigracyjnej.
Vance powiedział w wywiadzie dla Fox News: „Jest taka chrześcijańska koncepcja, że najpierw kocha się swoją rodzinę, potem swojego sąsiada, potem swoją społeczność, potem swoich współobywateli, a dopiero później – resztę świata”. Prevost zacytował w mediach społecznościowych tekst Kat Armas z „National Catholic Reporter”, którego tytuł dobrze odzwierciedla treść: „J.D. Vance myli się: Jezus nie każe nam ustalać hierarchii miłości do innych”.
Jednak kiedy już jesteśmy niemal pewni co do „otwartego” oblicza nowego papieża, okazuje się, że to nie takie proste. Leon XIV nie ma zapędów reformatorskich, a trzeba przyznać, że Franciszek eksplorował granice dotychczasowego nauczania – można nawet powiedzieć, że próbował je poszerzyć. Dlatego po Amoris laetitia czterech kardynałów – Raymond Burke, Carlo Caffarra, Walter Brandmüller i Joachim Meisner – złożyło dubia, prosząc o wyjaśnienie, czy dokument nie narusza dotychczasowego nauczania o małżeństwie i dostępu do sakramentów dla osób po rozwodzie żyjących w nowych związkach.
Robert Prevost, jeśli radykalnie nie zmieni swojej linii, nie może raczej spodziewać się dubiów. Dotąd, zwłaszcza w sprawach obyczajowych, silnie trzymał się tradycyjnej wykładni nauczania Kościoła.
W konserwatywnych środowiskach krążą „obiecujące” cytaty papieża, choćby to z przemówienia do biskupów z 2012 r.: „Zachodnie media masowe są niezwykle skuteczne w budzeniu ogromnej sympatii dla przekonań i praktyk sprzecznych z Ewangelią, takich jak aborcja, homoseksualny styl życia, eutanazja”.
Siła spokoju
Z pytaniem, kim właściwie jest Robert Prevost, zwracam się do ludzi, którzy znają go osobiście. O. Anthony Pizzo OSA jest prowincjałem augustianów w Chicago. Roberta Prevosta zna od ponad 50 lat, studiowali razem na uniwersytecie Villanova w Filadelfii. Dzielę się szczerze z o. Pizzem swoimi wątpliwościami: po 80 dniach pontyfikatu nadal nie wiem, kim właściwie jest Leon XIV. Co wyróżnia go na tle poprzednich papieży? „Jest przede wszystkim augustianinem” – mówi Pizzo. Augustianie to zgromadzenie zakonne powstałe w XIII w. i żyjące według reguły św. Augustyna. Dzisiaj charakteryzuje się z jednej strony działalnością naukową (prowadzenie uczelni), a z drugiej – zaangażowaniem społecznym i misyjnym. „Jego augustiańskie korzenie sięgają aż do szkoły średniej – kontynuuje Pizzo. – Oznacza to w praktyce, że stara się wcielać w życie augustiańskie wartości: poszukiwanie prawdy, dążenie do jedności i oczywiście, w praktyczny sposób, wprowadzanie miłości w czyn poprzez miłosierdzie. Unitas, veritas i caritas”. No dobrze – pytam – ale czy to nie oznacza po prostu bycia chrześcijaninem? Czy to nie są zasady, którymi powinien kierować się każdy papież? „On nimi po prostu żyje. A jeśli pyta pan o jego osobiste cechy – jest bardzo otwarty. Potrafi być łagodny, ale nie jest uległy. I nie jest nadmiernie elastyczny, co dla mnie oznacza, że jest bardzo zakorzeniony w przesłaniu Ewangelii”. To nadal nie odróżnia go od innych papieży – mówię. „Myślę, że cechuje go szczególny pragmatyzm” – odpowiada o. Pizzo. – Stoi twardo na ziemi. Ma zdolność integrowania swojego zmysłu teologicznego z praktyką”. Jak prowincjał z Chicago wspomina Roberta Prevosta z czasów studenckich? „Mieszkaliśmy razem w akademiku. Świetnie odnajdywał się w życiu akademickim, podczas gdy niektórzy z nas musieli się z tym zmagać. Nie był jednak typem akademika-mola książkowego. Nie wypowiadał się w górnolotny sposób, mówił o bardzo przyziemnych sprawach”.
To samo pytanie o szczególne cechy Roberta Prevosta zadaję o. Wiesławowi Dawidowskiemu. „Zabrzmi to może pretensjonalnie, ale to jest coś, co wyróżniało Tadeusza Mazowieckiego, czyli siła spokoju. I myślę, że to rzeczywiście jest jego naczelna cecha – mówi Dawidowski. – Tak, wyróżniają go bardzo duży spokój i opanowanie. Stawia wymagania, ale w ostateczności nie podejmuje za nikogo decyzji. Jeżeli jakaś grupa zakonników będzie chciała reorganizować swoje życie w ramach zakonu, to nie będzie im stawiał przeszkód”.
Zarazem w wywiadzie rzece z Damianem Jankowskim o. Dawidowski opowiada o konflikcie podczas kapituły augustianów: „Pamiętam, jak na pewnej kapitule jeden z naszych współbraci nie zgadzał się z o. Prevostem, wówczas generałem. (…) »Nie myśl, że ci ustąpię, ani mi się śni!« – mówił. Prevost zapytał tylko: »No dobrze, powiedz mi: jaka jest twoja koncepcja posłuszeństwa?«. Zapadła grobowa cisza, tamten uznał, że generał jednak jako przełożony ma rację”.
Podzielona Ameryka, podzielony Kościół
Pokojowy, demokratyczny i słuchający Leon XIV ma więc jednak w sobie także surowość i jednoznaczność serialowego Lenny’ego Belarda. Podobnie jak „młody papież”, nie stroni też od przyjemności popkultury. Wszyscy wiedzą, że kibicuje baseballowej drużynie Chicago White Sox. Odkopano fragmenty transmisji telewizyjnej z 2005 r. z Robertem Prevostem oglądającym swoją ulubioną drużynę z trybun. Leon pojawił się nawet w czarnej czapce z emblematem Sox, kontrastującej z białą sutanną. Uproszczeniem byłoby zarazem wnioskowanie z tego, że jest „wyluzowanym papieżem” – na pierwszą przemowę włożył czerwony mucet i stułę, podkreślając tradycję silniej niż Franciszek. Jednak kibicem jest z całą pewnością.
Jest też obywatelem USA i zna realia Kościoła amerykańskiego – wie, z jakimi wyzwaniami zmaga się tamtejsza wspólnota. Może dzięki temu sprawniej komunikować się z amerykańskimi wiernymi i hierarchią. A będzie to potrzebne – bo Ameryka jest w trakcie intensywnych przemian politycznych i religijnych.
Choć katolicy stanowią dziś ok. 20% amerykańskiego społeczeństwa, ich historia w USA nie była łatwa.
Historyczne uprzedzenia wobec katolików w USA sięgają początków republiki, kiedy protestanccy osadnicy postrzegali ich jako potencjalne zagrożenie – zarzucając im lojalność wobec „obcego papieża”. Konserwatywna i silnie protestancka partia Nic Niewiedzących (Know Nothing movement) w latach 40. XIX w. głosiła, że oto „rzymscy” szpiedzy próbują podważyć amerykański ład. W 1854 r. i kolejnych latach wybuchały antykatolickie zamieszki (włącznie z podpalaniem kościołów), których kulminację stanowił „Bloody Monday” w Louisville, gdzie zabito ponad 20 osób, głównie katolików irlandzkiego i niemieckiego pochodzenia. Antykatolicyzm był jedną z motywacji działań Ku Klux Klanu. Przełomowym momentem okazał się wybór Johna F. Kennedy’ego na prezydenta w 1960 r. – pierwszego katolika na tym stanowisku. Przed kampanią musiał on wielokrotnie zapewniać, że jego lojalność względem konstytucji ma priorytet nad wszelkimi przysięgami religijnymi.
Dzisiejsze środowisko amerykańskich katolików jest różnorodne i wieloetniczne. Rośnie udział Latynosów, którzy stanowią już ok. 36% wiernych (wobec 29% w 2007 r.), a także Azjatów. W archidiecezji Chicago liczba księży o latynoamerykańskich korzeniach bardzo wzrosła – z mniej niż 1% w 1995 r. do aż 14% dziś. To pokazuje, że etniczna i kulturowa różnorodność amerykańskiego katolicyzmu nie jest tylko statystycznym faktem, ale realnym procesem przemian duszpasterskich i strukturalnych.
Jednocześnie można zaobserwować głębokie napięcie między pragnieniem autentycznej duchowości a rynkowymi i politycznymi mechanizmami religijności. Jeszcze bardziej upolitycznionymi po drugiej elekcji Donalda Trumpa. Wiele pisze się o tym, jak bliscy współpracownicy Trumpa – od wspomnianego Vance’a do Pete’a Hegsetha – uzasadniają swoimi religijnymi przekonaniami działania silnie konserwatywne, a nieraz nieewangeliczne. Do tego dochodzi głęboka polaryzacja: z jednej strony liberalno-centrowi katolicy, reprezentowani przez Joe Bidena, z drugiej – konserwatywni intelektualiści i politycy tacy jak J.D. Vance, któremu zarzuca się forsowanie ultrakonserwatywnego kursu, również w relacji z biskupami. W tle toczy się spór o komunię dla polityków popierających prawo do aborcji, który podzielił episkopat – część hierarchii popiera podejście restrykcyjne, część uważa, że nie należy „bronić” sakramentu w kontekście politycznym.
Leon XIV zdecydowanie nie jest „człowiekiem Trumpa”. „Sam fakt, że przyjął imię Leon, wskazuje na jego zaangażowanie w sprawiedliwość społeczną, podobnie jak Leona XIII, twórcy pierwszej encykliki poświęconej sprawom społecznym. Wierzę, że Robert chce kontynuować ten impet. To stawia go, jako Amerykanina, w bardzo interesującej pozycji. Jest bowiem obywatelem kraju, którego obecna władza budzi wątpliwości moralnie i który prowadzi politykę zagrażającą egzystencji i godności wielu ludzi, zwłaszcza imigrantów. A pierwszą zasadą katolickiej nauki społecznej jest to, że każda istota ludzka powinna być traktowana z godnością. I to jest punkt wyjścia dla Boba” – mówi mi o. Pizzo.
O. Dawidowski zauważa w naszej rozmowie, że Leon XIV znacznie różni się od wielu typowych przedstawicieli amerykańskiego episkopatu, takich jak medialny biskup Robert Barron, Timothy Dolan czy Blaise Cupich.
Dawidowski określa nowego papieża jako „kosmopolitę i obywatela świata”, który „patrzy na rzeczywistość globalnie”. Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny „Więzi”, podkreśla jego „panamerykańskość”: „Jest akceptowalny zarówno dla Ameryki Północnej, jak i Południowej. Inni kandydaci z USA byli zbyt północnoamerykańscy. Prevost pokazał, że może być także południowoamerykański” – zaznacza Nosowski.
Jednak da się dostrzec w Robercie Prevoście typowo północnoamerykańskie cechy. Przede wszystkim wspomniany już wielokrotnie pragmatyzm organizacyjny i kulturę działania. Jak przystało na Amerykanina, nie boi się wyzwań zarządczych, dąży do konkretnych rezultatów (było tak np., gdy skutecznie zarządzał w Peru kryzysami humanitarnymi). Nie lęka się nowinek technicznych: prowadził profil na Twitterze/X (choć niezbyt aktywnie – głównie retweetował), a jego starszy brat opowiada, że „Rob” lubi grać na smartfonie w „Wordle” i „Words with Friends” (gry słowne podobne do scrabble’a). Amerykańskość Leona XIV może przyciągnąć uwagę Zachodu. Media i młodzież w USA już okazały spore zainteresowanie – na portalach społecznościowych konklawe śledzili nawet ludzie młodzi i zeświecczeni, dla których było to – zwłaszcza po sukcesie thrillera Konklawe z Ralphem Fiennesem – wydarzenie niczym galowy show. Być może siła Leona XIV tkwi w tym, że umie być jednocześnie poważnym autorytetem moralnym i „swoim facetem” z sąsiedztwa – co w dzisiejszej kulturze masowej jest bezcenne.
Nie ma w sobie natomiast skłonności do „biznesowego” traktowania religii – przeciwnie, cechuje go duchowość zakonnika i prostota misjonarza. „Ważne jest również, aby nigdy nie zapominać o duchowym wymiarze naszego powołania. Inaczej ryzykujemy, że staniemy się menedżerami i zaczniemy myśleć jak menedżerowie” – mówił w 2023 r. w wywiadzie dla mediów watykańskich.
Serce i umysł
Jeśli baseballowe szaleństwo utwierdziłoby nas w przekonaniu o silnie amerykańskim charakterze Leona XIV, to po chwili znów okaże się on nieuchwytny. Jego tożsamość kulturowa jest złożona. Patrząc na zdjęcie Prevosta z młodości, można przypuszczać, że ma latynoskie pochodzenie. W rzeczywistości jego rodzina wywodzi się z wielu tradycji. Ciemna karnacja i wyraziste rysy są spuścizną po matce, Mildred Agnes Prevost z domu Martinez, której przodkowie byli hiszpańsko-afrykańskiego pochodzenia (babka papieża, Louise Baquie, była Kreolką). Z kolei po ojcu, Louisie Mariusie Prevoście, dzisiejszy papież przejmuje włoskie i normandzkie dziedzictwo. Wieloletni pobyt w Peru sprawił, że Leon XIV zakorzenił się w świecie hiszpańskojęzycznym.
Włosi nazwali go „Latino-Yankee” – latynoskim Jankesem. „Najmniej amerykański spośród Amerykanów” – pisał o nim Iacopo Scaramuzzi w „La Repubblica” podczas konklawe.
Nie jest kurialnym „jurystą” ani medialnym konserwatystą w stylu niektórych amerykańskich biskupów; przeciwnie, cechuje go latynoska spontaniczność w kontakcie z ludźmi, wspólnotowość, znajomość języka hiszpańskiego (który zna równie dobrze jak angielski) i zrozumienie dla problemów krajów słabszych gospodarczo.
Podczas swojego pierwszego Urbi et Orbi przeszedł na hiszpański, aby zwrócić się do wiernych z Ameryki Łacińskiej – co zostało entuzjastycznie odebrane w Peru, gdzie dzwony katedry odezwały się na wieść o „ich” papieżu. Długi pobyt w Peru zbudował i wzmocnił latynoamerykańską część tożsamości Prevosta. To nie była turystyka, ale praca u podstaw: w diecezji Chulucanas, a potem w archidiecezji Trujillo, gdzie zakładał parafię i był jej pierwszym proboszczem. Nie pracował w bogatych dzielnicach, ale w slumsach, angażując się w pomoc lokalnej ludności. Zasłynął tak dalece, że zyskał przydomek „święty z północy” – potrafił brodzić w błocie, niosąc pomoc ofiarom powodzi, a podczas pandemii COVID-19 zorganizował zakup cystern tlenowych, ratujących życie. To nie są historie z hagiografii, lecz żywe wspomnienia ludzi. To doświadczenie ukształtowało go jako pasterza znającego zapach owiec nie z opowieści, tylko z codziennego życia.
Ten sam człowiek, który naprawiał zepsute ciężarówki w Peru, musiał później zarządzać globalną wspólnotą zakonną jako przeor generalny augustianów (przez dwie kadencje, 2001–2013). To doświadczenie dało mu unikalne połączenie perspektyw: z jednej strony serce misjonarza, z drugiej – umysł administratora. Kiedy w 2023 r. papież Franciszek mianował go prefektem Dykasterii ds. Biskupów, wielu komentatorów uznało to za kluczową decyzję. To jedno z najważniejszych stanowisk w Watykanie, związane z odpowiedzialnością za proces selekcji kandydatów na biskupów na całym świecie. Prevost, jako szef tej dykasterii, stał na czele cichej, ale kluczowej reformy Franciszka polegającej na mianowaniu pasterzy skupionych na duszpasterstwie, a nie na kulturowych wojnach. Był architektem tej zmiany, zanim sam został wezwany na Stolicę Piotrową.
Kto pierwszy dotrze do papieża?
Pierwsze tygodnie pontyfikatu potwierdziły, że Leon XIV zamierza być papieżem syntezy. Styl przywództwa jest bardziej (w porównaniu choćby z Franciszkiem) introspektywny i refleksyjny, z wyraźnym akcentem na pokój i jedność. Zdaje się kontynuować program Franciszka, ale w innym stylu – bardziej dyplomatycznym, mniej ekspansywnym. Homilie pokazują konsekwentną linię: słuchać Ducha, znosić bariery, żyć w miłości i dialogu. Można w nich dostrzec wrażliwość psychologiczną i socjologiczną – widać, że Leon XIV jest na bieżąco z tym, co się dzieje w świecie, i trafnie diagnozuje najważniejsze dziś zagrożenia (starczy wspomnieć, że jako jedno z głównych wyzwań współczesnego świata wskazał rozwój sztucznej inteligencji). Nie robi tego jednak ex cathedra, nie dystansuje się z wyższością od ludzi dotkniętych tymi problemami. To wszystko łatwo zauważyć w pozdrowieniu skierowanym do influencerów i misjonarzy cyfrowych: „[Chrystus] prosi nas dzisiaj, abyśmy budowali inne sieci (…). Sieci, w których można naprawić to, co zostało zniszczone, w których można uleczyć samotność, bez względu na liczbę followersów, ale doświadczając w każdym spotkaniu nieskończonej wielkości Miłości. Sieci, które otwierają przestrzeń dla innych, a nie dla siebie samych, w których żadna »bańka informacyjna« nie zdoła zagłuszyć głosu najsłabszych. (…) Bądźcie więc twórcami komunii, zdolnymi przełamać logikę podziałów i polaryzacji, indywidualizmu i egocentryzmu”.
Jednocześnie nowy papież podejmuje subtelne, lecz istotne decyzje organizacyjne. Wśród nich była nominacja arcybiskupa Thibaulta Verny’ego na przewodniczącego Komisji ds. Ochrony Małoletnich, co jasno pokazuje, że ochrona dzieci i ofiar przemocy seksualnej pozostaje priorytetem. Leon XIV potwierdził też kalendarz prac synodalnych, który przewiduje kolejne etapy konsultacji aż do 2028 r., co Zbigniew Nosowski uznaje za kluczowy sygnał kontynuacji. W rozmowie ze mną podkreśla: „Postawiłbym taką hipotezę, że Leon XIV ma bardziej uporządkowany sposób myślenia niż jego poprzednik, jest matematykiem i prawnikiem z wykształcenia – mówi Nosowski. – Dzięki temu może zoperacjonalizować synodalność. U Franciszka mieliśmy do czynienia raczej z opisem ducha synodalności, tego, czym ona ma być. Myślę, że Leon XIV ma szansę wyznaczyć takie ramy, wewnątrz których ta synodalność powinna się rozwijać”.
W Polsce z ostrożną nadzieją na pontyfikat Leona XIV patrzą zarówno środowiska otwartej ortodoksji, jak i tradycji katolickiej. Tomasz Rowiński, publicysta związany m.in. z „Christianitas”, mówi mi, że jego zdaniem Leon XIV przynosi „dużo spokoju i wytchnienia Kościołowi po 12-letniej galopadzie Franciszka”, czego znakiem są drobne gesty, takie jak „powrót do wakacji w Castel Gandolfo”. Rowiński mówi też o swoich obawach: „Istnieje niebezpieczeństwo, że papież stanie się figurą podobną do prymasa wspólnoty anglikańskiej. Jeśli przyjmie taką strategię, to oznacza, że będzie próbował zadowolić jednych i drugich, np. jednocześnie łagodząc Traditionis Custodes [motu proprio papieża Franciszka z 2021 r., znacząco ograniczające możliwość odprawiania mszy w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, czyli tzw. mszy trydenckiej – przyp. JP], a zarazem popierając rozwiązania bardziej postępowe. Jednak by zachować prawdę religii katolickiej, trzeba czegoś więcej niż tylko polityki równoważenia różnych frakcji w Kościele. Taka polityka zakończyłaby się właśnie umocnieniem sprzecznych tożsamości, które rozsadzą Kościół od wewnątrz. Potrzebne jest raczej wyjaśnianie kontrowersji, nawet jeśli nie będą miłe dla ucha żadnej z grup”.
Dla Kościoła w Polsce, który z trudem odnajdywał się w relacji z papieżem Franciszkiem, nowy pontyfikat to niewiadoma. Zbigniew Nosowski zwraca uwagę, że kluczowe będą kanały informacyjne, jakimi papież będzie się posługiwał.
Wskazuje przy tym na znamienny fakt: „Według mnie w polskim episkopacie mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju wyścigiem: kto pierwszy dotrze do Leona XIV z opisem sytuacji w Polsce. I wydaje mi się, że w tym wyścigu pierwszy był kard. Ryś, który spotkał się z papieżem trzy tygodnie po wyborze”. Nosowski interpretuje to jako skuteczną próbę przedstawienia papieżowi własnej perspektywy na kryzys w polskim Kościele, zwłaszcza w kwestii rozliczeń z problemem wykorzystywania seksualnego, co zaowocowało powołaniem przez kard. Rysia własnej komisji diecezjalnej, niezależnie od prac episkopatu.
O. Dawidowski uważa, że reakcje papieża na bieżące problemy – takie jak kontrowersje wokół komisji ds. pedofilii – będą raczej miały formę „działań zakulisowych niż bezpośrednich interwencji”. „To jest pozycja wysoce dyplomatyczna, a język dyplomacji watykańskiej jest specyficzny, ponieważ chce być skuteczny i chronić bezpieczeństwo katolików na danym obszarze” – zaznacza. Podkreśla jednocześnie, że Leon XIV dobrze zna sytuację Kościoła w Polsce, gdyż osobiście odwiedzał kraj kilkukrotnie w ramach życia zakonnego augustianów, uczestnicząc w kluczowych wydarzeniach i rozmawiając z augustianami osobiście o sytuacji polskiego Kościoła.
Czy będzie „efekt Leona”?
Osławione pytanie Stalina: „Ile dywizji ma papież?”, zostało wypowiedziane w 1945 r., czyli czasach, gdy Kościół katolicki miał niepomiernie większy wpływ na świat niż dziś, jeśli chodzi o oddziaływanie jego imaginarium na funkcjonowanie świata zachodniego. Czy we współczesnym, dużo bardziej zsekularyzowanym świecie instytucja papieża ma nadal istotny wpływ na bieg spraw? Czy zmiana na tym stanowisku oznacza zmianę globalną? Wybór papieża z USA, czyli z jednego z dwóch, trzech najważniejszych mocarstw na świecie, był złamaniem niepisanej zasady. O. Pizzo widzi w tym pewne nadzieje: „Jego amerykańskie pochodzenie może mieć znaczenie i przyczyniać się do wpływu na świat z tego względu, że Stany Zjednoczone ze swojej natury zawsze były na czele, jeśli chodzi o globalne wpływy. Poza tym Leon jest człowiekiem, z którym każdy, w tym wysoko postawiony polityk, może porozmawiać. Prevost nie będzie na siłę do rozmowy wprowadzał tematu Kościoła. Będzie mówił o tym, co możemy praktycznie zrobić, aby wpłynąć na zmianę i transformację. Był formatorem w seminarium. Zna się na rozwoju człowieka. Pojmuje integrację wszystkich wymiarów: ludzkiego, duchowego, politycznego, emocjonalnego i psychologicznego. Będzie więc kimś, z kim ze względu na jego pragmatyzm można usiąść i porozmawiać bez poczucia onieśmielenia faktem, że jest światowym przywódcą religijnym”. Nosowski dostrzega potencjał papieża, ale pozostaje ostrożny co do skuteczności jego działań w tym zakresie. „Potencjał niewątpliwie ma, jako człowiek potrafiący analizować rzeczywistość, niedający się łatwo naciągać. Jednak skuteczność zależy od chęci polityków do podejmowania współpracy, a globalny układ sił politycznych obecnie ewoluuje niekorzystnie” – zauważa.
A co z samym Kościołem i – szerzej – chrześcijaństwem? Badania Pew Research Center pokazują, że w Stanach Zjednoczonych przestaje spadać liczba praktykujących, w niektórych ośrodkach obserwuje się stabilizację frekwencji na nabożeństwach w porównaniu z latami wcześniejszymi, a nawet dochodzi do ożywienia.
Ożywienie to nie zawsze związane jest jednak z autentycznym głodem duchowości. Czasem religia jest po prostu stylem życia, związanym np. z konserwatyzmem à la ruch MAGA (Make America Great Again).
Czasem pełni funkcje społeczne. Korzenie tej sytuacji opisuje w rozmowie ze mną socjolożka Maria Rogaczewska, mieszkająca na co dzień w Las Vegas: „Ameryka to gigantyczny rynek religijny. Religia, jak każdy inny »produkt«, podlega prawom popytu i podaży, marketingu i instrumentalizacji”. Wiara jako towar sprzedawana jest w formie filmików, kursów, wystąpień publicystycznych. Zwłaszcza w sytuacji globalnej niepewności i niestabilności, kryzysu bliskich relacji, opisywanej przez socjologów „recesji miłości i przyjaźni” próby nadania życiu sensu padają na podatny grunt. Jednak wielokrotnie przeradza się to ostatecznie w bronienie swojej tożsamości, nie tylko religijnej, ale „frakcyjnej”. Częste w USA tiktokowe potyczki między „Cradle Catholics” (katolikami z religijną tradycją rodzinną) a „Convert Catholics” (nowo nawróconymi konwertytami na katolicyzm) – twierdzi Rogaczewska – choć często widowiskowe, pozostają na poziomie stylu życia i tożsamości, a nie sięgają głębi duchowej.
W tej społecznej pustce religia-marketing często wydaje się atrakcyjna, a także bardzo krucha. Wiara bywa wybierana według gustu, reklamy, społecznego nacisku czy potrzeby chwili, a nie głęboko zakorzenionej duchowości. W tej rzeczywistości pojawiają się dwa skrajne nurty: z jednej strony właśnie „Prosperity Gospel” czy radykalna „Nowa Reformacja Apostolska” (NAR), wzywająca do przekształcenia USA w chrześcijańską teokrację. „Prosperity Gospel” eksponuje materialny sukces jako znak Bożej łaski, zachęcając do „siania” ofiar i zbierania duchowych „żniw”. To podejście oferuje ludziom prostą narrację: więcej wiary, więcej pieniędzy, więcej błogosławieństw – choć, jak mówi mi Rogaczewska, „nie uwzględnia rosnącej grupy ludzi, którzy żyją w chronicznym dystresie. Ponad 10% Amerykanów funkcjonuje w stanie stałego napięcia psychicznego”.
Z drugiej strony na obrzeżach kwitnie głęboka duchowość reprezentowana choćby przez Center for Action and Contemplation franciszkanina Richarda Rohra czy wolontariuszy w schroniskach i szpitalach, gdzie autentyczna religijność odsłania się raczej w służbie i modlitwie niż w retoryce.
W tym kontekście papież Leon XIV pojawia się jako możliwy mediator i moralny kompas. Jego doświadczenie – duchowość misyjna z Peru, zaangażowanie w sprawy sprawiedliwości społecznej i ekologię – pozwala mu krytycznie patrzeć na rynkowe uproszczenia wiary. Przesłanie otwartości i służby kontrastuje z uproszczonymi narracjami prosperity. Gdy religia rynkowa i polityczna dzielą i manipulują, Leon XIV może przypomnieć, że Ewangelia nie jest produktem, tylko wezwaniem do służby, obecności u boku marginalizowanych i głębokiej relacji z Bogiem.
O. Pizzo mówi mi o tzw. efekcie Leona, wskazując na rosnące zaciekawienie religią w ostatnich miesiącach. Pizzo zauważa: „Ludzie wyrażają większe zainteresowanie Kościołem, religią. Wiele osób już odczuwa wpływ jego przywództwa, pokory, wrażliwości i prostoty oraz potężnego przesłania, które płynie prosto z serca. Chciałbym wierzyć, że Leon będzie nadal miał pozytywny wpływ na ludzi. Właśnie wracam z Peru i widzę, że peruwiańska duma z Leona (który jest również obywatelem Peru) – duma w dobrym, pozytywnym sensie – sięga zenitu”.
***
I tu wracamy do Lenny’ego Belarda. Ekranowy „młody papież” był postacią tragiczną, rozdartą, której siła brała się z prowokacji i nieprzewidywalności. Był produktem ery chaosu, papieżem na czasy social mediów, generującym skrajne emocje.
Robert Prevost, czyli Leon XIV, jest jego przeciwieństwem. Jego siła nie leży w prowokacji, lecz w mediacji. Nie w radykalizmie, lecz w spokoju. Nie w samotności geniusza, lecz w budowaniu wspólnoty. Owszem, jest pierwszym amerykańskim papieżem, ale takim, którego nie da się zamknąć w stereotypie. Jest jednocześnie z Północy i z Południa, jest „Latynosem i Jankesem w jednym”. Potrafi być pryncypialny w kwestiach doktryny i posłuszeństwa, a jednocześnie empatyczny i otwarty na dialog.
Lenny Belardo był papieżem, który wymykał się prostym kalkulacjom, bo nikt nie wiedział, co za chwilę zrobi. Leon XIV wymyka się im, bo nie pasuje do żadnej z gotowych szufladek. Na razie jego pontyfikat faktycznie przypomina „trzecią drogę” – ścieżkę balansu i równowagi między tradycją a otwartością, duchowością a praktycznością, globalną wizją a lokalną wrażliwością. Może nie warto doszukiwać się w jego osobie sensacji ani próbować za wszelką cenę wpisywać go w spór „konserwatyści kontra progresiści”. Może właśnie taki papież jest potrzebny – taki, jaki nie nadaje się do przedstawienia w clickbaitowych artykułach.