Fragment książki Od podziemnego Kościoła do labiryntu wolności. Autobiografia
Wtedy [w 1978 r. – przyp. red.] było dla mnie jasne, że potajemnym wyświęceniem na księdza podejmuje człowiek znaczne ryzyko. Kiedy żegnałem się ze swym konsekratorem, powiedziałem mu, że nie wiem, co mnie czeka w Czechach i czy się jeszcze zobaczymy. On odpowiedział: „Tak, człowiek musi się liczyć ze wszystkim…” – i powiedział to tak spokojnie, że to zdanie jako uspokajająca formuła brzmiało mi w uszach jeszcze długo. Tak, powtarzałem sobie, człowiek naprawdę musi liczyć się ze wszystkim. Dzisiaj bardzo trudno człowiekowi rozróżnić swe podświadome pragnienia i przeczucia od racjonalnych myśli, ale wydaje mi się, że nigdy zbytnio nie liczyłem się z tym, że dożyję wolności Kościoła. Spodziewałem się raczej, że prędzej czy później zostanę przez policję zdemaskowany i tak czy inaczej zlikwidowany. Pragnąłem tylko, żeby nie nastąpiło to zbyt szybko; z jednej strony, nie jestem urodzonym bohaterem tęskniącym za palmą męczeństwa, a z drugiej – chciałem jeszcze trochę służyć ludziom jako ksiądz, skoro tak długo się do tego przygotowywałem. Kiedyś mój przyjaciel Jaroslav Kašparu przyniósł wiadomość, że jeden z potajemnie wyświęconych biskupów na Morawach został znaleziony martwy w kałuży krwi. Ten przypadek do dzisiaj nie został wyjaśniony; wydaje się, że biskup został zamordowany przez agentów KGB, ponieważ miał kontakty z „podziemnym Kościołem” w Rosji. Przyjaciel pytał mnie, czy nie boję się…