Od czasów Soboru wracałem kilkakroć do tego tematu, zwłaszcza w pogadankach dla seminarzystów. Chciałbym odpowiedź na pytanie wielu księży, zawarte w tytule niniejszego rozdziału, trochę wyostrzyć, dedykując ją moim przyjaciołom duchownym, starszym i młodszym, którym zawdzięczam nieporównanie więcej, niżbym umiał wyrazić, prawiąc im rzeczy miłe. Ufam więc, że i miłe, i niemiłe czytelnicy duchowni zechcą przyjąć – mówię to z całą powagą – jako niedoskonały wyraz mojej wdzięczności.
Ludzie oceniają Kościół wedle postawy księdzaNie tylko ode mnie i nie tylko na tym miejscu dostaniecie za chwilę, drodzy Klerycy, porcję swoistych morałów. Przez całe życie będziecie spotykać moralizatorów amatorów. To chyba dobrze. Jan XXIII często powtarzał, że chrześcijanie mają zwracać uwagę na znaki czasu: tak samo trzeba zwracać uwagę na głosy płynące od społeczności wiernych, jakim będziecie służyć i jakich będziecie prowadzić. Oczywiście nie może to być stałe napięcie: co też ludzie o mnie mówią? Własną osobowość rozpoznaje się w oczach innych, własna osobowość krystalizuje się w zetknięciu z innymi. Ale za długo trwać w takiej nadmiernie bacznej ciekawości nie byłoby dobrze, bo człowiek im bardziej dojrzewa, tym bardziej zapomina o sobie i myśli o innych. To znaczy bardziej kształtuje siebie samego nie przez autoanalizę, ale przez działanie na rzecz ludzi, którym ma służyć. Autoanaliza – jak mi się wydaje – nie powinna być posunięta za daleko, nie powinna trwać za długo. Niechby pozostała po niej pewna wrażliwość czy też pewna czujność, ale nie napięta i grzebiąca w swoich psychicznych głębiach, tylko czujność…