Kataklizmy przychodzą nagle i nigdy się właściwie nie kończą. Przyszłość w niczym istotnym nie będzie przypominać przeszłości, nawet tej najbliższej, sprzed miesiąca czy dwóch. Zmienią się nasza gospodarka, nasze priorytety, nasza percepcja. Konkretne wydarzenia są niepokojące: firmy takie jak General Electric i Ford przestawiły się na produkcję respiratorów, pojawiły się rozpaczliwe starania o odzież ochronną, niegdyś gwarne ulice miast stały się ciche i puste, a gospodarka jest w stanie niekontrolowanego spadku. Rzeczy, które wydawały się nie do zatrzymania, zatrzymały się, a te, które wydawały się niemożliwe – rozszerzenie praw i przywilejów pracowniczych, uwolnienie więźniów, przesunięcia w USA na inne cele kilku bilionów dolarów – właśnie się wydarzyły.
W terminologii medycznej słowo „kryzys” oznacza moment przesilenia, do którego dociera pacjent, punkt, od którego zmierzać już będzie ku ozdrowieniu lub ku śmierci. W języku angielskim określenie emergency („nagły przypadek”) pochodzi od emergence („wyjście na jaw; wynurzenie”) lub emerge („pojawić się; wynurzyć się”), jakby ktoś został oderwany od tego, co znajome, i gwałtownie musiał się dostosować. Natomiast słowo „katastrofa” źródłowo oznacza nagły przewrót, odwrócenie sytuacji.
Dotarliśmy do momentu przesilenia, wynurzyliśmy się z czegoś, co uważaliśmy za normalność, a sprawy nagle obróciły się o 180 stopni. Teraz jednym z naszych głównych zadań – zwłaszcza tych z nas, którzy nie są chorzy, nie walczą na pierwszej linii, nie zmagają się z różnymi trudnościami gospodarczymi czy życiowymi – będzie zrozumienie, czego ten moment może od nas wymagać i co może on uczynić możliwym.
Kataklizm zmienia świat i nasze spojrzenie na rzeczywistość. Zmianom podlega nasze centrum uwagi i to, co ma znaczenie. To, co słabe, łamie się pod wpływem nowych nacisków, to, co mocne, trwa, a to, co było ukryte, ujawnia się. Zmiana nie tylko jest możliwa, ona nas zmiata z powierzchni ziemi. Sami się zmieniamy, bo zmieniają się priorytety, choćby narastająca świadomość naszej śmiertelności czyni nas uważnymi na własne życie i jego drogocenność. Nawet definicja „nas” mogła się zmienić, gdy zostaliśmy odseparowani od naszych szkolnych kolegów albo współpracowników, dzieląc tę nową rzeczywistość z nieznajomymi. Nasze poczucie „ja” ma w dużym stopniu swoje źródło w otaczającym świecie i teraz dostrzegamy inną wersję tego, kim jesteśmy.
Ponieważ pandemia wywróciła nasze życie do góry nogami, ludzie wokół mnie zaczęli się martwić, iż mają problemy z koncentracją i skutecznością. Przypuszczałam, że działo się tak, ponieważ wszyscy wykonywaliśmy inną, ważniejszą pracę. Kiedy dochodzisz do siebie po chorobie czy porodzie albo jesteś młody i przeżywasz trudy dojrzewania, cały czas pracujesz, zwłaszcza wtedy kiedy wydaje się, że nic nie robisz. Twoje ciało rozwija się, zdrowieje, działa, zmienia się i pracuje pod progiem świadomości. Gdy zmagaliśmy się z poznawaniem tej strasznej plagi, nasza psychika robiła coś podobnego. Dostosowywaliśmy się do zasadniczych zmian społecznych i ekonomicznych, odrabiając lekcje, jakie zadał nam kataklizm, przygotowując się na nieprzewidywalny świat.
Wszystko jest ze sobą powiązane
Pierwsza lekcja, jaką daje nam kataklizm, jest następująca: wszystko jest ze sobą powiązane. W rzeczywistości kataklizmy – z których jeden o średniej mocy sama przeżyłam (trzęsienie ziemi w obszarze zatoki San Francisco w 1989 r.), o kilku większych zaś pisałam (m.in. o atakach na WTC, huraganie Katrina czy o trzęsieniu ziemi w Tōhoku i awarii elektrowni jądrowej Fukushima w 2011 r.) – stanowią intensywny kurs poznawania tych połączeń. W chwilach głębokich zmian z nową jasnością widzimy systemy – polityczne, ekonomiczne, społeczne, ekologiczne – w których jesteśmy zanurzeni, kiedy zmieniają się wokół nas. Widzimy, co jest mocne, a co słabe i się psuje, co ma znaczenie, a co nie.
Często myślę o takich momentach jako o wiosennych roztopach: zwały lodu pękają, woda znowu zaczyna płynąć i łodzie mogą wyruszyć do miejsc, które w zimie były dla nich niedostępne. Lód to porozumienie sił politycznych, które nazywamy status quo – sprawia ono wrażenie stabilnego. Czerpiący z niego korzyści często twierdzą, że nie można go zmienić. A potem zmiana następuje szybko i dramatycznie, jest zachwycająca bądź przerażająca albo równocześnie taka i taka.
Ci, którzy najbardziej korzystają z zastałego status quo, często mocniej koncentrują się na jego zachowaniu lub odbudowie niż na ochronie ludzkiego życia – widzieliśmy to, kiedy w USA zgodny chór konserwatystów i korporacyjnych grubych ryb twierdził, że dla dobra rynku finansowego każdy powinien wrócić do pracy i że wynikłe z tego zgony to cena możliwa do zaakceptowania. W kryzysie ludzie władzy często próbują poszerzyć jej zakres – co pokazał niedawno Departament Sprawiedliwości Trumpa, próbując zawiesić konstytucyjne prawa. Bogaci zaś dążą do większego bogactwa: dwaj republikańscy senatorowie znaleźli się w ogniu krytyki, ponieważ nielegalnie wykorzystali wewnętrzne informacje o nadciągającej pandemii do zarobienia na giełdzie (choć zaprzeczają, że zrobili coś złego).
Badacze kataklizmów stosują określenie „panika elit”, aby opisać sposoby, w jakie elity reagują, kiedy przyjmą założenie, że zwykli ludzie będą się zachowywać źle. Kiedy elity opisują „panikę” i „grabieże” na ulicach, określenia te zwykle błędnie nazywają to, co zwyczajni obywatele muszą robić, aby przetrwać i zadbać o innych. Czasami mądrze jest jak najszybciej uniknąć niebezpieczeństwa; czasami altruizmem jest gromadzenie zapasów, aby podzielić się nimi z innymi.
Takie elity często przedkładają zyski i własność nad ludzkie życie i społeczności. W dniach po wielkim trzęsieniu ziemi, do którego doszło 18 kwietnia 1906 r., siły zbrojne Stanów Zjednoczonych zalały miasto w przekonaniu, że zwykli mieszkańcy stanowią zagrożenie i źródło katastrofy. Burmistrz wydał rozkaz „strzelania, aby zabić”, do każdego złodzieja, a żołnierze uwierzyli, że przywracają porządek. Tak naprawdę jednak nieumiejętnie wyznaczali pasy przeciwpożarowe, które przyczyniły się do rozprzestrzeniania ognia w mieście, i zabijali bądź bili obywateli niepodporządkowujących się rozkazom (czasami na skutek tych rozkazów płonęły ich własne i sąsiednie domy). Dziewięćdziesiąt dziewięć lat później, po huraganie Katrina, nowoorleańska policja i biali samozwańczy stróże porządku robili to samo: strzelali do ciemnoskórych obywateli w imię obrony własności i swojego autorytetu. Miejscowe, stanowe i krajowe władze nalegały na uznawanie porzuconej, w większości biednej, w większości ciemnoskórej społeczności raczej za niebezpiecznych wrogów, których należy powstrzymać i kontrolować, niż za potrzebujące pomocy ofiary katastrofy.
Ogólnokrajowe media zgodnie popadły w obsesję na punkcie grabieży jako następstwa Katriny. Zapasy masowo produkowanych dóbr, zgromadzonych w ogromnych sieciach magazynów, wydawały się ważniejsze od ludzi potrzebujących jedzenia i czystej wody czy pozostawionych na dachach staruszek. W wyniku kataklizmu zmarło niemal 1500 osób, co wynikało bardziej z nieudolności rządzących niż fatalnej pogody. Wały przeciwpowodziowe, zbudowane przez amerykańskie wojska inżynieryjne, nie wytrzymały; miasto nie miało planów ewakuacji biednych, administracja prezydenta George’a W. Busha nie potrafiła zaś dostarczyć właściwej i skutecznej pomocy. Z podobnym rachunkiem mamy do czynienia dzisiaj. Członek brazylijskiej opozycji powiedział o Jairze Bolsonaro, prawicowym prezydencie kraju: „Reprezentuje beneficjentów najbardziej wypaczonych interesów ekonomicznych, którzy nie mogą już mniej dbać o życie ludzi. Dążą oni tylko do utrzymania swoich dochodów” (Bolsonaro deklaruje, że stara się chronić pracowników i gospodarkę).
Kaznodzieja miliarder, właściciel Hobby Lobby, sieci sprzedającej produkty dla artystów i rzemieślników, mówił o Bożym przewodnictwie, kiedy kazał swoim pracownikom pracować pomimo obowiązującego już zakazu działalności handlowej (później jednak sieć zamknęła wszystkie sklepy). W Uline Corporation, należącej do Richarda i Liz Uihleinów, miliarderów oraz zwolenników Trumpa, okólnik rozesłany do pracowników w Wisconsin informował: „Proszę NIE mówić kolegom i znajomym o objawach oraz własnych podejrzeniach. Robiąc tak, możecie wzniecić w biurze niepotrzebną panikę”. Tom Golisano, miliarder i prezes finansowej korporacji Paychex, powiedział: „Szkody wynikające z utrzymywania zamknięcia gospodarki mogą być poważniejsze niż strata kilku ludzi więcej” (Golisano oznajmił, że jego wypowiedź została źle zrozumiana, i przeprosił za nią).
W historii zawsze byli tytani przemysłu, którzy wyżej cenili przynoszące im zyski martwe rzeczy niż ludzkie życie, którzy płacili łapówki, aby móc eksploatować dzieci w fabryce aż do ich śmierci albo stawiać robotników w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa w warsztatach i kopalniach węgla. To byli także ci, którzy zmuszali ludzi do wydobywania i spalania paliw kopalnych wbrew temu, co sami wiedzieli – albo nie chcieli wiedzieć – o zmianach klimatu. Jedną z podstawowych dróg korzystania z bogactwa zawsze było wykupywanie się ze wspólnego losu, a przynajmniej towarzyszyło mu przekonanie, że można odseparować się od społeczeństwa. I choć bogaci są często konserwatywni, konserwatyści częściej zgadzają się z bogatymi, niezależnie od własnego statusu ekonomicznego.
Idea, że wszystko jest ze sobą powiązane, to policzek dla konserwatystów, hołubiących fantazję o byciu macho i przekonanie, że każdy ma być kowalem swojego losu.
Wielką obrazą są dla nich zmiany klimatyczne – nauka, która mówi, że to, co wydobywa się z naszych samochodów i kominów, w długiej perspektywie kształtuje los świata oraz wpływa na zbiory, poziom mórz, pożary lasów i wiele innych rzeczy. Skoro wszystko jest ze sobą powiązane, zatem konsekwencje każdego wyboru, działania i słowa muszą być przebadane, co my uważamy za przejaw miłości, oni zaś za zamach na wolność absolutną, rozumianą jako brak jakichkolwiek ograniczeń w pogoni za własnymi korzyściami. Ostatecznie znaczna część konserwatystów i szefów korporacji traktuje naukę jako coś irytującego, co mogą odrzucić. Niektórzy twierdzą, że mogą dobierać zasady i fakty tak, jak chcą, jakby były one tylko towarami na wolnym rynku, z których można korzystać zgodnie z własnymi zachciankami. „To zaprzeczanie nauce i krytycznemu myśleniu przez religijnych ultrakonserwatystów nęka teraz amerykańską reakcję na koronawirusa”, napisała dziennikarka Katherine Stewart w „The New York Timesie”.
Nasi rządzący przejawiają niewielką chęć, by uznać złowieszcze skutki pandemii w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Brazylii i wielu innych krajach. Zaniedbują swoją najważniejszą pracę i nie przyjmują do wiadomości, że zapłacą za to wysoką cenę. I choć wydaje się nieuniknione, że pandemia przyniesie załamanie gospodarcze, to zamieni się ona także w sposobność do autorytarnego przejęcia władzy na Filipinach, Węgrzech, w Izraelu i USA – oto przypomnienie, że największe problemy wciąż są polityczne, podobnie jak ich rozwiązania.
Przeciw prywatyzacji ludzkich serc
Kiedy burza cichnie, powietrze jest wymyte ze wszystkich cząstek materii przesłaniających krajobraz, i można widzieć dalej i wyraźniej niż przedtem. Kiedy ta burza posprząta, być może – jak ludzie, którzy przeżyli poważną chorobę albo wypadek – zobaczymy w nowym świetle, gdzie byliśmy i dokąd powinniśmy pójść. Być może poczujemy wolność do wprowadzania zmian w sposób, który wydawał się niemożliwy, gdy lód status quo wszystko skuwał. Być może będziemy mieli całkowicie odmienne poczucie własnego „ja”, naszych społeczności, naszych systemów produkcji czy naszej przyszłości.
Dla wielu z nas, mieszkańców rozwiniętego świata, tym, co zmieniło się najgwałtowniej, jest przestrzeń. Musieliśmy zostawać w domach (ci z nas, którzy mają domy) i powstrzymywać się od kontaktów z innymi. Zostaliśmy odseparowani od szkół, miejsc pracy, zebrań, wakacji, siłowni, spraw do załatwienia, przyjęć, barów, klubów, kościołów, meczetów, synagog, od krzątaniny i gwaru codzienności. Simone Weil, filozofka i mistyczka, napisała kiedyś do przebywającego daleko przyjaciela: „Pokochajmy to oddalenie, które całe jest przeplecione przyjaźnią, ponieważ ci, którzy się nie kochają, nie są od siebie odseparowani”. Zostaliśmy od siebie odseparowani, aby nawzajem się chronić. A ludzie znaleźli sposoby, aby pomagać bezbronnym, pomimo konieczności zachowania fizycznego dystansu.
Mój przyjaciel Renato Redentor Constantino, działacz na rzecz ochrony klimatu, napisał do mnie z Filipin: „Jesteśmy dzisiaj świadkami codziennych przejawów miłości, które na wiele sposobów przypominają nam, dlaczego ludzkość przetrwała tak długo. Każdego dnia mamy do czynienia ze wzniosłymi aktami odwagi i postaw obywatelskich w naszym sąsiedztwie, w innych miastach i krajach, wydarzeniami, które szepczą do nas, że deprawacja nielicznych zostanie ostatecznie pokonana przez legion wytrwałych ludzi, którzy odrzucą namowy do rozpaczy, przemocy, obojętności i arogancji, czego tzw. liderzy wydają się dzisiaj pragnąć”.
Skoro wreszcie przestajemy próbować wyłączyć się z łańcucha szerzącej się epidemii, zastanawiam się, czy przemyślimy na nowo to, jak byliśmy połączeni, jak się przemieszczaliśmy i jak się przemieszczały dobra, od których jesteśmy zależni. Być może bardziej docenimy wartość bezpośrednich kontaktów. Być może Europejczycy, którzy ze swoich balkonów wspólnie śpiewali albo klaskali dla pracowników medycznych, oraz Amerykanie wychodzący z domów, aby tańczyć i śpiewać w podmiejskich dzielnicach, będą mieli inne poczucie przynależności. Być może odnajdziemy nowy szacunek dla ludzi, którzy produkują jedzenie i dostarczają je na nasze stoły.
Chociaż pozostawanie na miejscu jest trudne, to być może nie będziemy skłonni do powrotu do pośpiechu i coś z tego towarzyszącego nam bezruchu pozostanie. Być może przemyślimy zasadność wytwarzania większości z najbardziej potrzebnych rzeczy – leków, wyposażenia medycznego – na innych kontynentach. Być może także przemyślimy ryzykowny system dostaw just-in-time (dokładnie na czas). Często myślałam, że fala prywatyzacji charakteryzująca naszą neoliberalną epokę, zaczęła się od prywatyzacji ludzkich serc, odseparowania się od poczucia wspólnego losu i społecznych więzi. Można mieć nadzieję, że wspólne doświadczenie katastrofy odwróci ten proces. Nowa świadomość tego, jak każdy z nas przynależy do całości i zależy od niej, być może wzmocni argumentację na rzecz istotnych działań dotyczących klimatu, ponieważ uczymy się, że nagła i głęboka zmiana jest mimo wszystko możliwa.
„Biorąc i dając, tracimy coś z siebie” – napisał Wordsworth nieco ponad 200 lat temu. Być może nadchodzi moment, w którym zrozumiemy, że jedzenia, odzieży, schronienia, opieki zdrowotnej i edukacji starczy dla wszystkich – i że dostęp do tych rzeczy nie powinien zależeć od wykonywanej pracy ani od wysokości zarobków.
Być może pandemia przekona tych, którzy jeszcze nie są przekonani, do powszechnej opieki zdrowotnej i dochodu gwarantowanego. W czasie po kataklizmie zmiana świadomości i priorytetów tworzy potężną moc.
Dwanaście lat temu, na potrzeby mojej książki o kataklizmach A Paradise Built in Hell (Raj zbudowany w piekle), przeprowadziłam wywiad z Giocondą Belli, nikaraguańską poetką i sandinistowską rewolucjonistką. To, co opowiedziała mi o okresie po trzęsieniu ziemi w Managui w 1972 r. – które, pomimo reżimowych represji, pomogło przeprowadzić rewolucję – pamiętam do dziś. Powiedziała: „Miałaś poczucie tego, co jest ważne. A ludzie zrozumieli, że ważna jest wolność i zdolność do decydowania o własnym życiu i działaniu. Dwa dni później ten tyran wprowadził godzinę policyjną, ogłosił stan wyjątkowy. Prześladowania w szczytowym momencie katastrofy były nie do zniesienia. A kiedy uświadomiłaś sobie, że o twoim życiu decydowała jedna noc, w czasie której Ziemia postanowiła się zatrząść, [pomyślałaś]: »No i co? Chcę wieść dobre życie i chcę ryzykować swoim życiem, bo mogę także je stracić w ciągu jednej nocy«. Dociera do ciebie, że życie musi być dobrze przeżyte, bo inaczej nie warto żyć. To podstawowa przemiana, która zachodzi w trakcie katastrof”.
Wiele razy przekonałam się, że bliskość śmierci w obliczu wspólnego kataklizmu wyzwala w ludziach pragnienie przetrwania, osłabia przywiązanie do drobnych spraw w życiu i bardziej angażuje w te duże, często takie jak społeczeństwo obywatelskie czy wspólne dobro.
Zmiana jest możliwa
Pisałam głównie o kataklizmach w XX w., ale przychodzi mi na myśl jedna, nieco odleglejsza, analogia: czarna śmierć, która zmiotła jedną trzecią europejskiej populacji, a w Anglii doprowadziła później do chłopskiego buntu przeciwko wojennym podatkom i pułapom płacowym. Został on ostatecznie stłumiony, ale mimo wszystko doprowadził do nadania większych praw i poszerzenia wolności chłopów oraz robotników. W marcu w Stanach Zjednoczonych, dzięki przyjętym w trybie nagłym rozporządzeniom, wielu pracowników uzyskało nowe prawa na czas choroby. Wiele uważanych za niemożliwe spraw – np. znalezienie schronień dla bezdomnych – w niektórych miejscach zostało załatwionych.
Irlandia znacjonalizowała szpitale, czyli zrobiła coś, co, jak skomentował irlandzki dziennikarz, „wedle panującej opinii nie może się zdarzyć i nigdy się nie zdarzy”. Kanada wprowadziła na cztery miesiące dochód gwarantowany dla tych, którzy stracili pracę. Niemcy zrobiły jeszcze więcej. Portugalia postanowiła podczas pandemii traktować emigrantów oraz osoby ubiegające się o azyl jak równoprawnych obywateli. W USA widzieliśmy potężną, skuteczną agitację na rzecz ludzi pracy. Pracownicy Whole Foods, Instacart i Amazona zaprotestowali przeciwko zmuszaniu ich do pracy podczas pandemii w niebezpiecznych warunkach. (W efekcie Whole Food zaproponował wszystkim pracownikom, u których wykryto koronawirusa, dwutygodniowe, w pełni płatne urlopy; Instacart twierdzi, że dokonał zmian, które chronią pracowników i sprzedawców; Amazon oznajmił, że „postępuje zgodnie z zaleceniami” dotyczącymi bezpieczeństwa). Część pracowników, w tym niemal pół miliona zatrudnionych w sieci spożywczej Kroger, uzyskała nowe prawa i podwyżki, natomiast 15 stanowych prokuratorów generalnych nakazało Amazonowi wydłużenie płatnych urlopów z tytułu choroby. Te konkretne zdarzenia dokładnie pokazują, że można dokonać zmian układów płacowych w całym społeczeństwie.
Często jednak najbardziej znaczące konsekwencje kataklizmów nie są widoczne natychmiast albo bezpośrednio. Kryzys finansowy z 2008 r. doprowadził do protestów Occupy Wall Street w 2011 r., które zmusiły do nowego oszacowania ekonomicznych nierówności oraz analizy wpływu, jaki na życie ludzi mają oparte na wyzysku hipoteki, pożyczki studenckie, stypendia, systemy opieki zdrowotnej i wiele innych. W efekcie wzmocniły one pozycję Elizabeth Warren oraz Berniego Sandersa, których idee pomogły przesunąć demokratów na lewo, w stronę polityki czyniącej Stany Zjednoczone bardziej uczciwymi i równymi. Dyskusje prowadzone między „Okupantami” a ich siostrzanymi ruchami na całym świecie zachęcały do bardziej krytycznej oceny rządzących i bardziej stanowczego domagania się sprawiedliwości ekonomicznej. Zmiany w sferze publicznej mają swoje źródło w jednostkach, ale też zmiany w świecie wpływają na nasze poczucie „ja”, nasze priorytety i nasze poczucie tego, co jest możliwe.
Jesteśmy dopiero na początkowych etapach tego kataklizmu i pozostajemy także w stanie dziwnego spokoju. Tak jak podczas bożonarodzeniowego rozejmu w 1914 r., kiedy niemieccy i angielscy żołnierze przestali walczyć na jeden dzień, działa zamilkły, a ludzie swobodnie się ze sobą mieszali. Wojna na chwilę zamarła.
Podobnie nasze branie i wydawanie było rodzajem wojny przeciwko Ziemi. Od czasu wybuchu pandemii COVID-19 spadła emisja węgla. Raporty pokazują, że powietrze nad Los Angeles, Pekinem czy New Delhi w cudowny sposób się oczyściło. W całych Stanach Zjednoczonych parki są zamknięte dla odwiedzających, co może przynieść poważne korzyści naturze. W trakcie poprzedniego urzędowego zamknięcia Point Reyes National Seashore w latach 2018–2019, słonie morskie zajęły nową plażę i teraz mieszkają na niej przez cały okres godów i narodzin.
Nadzieja to nie prosty optymizm
Przychodzi mi do głowy inna analogia. Kiedy gąsienica wchodzi w stadium poczwarki, niemal dosłownie się rozpuszcza. W tym stanie to, co było gąsienicą i będzie motylem, nie jest ani jednym, ani drugim, to rodzaj żyjącej zupy. W tej żyjącej zupie funkcjonują tzw. komórki urojone, które katalizują jej przemianę w uskrzydloną dojrzałość. Być może najlepsi z nas – najbardziej wizjonerscy, najbardziej otwarci – będą takimi komórkami urojonymi, teraz bowiem tkwimy w owej zupie. Nie sposób przewidzieć skutków kataklizmów. To konflikt, który pojawia się wtedy, gdy to, co było zamarznięte, stabilne i znieruchomiałe, staje się otwarte i płynne – pełne zarówno wspaniałych, jak i najgorszych możliwości. Jesteśmy w stanie zarówno unieruchomienia, jak i głębokiej zmiany.
Lecz to także chwila głębi dla tych, którzy spędzają więcej czasu w domach, zazwyczaj samotnie, przyglądając się nieprzewidywalnemu światu. Często dzielimy emocje na dobre i niedobre, radosne i smutne, ale myślę, że równie dobrze możemy je podzielić na głębokie i płytkie. Dążenie do tego, co uważamy za szczęście, polega często na ucieczce od głębi, od naszego wewnętrznego życia i od cierpienia wokół nas – a niebycie szczęśliwym często uważane jest za porażkę. Lecz w smutku, żałobie i żalu, emocjach zrodzonych z empatii i solidarności, tak jak ból, zawarty jest też sens. Jeśli odczuwasz smutek i przerażenie, jest to znak, że się przejmujesz, że odczuwasz duchową łączność. Jeśli jesteś oszołomiony – cóż, to wszystko może oszałamiać i będziemy potrzebować dziesiątków lat badań, analiz, dyskusji i kontemplacji, aby zrozumieć, jak i dlaczego rok 2020 nagle wepchnął nas na nowe, bagniste terytorium.
Siedem lat temu Patrisse Cullors napisała coś w rodzaju misyjnej deklaracji dla ruchu Black Lives Matter: „Dawaj nadzieję i inspirację do wspólnotowych działań na rzecz budowania wspólnotowej mocy, aby osiągnąć wspólnotową przemianę. Zakorzenioną w rozpaczy i gniewie, ale skierowaną ku wizjom i snom”. Te słowa są piękne nie tylko dlatego, że dają nadzieję, nie tylko dlatego, że Black Lives Matter zaistniało i dokonało przemiany, ale także dlatego, że uświadamiają one, iż nadzieja może współistnieć z trudnościami i cierpieniem. Dogłębny smutek i wściekłość, która nad nim płonie, nie kłócą się z nadzieją, ponieważ jesteśmy skomplikowanymi istotami, ponieważ nadzieja nie jest optymizmem, który zakłada, że wszystko będzie w porządku bez względu na okoliczności.
Nadzieja oferuje nam jasność co do tego, że pomimo niepewności, jaką mamy przed sobą, istnieć będą konflikty warte naszego udziału oraz możliwości wygrania kilku z nich. Jedną z rzeczy najniebezpieczniejszych dla tej nadziei jest tkwienie w przekonaniu, że przed kataklizmem wszystko było w porządku i że musimy zrobić, co w naszej mocy, aby przywrócić wszystko takie, jakie było. Przed pandemią zwyczajne życie często było katastrofą rozpaczy i wykluczenia dla zbyt wielu ludzi, katastrofą środowiskową i klimatyczną, obsceniczną nierównością. Jest jeszcze zbyt wcześnie, aby wiedzieć, co narodzi się z tej nadzwyczajnej sytuacji, ale nie jest za wcześnie, aby zacząć szukać szans, które pozwolą wpłynąć na rozstrzygnięcie. Wierzę, że wielu z nas do tego się właśnie przygotowuje.
Tłumaczył Piotr Żak
Tekst ukazał się 7 kwietnia 2020 r. na łamach „The Guardiana”
© Copyright Guardian News & Media Ltd 2020