Ze zdjęcia uśmiecha się młoda dziewczyna w okularach w kształcie kocich oczu. Ma na sobie różowy sweter, spod którego wystaje kołnierzyk w takim samym kolorze. W kierunku obiektywu wyciąga rękę z telefonem. Na ekranie widnieje logo Tindera z dodanym symbolem orzełka, poniżej napis „przesuń w prawo”. Nad zdjęciem tytuł: „»Państwowy Tinder« pomógłby walczyć z kryzysem demograficznym? Eksperci: to mogłoby się udać”.
To opis artykułu z portalu Klubu Jagiellońskiego. Wrzutka zrobiła zawrotną karierę w polskich mediach społecznościowych na początku grudnia 2025 r. Najczęściej pojawiającą się reakcją na tekst były ironia i sarkazm. Sam pomysł okazuje się jednak nie aż tak ekscentryczny, jak mogłoby się wydawać. Jest odpowiedzią na kulturowy trend przemeblowania sposobu, w jaki we współczesnym świecie tworzą się relacje okołoromantyczne. A raczej – w jaki się nie tworzą.
Jedną z przyczyn tych zmian stanowią aplikacje randkowe. Nie są one jedynym czynnikiem wpływającym na – jak to nazywa socjolog Tomasz Szlendak w swojej książce Miłość nie istnieje – popsucie się maszyny społecznej, która umożliwiała sprawne dobieranie nas w pary. Ale są jednym z istotniejszych silników tej zmiany. Podszyte drwiną zarzuty wobec „państwowego Tindera” o próby sztucznego sterowania światem relacji męsko-damskich są co najmniej spóźnione. Świat ten już został przeobrażony, inżynieria społeczna już zadziałała. Oczywiście na warunkach graczy rynkowych, których najważniejszą motywacją jest zysk.
Dawno temu, w realu
W ciągu ostatnich kilkunastu lat diametralnie zmieniło się postrzeganie flirtu w internecie. Jeszcze na początku drugiej dekady XXI w. poszukiwanie miłości czy też seksu w sieci traktowano jako przejaw głębokiej desperacji. Być może zresztą tak właśnie było – kilkanaście lat temu z usług platform do parowania (jeszcze niedostępnych na smartfonach, ponieważ i segment smartfonów dopiero raczkował) prawdopodobnie korzystały głównie osoby z trudną lub niemożliwą do zrealizowania potrzebą znalezienia drugiej połówki. Osoby, którym – jak to się kiedyś mówiło – „w realu” nie za dobrze szło.
Tinder, będący najpopularniejszą obecnie aplikacją randkową na świecie, pojawił się w 2012 r. Wiele osób utożsamia randkowanie online właśnie z tą platformą. Wraz z popularyzacją Tindera, z „ufajnianiem” aplikacji przez fakt korzystania z jej usług przez młode osoby z wielkich miast poszukiwanie pary przez internet przestało być społecznym tabu. I stało się nową normą. Dynamika tej rewolucji odbija się w danych mówiących o tym, w jaki sposób tworzą się obecnie związki.
Dane te pochodzą ze Stanów Zjednoczonych. Nic w tym dziwnego, jest to najlepiej owskaźnikowane społeczeństwo na świecie. Nie ma jednak powodu, by sądzić, że trendy nie powielają się w innych rozwiniętych i zindywidualizowanych krajach.
Według badania How Couples Meet and Stay Together w 2000 r. 28% par poznało się przez znajomych. Kolejne 16% – w pracy, 13% natrafiło na swoją połówkę w barze, 11% sparowało się dzięki pośrednictwu rodziny. 8% dostrzegło się w szkole, tyle samo na studiach. Niecałe 7% par nawiązało relację w sąsiedztwie. Najmniej popularnymi miejscami do zapoznania się były kościół (5%) oraz internet (4%).
A jak wyglądała sytuacja w roku 2024? Otóż 61% par poznało się w sieci (choć nie tylko przez aplikacje randkowe). Na kolejnych miejscach plasują się przyjaciele. Dzięki nim powstało 14% par. Praca, bar, rodzina, kościół, szkoła czy sąsiedztwo – tu przypada zaledwie po kilka procent. A niecały 1% poznał się na studiach.
Jak do każdych statystyk, również do tych można (a nawet należy) podchodzić z pewnym dystansem. Dane z Polski zebrane przez CBOS w 2025 r. nie są tak jednoznaczne – w pokoleniu milenialsów i zetek wciąż 24% par poznało się na prywatnej imprezie bądź u znajomych, 17% w szkole i na studiach. Internet i aplikacje liczone razem to też 17%, dalej zaś znajdują się: miejsce pracy oraz dyskoteki, kluby oraz puby i restauracje. Przy czym autorzy raportu zauważają, że w najmłodszej grupie przypadki par poznających się w klubach i pubach praktycznie nie występują. Wśród zetek internet odpowiada już za 23% związków (przy 15% wśród millenialsów). Jasna jest zatem trajektoria zmian – jeśli chodzi o dobieranie się w pary, na znaczeniu ogromnie zyskała sieć, a straciły tradycyjne sposoby zapoczątkowane przez interakcje twarzą w twarz. Nie powinno to zresztą dziwić w świecie, gdzie nową realnością jest ta, która kiedyś była nazywana „światem wirtualnym” (proszę młodsze pokolenia o wybaczenie takiego anachronizmu). Proces ten może być zresztą wzmacniany przez powolne wypieranie staromodnych form podrywu. Dzisiaj mężczyzna (tak, to zazwyczaj był i wciąż bywa mężczyzna) podchodzący do dziewczyny na ulicy, obsypujący ją komplementami, robiący niezdarne awanse czy po prostu proszący o numer telefonu jest traktowany jako creep, jako natręt o niejasnych lub wprost złych intencjach. Wiele osób może zapytać: „Co jest złego w tej zmianie?”. Z perspektywy nowej normy kulturowej nie ma w niej nic złego. Z perspektywy starej normy nie było nic złego w podejściu do dziewczyny i poproszeniu jej o numer telefonu.
Proszę mnie bynajmniej nie podejrzewać o bycie beneficjentem starego porządku – nie przypominam sobie, żebym w swoim 40-letnim życiu podszedł do kogokolwiek na ulicy z zasygnalizowanym zamiarem. Zauważam jedynie, że dokonała się zmiana kulturowa. Niektórzy mogą powiedzieć, że to w zasadzie nie ma znaczenia, ponieważ ludzie i tak masowo nie zagadywali do siebie na ulicy. Tak, to prawda. Ale mam intuicję (choć nie mam danych), że norma ta rozlała się również na bary, kluby i restauracje. Ten rodzaj sterylizacji interakcji twarzą w twarz spycha flirt coraz silniej do specjalnych, wydzielonych przestrzeni, którymi są właśnie aplikacje randkowe.
Król Tinder
Właściciel Tindera twierdzi, że apka została pobrana niemal 650 mln razy. Miesięcznie z usług platformy korzysta ponad 50 mln ludzi w 190 krajach świata. Z artykułu grupy badaczy pod przewodnictwem Mariny F. Thomas opublikowanym w czasopiśmie „Telematics and Informatics” dowiadujemy się, że przeciętny użytkownik Tindera loguje się do aplikacji 11 razy dziennie i pozostaje w niej do 8 min. To przekłada się na łączną półtoragodzinną obecność na platformie w ciągu doby.
Według portalu DatingZest.com globalnie znaczna większość użytkowników platformy to mężczyźni – ponad 75%. Proporcje różnią się w zależności od kraju. Nie jest to zresztą sytuacja specyficzna dla Tindera. Genderowa dysproporcja w większości apek randkowych wygląda podobnie – panów ich używających jest więcej niż pań. Jednoznacznych i precyzyjnych informacji zazwyczaj jednak brak. Firmy strzegą ich, ponieważ dane te stanowią ważną część ich modelu biznesowego. A otwarte przyznanie, że nierówności istnieją, mogłoby zniechęcić część potencjalnych klientów.
Kiedy szukam informacji na temat tego, ile osób w Polsce korzysta z usług tego typu platform, trafiam na niepotwierdzone dane (problem z nieprecyzyjnymi informacjami wydaje się domeną całego świata relacji romantycznych) o jednej trzeciej wszystkich dorosłych oraz 70% w generacji Z. Wydaje się więc, że dobrym przybliżeniem sprawy w naszych rozważaniach będzie ogólne zarysowanie krajobrazu – z apek randkowych korzysta sporo Polaków i Polek. Im młodsze osoby, tym chętniej to robią.
Nieco bardziej precyzyjnymi informacjami dysponuje Media Panel, który w styczniu 2024 r. przebadał polski online’owy rynek randkowania. „Aplikacje z kategorii »Randki« odwiedziło łącznie ponad 5,5 mln internautów, przy czym średnio dziennie wartość ta wynosiła 658,6 tys. Na przestrzeni całego miesiąca wygenerowali oni 263,8 mln odsłon
i spędzali na nich średnio dziennie 15 min i 39 s” – czytamy w informacji prasowej. Odwiedzający to w zdecydowanej większości mężczyźni (63% vs. 37%). Panowie również spędzali na stronach randkowych więcej czasu niż kobiety.
Aplikacje wydają się mieć również swój aspekt klasowy i geograficzny. W tych obszarach w zasadzie w ogóle nie ma analiz dla Polski. Mówiąc „nie ma”, mam na myśli, że nie są one dostępne publicznie. Same aplikacje z całą pewnością posiadają zagregowane dane o swoich użytkownikach pocięte przez kategorie wieku, płci, geograficznie, dochodowo, klasowo, temperamentalnie, perspektywicznie z punktu widzenia możliwości subskrypcji i co tam jeszcze da się wymyślić w ramach optymalizacji biznesowej. Posługuję się więc pewnymi intuicjami i socjologicznym nosem.
Nieproporcjonalnie wiele osób korzysta z aplikacji w dużych miastach. W średnich i mniejszych ośrodkach całego Tindera można „przejść” w góra kilkanaście minut. Efekt jest jeszcze bardziej widoczny w nieco bardziej niszowej (choć wciąż jednej z popularniejszych) aplikacji, jaką jest Bumble. Jej użytkownicy mieszkają prawie wyłącznie w największych metropoliach. Wydaje się, że jeśli ktoś pojawia się na prowincji, to przejazdem z wielkiego miasta (być może odwiedzając rodzinne strony). Skąd ta intuicja? Cóż, zdjęcia, które umieszczamy na platformach, zdradzają wiele o naszym klasowym i aspiracyjnym backgroundzie.
Algorytmy i plemiona
Jeżeli ktoś ma fotkę na tle domowych kwiatków i firanki, a do tego strój w stylu „raczej uroczysty, na rodzinny obiad”, to prawdopodobnie jest z klasy średniej niższej lub ludowej. Jeżeli natomiast ktoś wrzuca zdjęcie cechujące się wystudiowaną niedbałością, częściowo rozmazane, w anturażu estetyczno-inteligenckiego dekorum (w doniczce monstera, na ścianach obrazy z polskiej szkoły plakatu, ewentualnie zdjęcia z muzeów sztuki współczesnej), to mamy do czynienia z osobą z klasy średniej lub średnio-wyższej, z wysokim kapitałem kulturowym. Osoby z pierwszej grupy w przypadku małych i średnich miejscowości to raczej autochtoni, osoby z drugiej – wielkomiejska klasa kognitywna. To oczywiście niejedyne zaszeregowania, których można dokonać na aplikacjach randkowych. Można się zżymać na cynizm tego opisu, na niesprawiedliwe uogólnienia. Nie zmienia to jednak faktu, że dla większości osób korzystających z apek oznaki przynależności do danej grupy są dość czytelne (choć czasem pozostają poniżej progu świadomości). Częściej maczujemy się (ang. match – tak potocznie nazywa się dopasowanie w aplikacji) w ramach klas społecznych, a nie między nimi.
Dla osoby ze zdjęciem z firanką w tle fotka dziewczyny z wystawionym językiem i wywróconymi oczami jest niezrozumiała i odpychająca. Dla tej drugiej z kolei obraz człowieka na tle telewizora to cringe. Chyba że jest to ironiczne zdjęcie na tle telewizora. Tak, takie niuanse też grają rolę w maczowaniu się. W – za przeproszeniem – inteligenckim gronie kolejne poziomy ironii są czytelnym znakiem przynależności do tej samej grupy społecznej w imię zasady „kto ma wiedzieć, ten wie”. Algorytm dość szybko zresztą rozpoznaje nasze preferencje. Osobom, które partnerów ze zdjęciem firankowym słajpują w prawo (ang. swipe right – przesunięcie w prawo w aplikacji to gest aprobaty), mechanizm będzie podsuwał coraz więcej podobnych profili. Przynajmniej na początku. Dziewczynie z fotką z wywróconymi oczami pokaże osoby pstryknięte na niezależnych festiwalach, chodzące po muzeach lub ironicznie pijące piwo przy ognisku. Kto ma wiedzieć, ten wie.
Dzięki temu na samym początku korzystania z aplikacji te oferują nam (przynajmniej części z nas, o czym za chwilę) dopaminowy haj. Algorytmy uczą się naszego gustu oraz podsuwają nasz profil osobom o zbliżonych preferencjach. Ten czas pozytywnego warunkowania skłania nas do intensyfikacji korzystania z apek. Któż by nie chciał mieć mnóstwa maczów?
Wiele osób zresztą nigdy nie wychodzi poza etap zbierania ich niczym pokemonów. Po co więc cała ta gra? Ponieważ maczowanie jest najzwyczajniej na świecie przyjemne: daje dreszcz emocji, tworzy gabinet luster, w którym odbija się nasza atrakcyjność. Pozwala myśleć, że skoro podobamy się tak sporej liczbie nienagannie wyglądających ludzi, to nie jest chyba z nami tak źle.
Mało tego, wiele osób, będąc w związkach, również słajpuje, przeszukując profile. Według badania Digital Care 21% osób stwierdziło, że zdarzało im się korzystać z aplikacji randkowych, mając partnera lub partnerkę. Po co to robią? Pierwsza i nasuwająca się odpowiedź (zdrada) nie musi być wystarczająca. Część osób może praktykować jakiś rodzaj coraz popularniejszej etycznej niemonogamii (pozostawanie w związku romantycznym z kilkoma osobami naraz lub pozwalanie sobie na kontakty seksualne, o których wie i na które się zgadza partner / partnerka). Część robi to w celu wyżej wspomnianego „kolekcjonowania pokemonów” lub aby stworzyć sobie „opcje zapasowe”.
Wróćmy jednak do kwestii mechanizmów działania samych aplikacji. Po wstępnym etapie haju z reguły następuje przerzedzenie maczów. Te trafiają się coraz rzadziej, ponieważ nasz profil, o ile nie cieszy się superpopularnością, zostaje przez algorytmy zepchnięty z listy najczęściej wyświetlanych. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn. Tymczasem to oni są bardziej zainteresowani randkowaniem. Dowodzi tego zarówno dysproporcja między liczbą użytkowniczek i użytkowników, jak i to, że spędzają oni w aplikacjach więcej czasu niż kobiety. Z reguły też to mężczyznom – również w realnym życiu – trudniej znaleźć parę niż kobietom. I tu wchodzą płatne subskrypcje.
Większość aplikacji randkowych ma wbudowany jakiś rodzaj płatności. Zazwyczaj polecenie zapłaty pojawia się w momencie, kiedy wyczerpiemy określoną liczbę słajpów. Jedną z funkcjonalności dostępnych za opłatą jest podbicie widoczności naszego profilu o kilkanaście razy. Któż by się nie skusił?
Architektura aplikacji randkowych dla sporej części użytkowników działa więc jak kasyno – podsuwa nieregularne i trudne do przewidzenia pozytywne wzmocnienia w celu utrzymania nas jak najdłużej na platformie. A to nieprzewidywalność nagrody jest jednym z najsilniejszych bodźców zachęcających do pociągnięcia po raz kolejny dźwigni jednorękiego bandyty. Przecież może za kolejnym razem automat wypluje kilogramy monet? Może kolejne słajpnięcie przyniesie ten idealny macz?
„Zagrożenie dla zdrowia publicznego”
Zawsze należy jednak pamiętać o podstawowej zasadzie: choć zdarzają się szczęściarze, którzy wygrywają fortuny, to w ogólnym rozrachunku wygrywa kasyno. Podobnie działają aplikacje randkowe – nie istnieją po to, żeby nas parować. Istnieją po to, żeby zarabiać. A zarobkiem dla nich jest możliwie długie utrzymanie naszej uwagi. Jednak na nieregularności pozytywnych bodźców wzmacniających podobieństwo aplikacji randkowych do kasyn się kończy. Macze nie są bowiem dystrybuowane losowo. Stanowią wynik skomplikowanej gry algorytmów. W tej grze są wygrani i przegrani. Wielu komentatorów mówi o czymś w rodzaju ekonomii aplikacji randkowych, w których zasobem jest szeroko rozumiana atrakcyjność. I o występujących tam gigantycznych nierównościach.
„Kobiety zgłaszają, że są zalewane tak wieloma dopasowaniami, iż trudno im podjąć decyzję o wyborze osoby, z którą będą mogły nawiązać wartościową interakcję. Mężczyźni natomiast znajdują się na przeciwnym biegunie, otrzymując bardzo mało dopasowań” – czytamy w artykule przeglądowym o znamiennym tytule Are Dating App Algorithms Making Men Lonely and Does This Present a Public Health Concern? autorstwa Erica Balkiego opublikowanym w czasopiśmie „Journal of Medical Internet Research”.
Genderowe różnice w maczowaniu potwierdzają wyniki sondażu amerykańskiego think tanku Pew Research Center. Z danych wynika, że przytłoczonych liczbą wiadomości jest 54% kobiet korzystających z apek randkowych i zaledwie 25% mężczyzn. To oczywiście nie musi odwzorowywać tylko stosunku liczby dopasowań i wiadomości ani też „emocjonalnej przepustowości” powiadomień dla każdej z płci. Mówiąc prościej, możliwe, że kobiety szybciej przesycają się męskim zainteresowaniem, podczas gdy mężczyźni mają większą tolerancję na intensywną uwagę kobiet. Mamy również dane na temat odczuwania niepewności (insecure) będącej wynikiem braku wiadomości na platformach. Około 40% kobiet odczuwa taką emocję. Wśród mężczyzn jest ona znacznie powszechniejsza – 64% panów korzystających z aplikacji przyznaje się do tego, że brak wiadomości wywołuje w nich to nieprzyjemne uczucie.
Na taki efekt składa się kilka czynników. Po pierwsze, kultura (a do pewnego stopnia z pewnością również natura) wpływa na to, że to do mężczyzn należy pierwszy krok. Jeśli pojawia się macz, to zwyczajowo na mężczyźnie spoczywa „odpowiedzialność” za zagadanie. Nawet w przypadku aplikacji tworzonych w modelu „kobieta odzywa się pierwsza” to oczekiwanie wydaje się nie znikać. Do tego typu platform zalicza się wspomniany wcześniej Bumble. Po sparowaniu się w tej aplikacji to kobieta wykonuje pierwszy ruch. Mężczyzna – teoretycznie – jest tym, który na wiadomość od zmaczowanej osoby może jedynie czekać. Aplikacja daje jednak możliwość obejścia tej reguły przez funkcjonalność odpowiedzi na pytanie, które kobieta umieszcza w swoim profilu. Wiele pań korzysta z tej furtki, tym samym przesuwając odpowiedzialność za pierwszy ruch na mężczyznę.
Po drugie, sposób selekcji potencjalnych partnerów różni się w zależności od płci: mężczyźni przesuwają w prawo znacznie częściej niż kobiety, które do decyzji podchodzą z dużo większym namysłem, a często nawet wybrednie. Trudno o dokładne dane, jeśli chodzi o skalę tej dysproporcji. Istnieje wiele prób analiz i symulacji, które wskazują na nierówności. Metodologia wielu z nich jest jednak podważana. Nie zetknąłem się jednak z ani jedną analizą, która wskazywałaby, że uwaga rozkłada się po równo czy że mężczyźni otrzymują – proporcjonalnie – więcej polubień niż kobiety. Zostańmy tu więc z informacją, że niewielka część mężczyzn zgarnia znaczną część polubień od niemal wszystkich obecnych na aplikacjach kobiet. W przypadku tych drugich polubienia są bardziej egalitarne.
Skąd te różnice? Nie unikniemy tutaj podstaw psychologii ewolucyjnej, paradygmatu – wbrew temu, jak mówi o nim wiele osób ze środowisk humanistycznych – całkiem dobrze ugruntowanego, potrafiącego falsyfikować swoje hipotezy i badającego swoje założenia międzykulturowo częściej niż inne domeny psychologii. Mówiąc w największym skrócie: w przypadku dobierania się w pary bardziej wybredna jest ta płeć, która poświęca więcej energii na rozmnażanie (hipoteza potwierdzona w przypadku bardzo wielu gatunków). Jako że to kobiety ponoszą większość ryzyk procesu rozrodczego, to właśnie one dobierają partnera staranniej. Mężczyźni są mniej wybredni. Zwłaszcza jeśli chodzi o „szybką przygodę”, są skłonni obniżyć swoje wymagania.
Jak w praktyce wygląda ta selekcja? No dobrze, czas na wątek biograficzny. Nie od dzisiaj wiadomo, że kobiety preferują mężczyzn wyższych niż niższych. Tak jak mężczyźni preferują kobiety młodsze niż starsze; nie ma powodu, żeby się na to obrażać, tak po prostu jest. Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale raczej nie to, że należę do najwyższych osób w mieście. Niektóre aplikacje dają możliwość wprowadzenia danych na temat wzrostu. Kiedy wpisałem swoje szalone 171 cm, liczba maczów spadła o kilkadziesiąt procent. Zabawniejszy od tego faktu może być jedynie ten, że wysocy faceci zaznaczający w swoich profilach, że mają 190 cm, dopisują „bo to podobno ważne”. Panowie, ten rodzaj krygowania się odbiera Wam z 10 cm. Liche słowo pocieszenia dla kieszonkowych mężczyzn – jeżeli uda Wam się przejść wstępną selekcję, możecie spokojnie dożartować sobie z 10 cm.
I tu dochodzimy do trzeciego powodu przytłoczenia wiadomościami przez kobiety oraz niepewności, którą wśród mężczyzn wywołuje brak wiadomości. Chodzi o rozmijanie się potrzeb. Tak, to prawda, że mężczyźni częściej niż kobiety szukają seksu. Według cytowanego już badania Pew Research Center mężczyźni jako główny powód korzystania z apek randkowych niemal dwa i pół raza częściej niż kobiety deklarują chęć znalezienia partnerek „na jedną noc”. Jeżeli jednak spojrzymy na procenty, różnica nie będzie aż tak duża: 31% mężczyzn vs. 13% kobiet. Obie płcie jako główny motywator najczęściej wymieniają jednak chęć znalezienia partnera lub małżonka (42% mężczyzn i 48% kobiet).
Problemem jest to, że generalnie wyolbrzymiamy (nie tylko) te różnice. Według badania samego Tindera 65% kobiet uważa, że mężczyźni szukają na Tinderze wyłącznie przelotnych romansów. Nawiasem mówiąc, według tego samego źródła 53% mężczyzn i 68% kobiet wskazało, że ich głównym celem korzystania z aplikacji jest znalezienie romantycznego związku. Różnica między tym sondażem a sondażem Pew to od 11 do 20 punktów procentowych. To sporo. Jak już wyżej zaznaczyłem, w wypadku wielu badań nad kwestią relacji mamy do dyspozycji rozjeżdżające się ze sobą dane. Możemy jednak wyciągać z nich pewne ogólne tendencje.
Zbierzmy to wszystko w całość. Kobiety muszą częściej mierzyć się z natarczywymi zalotami, ponieważ częściej niż mężczyznom zależy im na głębszych relacjach (choć różnice te nie są tak wielkie, jak niektórzy sądzą!). Jednocześnie bardziej wybredne z natury kobiety najczęściej słajpują w prawo, czyli akceptują mężczyzn z topowej części rozkładu atrakcyjności. Spora grupa mężczyzn ma więc bardzo niewiele dopasowań lub dopasowań nie ma wcale. A niewielka część panów ma – jakkolwiek by to nieelegancko brzmiało – nadpodaż potencjalnych partnerek. I w ekosystemie aplikacji randkowych ta nadpodaż jest na poziomie niegdyś dostępnym niemal jedynie gwiazdom popkultury.
Jeśli do równania dorzucimy to, że faceci są bardziej wychyleni w stronę promiskuityzmu, to możemy zrozumieć wysyp memów na temat „mężczyzn niegotowych do związków”. Nie dalej niż wczoraj przyjaciółka (poznana na Tinderze, chyba się nie obrazi, jeśli to napiszę) podesłała mi na Instagramie rolkę o treści: „kiedy będąc 20-latkiem, poznasz piękną, opiekuńczą, szczodrą i rozważną dziewczynę, ważne, żebyś powiedział jej, że nie jesteś gotowy na związek”. Cóż, młody, przystojny i obyty mężczyzna może pozwolić sobie na luksus „bycia niegotowym”, ponieważ nie ma powodu na gotowość. A jednocześnie całe tabuny mężczyzn na związek gotowych nie dostają zbyt wiele szans, żeby tę gotowość realizować.
To oczywiście nie jest jedyny powód, dla którego mężczyźni (nie tylko oni przecież) mniej chętnie wchodzą dzisiaj w związki. Istnieje cały szereg kulturowych, technologicznych i gospodarczych uwarunkowań, które powodują, że wydłuża się okres, w którym młodsze pokolenia pokonują kolejne kamienie milowe kiedyś kojarzone z dorosłością. Jednak jednym z elementów, które dokładają się do tego procesu, jest architektura platform randkowych.
Marzenia się nie spełniają
Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednej cesze aplikacji, którą jest stwarzanie pozoru nieskończonego wyboru. W niemal każdym tekście, filmie, podcaście czy książce, którą przeczytałem na ten temat, pojawia się kategoria „lepszej opcji czekającej za rogiem”. Nie bez powodu mówię o tym, że jest to pozór. Z jednej bowiem strony dla części osób (głównie mężczyzn z dolnej części rozkładu atrakcyjności) taka opcja jest zupełnie niedostępna. Z drugiej zaś – dla sporej grupy kobiet i dla atrakcyjnych mężczyzn wydłuża się lista kryteriów, które musi spełnić potencjalny partner lub partnerka, aby dostąpić zaszczytu bycia wybranym.
Przykładem tego, w jaki sposób działa ten mechanizm, może być sytuacja opisana w książce Agaty Romaniuk Najgorsze randki świata i kilka udanych. Oto autorka, weteranka aplikacji randkowych, kobieta o wysokim kapitale kulturowym, poczuła pewną niechęć do mężczyzny, z którym korespondowała, kiedy ten nie zrozumiał rzuconego przez autorkę odwołania kulturowego: „Tego się nie robi kotu”. Jest to cytat z wiersza Wisławy Szymborskiej Kot w pustym mieszkaniu, który poetka napisała po śmierci pisarza Kornela Filipowicza, prywatnie jej partnera. Romaniuk rozumie, że powód ochłodzenia entuzjazmu był błahy. Nie wszyscy muszą wiedzieć wszystko. Być może mężczyzna, któremu właśnie spadł rating, był osobą wspierającą, odważną, ciepłą. Nie wypełnił jednak jednego z niekończącej się listy checkboxów.
Nie chcę zostać źle zrozumiany – nie oceniam autorki. To po prostu przejaw, co sama zdaje się rozumieć, tego, co robią z nami apki. Potencjalny partner musi być niemal perfekcyjny. Problem jest taki, że nie istnieją osoby, które wypełniałyby wszystkie wymyślone przez nas kryteria. A przynajmniej trafienie na taką osobę graniczy z cudem. Działająca przez całe dekady maszyneria do łączenia nas w pary polegała m.in. na tym, że wcześniejsze pokolenia rozumiały, iż partner nie będzie chodzącym ideałem. Tymczasem architektura apek wsparta przez turboindywidualizm zasiewa w nas myśl, że zasługujemy na wszystko, wszędzie, naraz, że oczekiwanie całego świata jest pragnieniem możliwym do spełnienia. A przecież głęboka relacja jest również akceptacją przywar drugiego człowieka, pogodzenia się z tą częścią bagażu, która nam się nie podoba. Być może także oswojenia i pokochania tej części.
Paradoksalnie więc zarówno osoby „niewybieralne”, jak i dotknięte klęską nadpodaży wyboru na końcu mierzą się z czymś podobnym. Tym czymś jest samotność. Mechanika aplikacji randkowych pozwala nas trzymać w tej niezgodzie na obniżanie standardu (komu pozwala, temu pozwala). No przecież ktoś lepszy, ciekawszy czeka za rogiem, prawda?
Wszystko to składa się na coś, co Tomasz Szlendak nazywa heteropesymizmem – postawę, częściej chyba przejawianą przez kobiety niż przez mężczyzn, zmęczenia drugą płcią. Ciągłe odrzucenia, pozostawanie w oczekiwaniu na osobę spełniającą wszystkie kryteria, nieprzerwane nagabywanie przez nie-do-końca-tego człowieka. Albo nudesy, albo nuda, albo zawód.
Narracja heteropesymistyczna jest zresztą przejmowana przez media głównego nurtu. Anglojęzyczne media, takie jak „Vogue” czy „The Guardian”, zastanawiają się nad fenomenem „obciachu posiadania faceta”. Mężczyźni z kolei, zwłaszcza ci, dla których w dzisiejszym świecie randkowym nie ma zbyt wiele miejsca, pytają (słusznie przecież), dlaczego mainstream ma dla nich głównie opowieści o „męskości, która nie nadążyła”, i o incelach. W ten sposób aplikacje randkowe wzmacniają globalny trend polaryzacji i polityzacji płci. Panowie w prawo, panie na lewo – tak mówi się o tym pęknięciu.
Tymczasem niezwykle trudno jest mieć satysfakcjonującą relację z kimś, komu się programowo nie ufa, kogo się nie lubi, kogo się uznaje za kalkulującą na zimno księżniczkę lub za prawicowego fanatyka, chcącego zapędzić partnerkę do kuchni. Kiedyś to wszystko będzie trzeba na nowo pozszywać.