Subskrybuj

Szanujemy piłkę (cz. IV)

Zatem jest ulewne popołudnie trzeciego dnia lipca 1974 roku, jak by powiedział Bogusław Wołoszański. We Frankfurcie nad Menem jedenastu biało-czerwonych herosów, jedenaście pereł rzuconych przez trenera Górskiego przed niemieckie wieprze, wychodzi na boisko z tunelu czasu. Wychodzą, wychodzą i wyjść nie mogą, gdyż boisko nie przypomina boiska.

Jest zalane wodą, bo przed godziną nad Frankfurtem miało miejsce oberwanie chmury. Pamiętam, że z określeniem „oberwanie chmury” spotkałem się wtedy pierwszy raz, za sprawą Ciszewskiego oczywiście, i wyobrażałem sobie, że to cała chmura, taka jak na obrazkach, nie zamieniona w deszcz, spada na miasto. Sędzia Linemayr długo się wahał, czy w ogóle da się kopać piłkę w tych warunkach. Dziś mówi się, że dla nas byłoby lepiej, gdyby wówczas mecz przełożono, argumentując z grubsza, że błoto, iż było niemieckie, bardziej pętało pęciny polskie niźli tubylcze. Ja w Mielcu drżałem, żeby mecz się odbył, ponieważ cierpliwość to nie jest coś, czego dziesięciolatek ma w nadmiarze. Dziś, kiedy jestem już tak stary, że mogę być obiektywny, widzę, że ciężkie niemieckie działa grzęzły we frankfurckim błocie nie gorzej, niż nasza lekka kawaleria. O tej „bitwie na wodzie” powiedziano i napisano już tyle, że niewiele mogę dodać. Mało też tu było godnych mego sensacyjnego pióra…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świętowanie. Rytuał czy rutyna?