Jest zalane wodą, bo przed godziną nad Frankfurtem miało miejsce oberwanie chmury. Pamiętam, że z określeniem „oberwanie chmury” spotkałem się wtedy pierwszy raz, za sprawą Ciszewskiego oczywiście, i wyobrażałem sobie, że to cała chmura, taka jak na obrazkach, nie zamieniona w deszcz, spada na miasto. Sędzia Linemayr długo się wahał, czy w ogóle da się kopać piłkę w tych warunkach. Dziś mówi się, że dla nas byłoby lepiej, gdyby wówczas mecz przełożono, argumentując z grubsza, że błoto, iż było niemieckie, bardziej pętało pęciny polskie niźli tubylcze. Ja w Mielcu drżałem, żeby mecz się odbył, ponieważ cierpliwość to nie jest coś, czego dziesięciolatek ma w nadmiarze. Dziś, kiedy jestem już tak stary, że mogę być obiektywny, widzę, że ciężkie niemieckie działa grzęzły we frankfurckim błocie nie gorzej, niż nasza lekka kawaleria. O tej „bitwie na wodzie” powiedziano i napisano już tyle, że niewiele mogę dodać. Mało też tu było godnych mego sensacyjnego pióra…