Charles Taylor w wystąpieniu w ramach dni Tischnerowskich przedstawił główne tezy swojej książki A Secular Age. Na podstawie zapisanych tam analiz autor konstatuje między innymi, że czasy współczesne są epoką indywidualizacji, poszerzonej autonomii ludzkiej, skłonności do wyboru własnej – rzec by można − idiosynkratycznej drogi. Rzeczywiście, wiele procesów cywilizacyjnych nowoczesności, w tym także ewolucję myślenia filozoficznego, opisuje się w ten sposób. Podobnie w religii, przynajmniej od czasów Lutra, coraz więcej ludzi chce do wiary dochodzić na własną modłę. Stąd pilna potrzeba, powiada Taylor, jakiegoś otwarcia katolicyzmu na te zmiany. Zauważa, że w tej sprawie nie można liczyć na biskupów. Konkluduje, że „Kościół to my”, więc trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Wobec takiego wyzwania chciałoby się zapytać – co robić? W tym jednak najciekawszym momencie kanadyjski filozof przerywa swoje rozważania. Suspens skazuje na domysły. Spróbujmy więc zgadnąć, jakie są możliwe…