Andrzej Brzeziecki: Nędza hartuje organizm?
Adam Leszczyński: Chłopski. Taka opinia pojawiała się w tekstach autorów ziemiańskich jeszcze w wieku XIX. Pisali, że „nasi” chłopi są zdrowi i silni, bo choć żyją w złych warunkach, to tak naprawdę są one dla nich dobre. Twierdzili tak, często polemizując z opiniami ludzi z Zachodu, którzy pisali o położeniu ludu na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej i przekonywali, że żyje on w niesłychanej nędzy.
Polskie elity były wrażliwe na to, co się pisze zagranicą – w sposób typowy dla elit krajów peryferyjnych. Czuły się pokrzywdzone i próbowały polemizować. Dziś te polemiki wyglądają groteskowo, ponieważ trudno je inaczej odczytywać niż jako racjonalizowanie opresji. Podkreślano przy okazji także swoistość polskiej cywilizacji i jej odmienność od Zachodu. Dowodzono często, że my tutaj prowadzimy prosty, wiejski, ale cnotliwy żywot i jesteśmy w nim szczęśliwi. Bylibyśmy jeszcze bardziej szczęśliwi, gdyby nie obce miazmaty, które przenikają z Zachodu.
Sama szlachta nie chciała się jednak hartować?
Dlaczego miałaby? „Lepiej urodzeni” byli przekonani, że są ulepieni z innej gliny, a wręcz są ludźmi etnicznie albo, jak byśmy dziś powiedzieli, genetycznie odmiennymi. Temu służyła cała mitologia, np. mit o Sarmatach, którzy przybyli nad Wisłę z dalekich ziem i podbili wiejski lud, i dzięki wojowniczym cnotom są powołani, by nim rządzić.
Szlachcic więc był bitny, rezolutny, może trochę powierzchowny, ale jednak inteligentny i mający wrodzony dar przewodzenia. Chłop natomiast był krótkowzroczny, prymitywny, pazerny, skupiony na wartościach materialnych, nie umiał gospodarować i planować. Wniosek był jeden – chłop wymaga opieki, przewodnictwa i nadzoru.
Potem pojawiła się jeszcze idea oświecenia chłopa, uformowania go na dobrego Polaka – dobrego, a więc m.in. znającego swoje miejsce w społecznej hierarchii.
Śledząc proces ubezwłasnowolnienia tzw. niższych warstw społecznych przez elity od średniowiecza aż do rozwiniętego feudalizmu i pełnej pańszczyzny, pisze Pan w swojej książce Ludowa historia Polski, że „przemoc była fundamentem tego systemu”. Skąd się ona brała?
Rzecz jasna, nie była to tylko polska specyfika. Relacje społeczne w całym ówczesnym świecie były (z naszej dzisiejszej perspektywy) pełne przemocy. To, co odróżniało Rzeczpospolitą od krajów zachodniej Europy, to, jak sądzę, jej skala. Powtarzam – na Zachodzie też nie było kolorowo. Można oczywiście twierdzić, że przybysze z Zachodu lepiej dostrzegali przemoc u nas, a gorzej u siebie. Świadectwa obcokrajowców na ten temat są jednak liczne i nie pochodzą tylko od tych, którzy zjawili się na chwilę i mieli może powierzchowne obserwacje. Podaję przykład wybitnego niemieckiego przyrodnika Georga Forstera, który choćby podróżował ze słynnym Jamesem Cookiem dookoła świata. Forster, skuszony dobrym wynagrodzeniem, przyjechał w 1784 r. do Wilna na sześcioletni kontrakt, by pracować na uniwersytecie. Nie był uprzedzony do Polaków – wręcz przeciwnie. Wytrzymał tylko trzy lata. Uciekł, narzekając na stosunki społeczne, w tym traktowanie chłopów niczym „zwierzęta pociągowe”, oraz prymitywizm i ciasnotę umysłową elit.
Nie ma wątpliwości, że z punktu widzenia krajów zachodnich Rzeczpospolita była krajem orientalnym. Nie wiem, czy mniej, czy bardziej niż Rosja, ale jednak orientalnym. Nie należy się przy tym o to obrażać. Większość świata wówczas znajdowała się poza cywilizacją zachodnią.
To, co jest interesujące, a dotyczy już dzisiejszej Polski, która przy wszystkich uproszczeniach uważa się za dziedziczkę dawnej Rzeczypospolitej, to fakt wyparcia zjawiska przemocy. Do dziś wielu autorów uważa, że stosunki społeczne były wówczas całkiem przyzwoite. Podkreśla się „tolerancję” panującą w Rzeczypospolitej i brak stosów – na wyrost, nawiasem mówiąc – nie wspominając o relacji pan–poddany
W książce jest mowa nie tylko o chłopach, ale też o mieszczanach, Żydach – później o mniejszościach narodowych i religijnych. Jak to możliwe, że 10% społeczeństwa zdobyło taką przewagę nad resztą? Oczywiście „stan trzeci” wszędzie był dyskryminowany, gdyby było inaczej, nie doszłoby do rewolucji we Francji, ale w Polsce, jak Pan przekonuje, ta dyskryminacja miała szczególnie wielkie rozmiary.
Nie mam innego wytłumaczenia jak tylko to, że było to efektem długiej ewolucji historycznej. Można mówić o słabości miast i o słabości władzy królewskiej. Szlachta miała słabą konkurencję. Jednak nie oceniałbym zbyt surowo ówczesnych elit – one zachowywały się racjonalnie. Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że ustrój, który stworzyła, zakończył się rozbiorami i utrwalał zapóźnienie gospodarcze, ale ludzie, którzy go budowali – cegła po cegle – nie mogli tego wiedzieć.
Z punktu widzenia szlachty wszystko jednak działało, i to bardzo długo – była elitą w potężnym państwie i żyła w nim wygodnie. Uważała ten stan za normalny i jedyny możliwy. To ona stanowiła wspólnotę polityczną, chłopstwo do niej nie należało. Ale to są znane rzeczy, prawda?
Jakie wydarzenia były najistotniejsze dla ukształtowania się systemu opartego na rozbudowanej pańszczyźnie?
Znów nie mam tutaj nowej odpowiedzi. Nie poszukuję jej także w mojej książce; ona jest o czymś innym, o relacji władzy. Historycy podają długą listę powodów, zaczynając od koniunktury na zboże, powodującej, że eksport przynosił zyski, aż po spadek dochodów po wojnach i zniszczeniach w XVII w., który sprawił, że w poszukiwaniu zysku opłacało się wykorzystać władzę do odebrania chłopom jak największej części wytworzonej przez nich nadwyżki. System ewoluował w stronę maksymalnego zwiększenia władzy właściciela. Mimo tych wysiłków zawsze też były w nim istotne luki i przestrzeń na opór.
Jednym z filarów systemu był Kościół katolicki, także wielki właściciel ziemski. Jaka była jego rola w utrwalaniu i uzasadnianiu ustroju?
Kościół był narzędziem władzy społecznej – podpierając się Biblią, dowodził, że chłop, a potem robotnik, ma słuchać pana. Zarazem Kościół odgrywał ogromną rolę w życiu biednych ludzi, i tej roli nie należy lekceważyć. Inna sprawa, że trzeba było za nią słono płacić – za wszelkie sakramenty księża pobierali spore opłaty.
Podaję w książce przykład ks. Marcina z jednej z małopolskich wsi w 1 poł. XVIII w. Otóż chłopi z kilku wsi złożyli skargę na niego – było to bitych kilka stron, na których niesłychanie szczegółowo opisano przewiny księdza, wyceniając każdą z nich w pieniądzu. Duchowny bił chłopów przy różnych okazjach. Oni do pewnego stopnia uważali to za normalne – buntowali się, gdy (ich zdaniem) przesadzał. Czarę goryczy przelała jego pazerność. Gdy ktoś umarł, ks. Marcin przychodził do chałupy i zabierał sobie np. gospodarskie zwierzęta albo różne przedmioty. Jednocześnie chłopi go potrzebowali i skarżyli się, że nie dostarcza ostatnich sakramentów – gdy np. z lenistwa, albo przepicia, nie przyjeżdżał do umierających. Potem jednak za ich pogrzeb kazał sobie sporo płacić. Niestety, nie wiemy, jakie wnioski wyciągnął z tego adresat listu, a pisany był do właściciela wsi, w których ks. Marcin posługiwał.
A czy chrześcijańskie nauczanie o równości wszystkich ludzi inspirowało czasem chłopów do jakiejś formy oporu?
Kościół raczej nauczał o posłuszeństwie na ziemi, równość była za grobem. Buntujący się chłopi próbowali jednak często legitymizować opór, powołując się np. na autorytet królewski, najczęściej na wyrost.
Mówi Pan, że w oczach zachodnich autorów byliśmy krajem orientalnym, czy jednak chłopom u nas naprawdę było gorzej niż na Zachodzie?
Co to znaczy „gorzej”? Po względem prawnym położenie polskiego chłopstwa było gorsze – np. poddany prywatny przez długi czas nie miał dokąd się odwołać od wyroku pana. Musimy jednak zapytać, czy wolność w tamtej epoce była cennym dobrem. Ja dziś oczywiście uważam, że wolność jest podstawowym prawem człowieka, ale wtedy niekoniecznie oznaczała lepsze życie, a częściej brak bezpieczeństwa. Poza tym w Polsce surowe normy prawne mogły rozmijać się z praktyką społeczną.
Jeśli zaś chodzi o poziom materialny, to także ciężko podać rozstrzygającą odpowiedź. Według różnych szacunków historyków gospodarki chłop musiał oddawać od jednej czwartej do zdecydowanej większości tego, co wypracował. Szacunki się różnią w zależności od tego, kto je robił, jak liczył, oraz od okresu i regionu, których dotyczą.
###banner###
Moim zdaniem na Zachodzie było pod tym względem podobnie. Przybysze z Zachodu w XVIII w. często opisywali domy chłopskie jako nędzne. Uważali też, że chłopi polscy byli nędznie ubrani.
Obciążenia były zróżnicowane: obejmowały rozmaite posługi, daniny w pieniądzu, pracy i w naturze. Trudno je sprowadzić do jednego mianownika. Historyk Piotr Guzowski zaproponował niedawno, żeby stworzyć „indeks” obciążeń chłopskich w różnych krajach, pozwalający je porównać możliwie pod wieloma względami
Najważniejszym kryterium jest jednak to, ile wówczas spożywano kalorii. Tu chyba jednak też wielkich różnic nie było – generalnie w świecie przedprzemysłowym większość ludzi stale żyła na granicy głodu.
Chyba jednak wiele też zależy od tego, czy porównujemy polskiego chłopa z chłopem w Niderlandach albo z niewolnikiem na amerykańskich plantacjach i w koloniach.
Naturalnie, chłopstwo w Niderlandach miało się lepiej. Myślę, że poziom życia polskiego chłopa pańszczyźnianego był natomiast porównywalny do poziomu życia na peryferiach Europy – mam na myśli Portugalię, południe Włoch, Bałkany.
Jeśli zaś chodzi o niewolników, to takie porównania czyniono już w epoce nowożytnej. Dziś, co ciekawe, bulwersują one wielu – niektórzy czytelnicy zwrócili mi uwagę że nie powinienem pisać o tych paralelach, bo to ubliża Polsce…
No, ale nie Pan wymyślił określenie „biali murzyni”, bo znane już było w XIX w.
Porównania losu poddanych polskich do niewolników plantacyjnych robiono już w stuleciach XVII i XVIII. Pojawiają się one także w dzisiejszej literaturze naukowej dotyczącej Europy Środkowej.
Trzeba powiedzieć, że niewolnictwo i pańszczyzna to nie to samo, choć oba zjawiska były systemami pracy niewolnej. Niewolnik był uznany za przedmiot, chłop mógł mieć różną osobowość prawną. Inaczej było także z posiadaniem własności – niewolnik był jej pozbawiony. Jakimś wskaźnikiem, czy też podpowiedzią, był przyrost naturalny. Niewolnicy mieli mniej potomstwa, ubywało ich, stąd olbrzymia rola transportu czarnoskórych z Afryki.
Były zarazem istotne podobieństwa. Szlachcic – tak jak plantator – był panem życia i śmierci. Wielu autorów (polskich) uważa, że karanie chłopów śmiercią się po prostu nie opłacało, bo ciągle brakowało siły roboczej, więc nie było powodów, by się jej jeszcze dodatkowo pozbawiać.
Przykłady zabijania chłopów w zaborze rosyjskim w XIX w. (wtedy było to już formalnie zbrodnią) podaje francuski historyk Daniel Beauvois w swych książkach, których w Polsce jakoś się nie lubi. Przed rozbiorami za zabijanie własnych chłopów nie trafiało się przed sąd, za zabijanie cudzych – owszem, bo oznaczało to uszczuplenie cudzych dóbr. Trzeba było więc zapłacić odszkodowanie. Zabijania zakazano w 1768 r., ale jeszcze 20 lat później, w czasie Sejmu Wielkiego, debatowano nad tym, że prawo to jest martwe i nie sposób go egzekwować.
Jaki możemy przytoczyć najgorszy przykład brutalności i bezwzględności pana względem chłopa?
Nie chcę odpowiadać na to pytanie, to tania sensacja, bardzo mi przykro. Nie o to chodzi, żeby epatować okrucieństwem. Przykłady są w książce, ale też nie interesuje mnie gore, tylko mechanizm dominacji.
Myśli Pan, że w Polsce możliwy byłby film o chłopach pańszczyźnianych w stylu Django Quentina Tarantino? I czy taki film byłby potrzebny?
Myślę, że on jest nie tylko możliwy, ale bardzo potrzebny – żeby do szerszej publiczności dotarł inny obraz tamtych czasów niż z powieści Henryka Sienkiewicza i ich ekranizacji.
Obok znanych w literaturze sielankowych obrazów z polskiej wsi zdarzały się teksty krytyczne – już niemal od początków czasów nowożytnych. W XVI w. Piotr Skarga czy Andrzej Frycz Modrzewski krytykowali stosunek do chłopów. Oczywiście najwięcej takich głosów pojawiło się w dobie oświecenia. Refleksja więc jakaś była.
Niestety, były to takie retoryczne wezwania do moralnej poprawy. Autorzy nowożytni zazwyczaj nie wzywali do gruntownej reformy systemu, uważali tylko, że niektórzy dziedzice źle się zachowują i dopuszczają się nadużyć. Podobny dyskurs wracał w epoce oświecenia, a nawet Księstwa Warszawskiego. Wtedy jednak był już to dyskurs konserwatywny, bo świat się zmienił.
Co więc realnie chłopi zawdzięczali oświeceniu?
Bardzo dużo, chociaż obietnica oświecenia została zrealizowana bardzo późno. Wówczas pojawiła się na serio idea wspólnoty politycznej szerszej niż tylko szlacheckiej, pojawiła się też idea niezbywalnych praw człowieka. Wolność przestała – przynajmniej w teorii – podlegać obrotowi. Polepszenie doli chłopa stało się projektem politycznym, a nie postulatem moralistów, nawet jeśli niewiele w praktyce się zmieniło. Sejm Wielki dyskutował różne pomysły – np., by przyznać chłopom gwarancję prawa własności, choćby w odniesieniu do chałup i inwentarza. Konstytucja 3 maja czy Uniwersał połaniecki Kościuszki obowiązywały jednak zbyt krótko, żeby coś zmienić (i to w dodatku nie na całym obszarze Rzeczypospolitej).
Reformy trzeba było wprowadzać kruczkami prawnymi – jak choćby Konstytucję 3 maja, która przecież nie została normalnie przyjęta przez sejm.
Opór wobec zmian był zawsze duży. To zrozumiałe. Duża część szlachty uważała, że reformy uszczuplą jej dochody. Jak się wydaje, miała rację. Największy cios polskiemu ziemiaństwu zadało uwłaszczenie. Ziemianie narzekali na złą jakość pańszczyźnianej siły roboczej, ale w rynkowych warunkach radzili sobie źle. Liczba majątków ziemiańskich systematycznie spadała, i nie z powodu konfiskat popowstaniowych. Stan ziemiański kurczył się także w dwudziestoleciu.
W XIX w. powstańcy jednak postulowali poprawę losu chłopów, by ich pozyskać dla sprawy narodowej.
Nie wszyscy powstańcy jednak. Część elit, owszem, zdawała sobie sprawę, że jeśli naród chłopski ma przystąpić do walki, to trzeba mu coś zaproponować. Szło to jednak dalej opornie, bo nikt nie lubi rezygnować z dochodów czy władzy.
W efekcie w czasie powstania listopadowego nie dało się podjąć żadnych skutecznych decyzji. Odbyła się wówczas w sejmie poruszająca debata na temat uwłaszczenia. Nie przyniosła jednak skutku.
Jeśli zaś chodzi o powstanie styczniowe, to, jak później napisał konserwatywny historyk, ekonomista i polityk Władysław Grabski: licytację o duszę ludu wygrał car. Inni porównywali chłopstwo do „martwej bryły”, której nic nie poruszy, chyba że korzyści materialne. Elity były rozczarowane. Nauka reguł nowoczesnego świata okazała się bolesna.
Co polskie warstwy ludowe zawdzięczają zaborcom?
Częściową modernizację. Ona pewnie i tak by nastąpiła w jakimś zakresie, ale tak się złożyło, że wolność i ziemię chłopom dali zaborcy. Oczywiście kierowali się własnym interesem, bo konkurowali z polskimi elitami.
Dlaczego radykalizm społeczny był, jak pan pisze, w Polsce bardziej umiarkowany niż na Zachodzie?
Myślę, że to zjawisko łatwe do zrozumienia i dziś. Przecież Partia Razem też ma mniej radykalne postulaty niż lewica na Zachodzie, a i tak w wielu środowiskach nad Wisłą Adrian Zandberg uchodzi niemal za nowe wcielenie Lwa Trockiego. Na Zachodzie byłby statecznym, nieco konserwatywnym socjaldemokratą.
Nasi radykałowie musieli funkcjonować w dużo bardziej konserwatywnym społeczeństwie – mieli więc pod górkę, zawsze spóźnieni wobec Zachodu i w mniejszości. Wszelkie postępowe idee uważano za zagrożenie dla duszy polskiej. Kiedyś to była idea zniesienia poddaństwa, potem stworzenia związków zawodowych, a dziś uznania małżeństw jednopłciowych. Nasze konserwatywne elity od dawna uważały, że Zachód jest moralnie skażony i rodzące się tam idee zagrażają naszym polskim wartościom. PiS tego nie wymyślił, to bardzo stara piosenka. Istota naszych debat o Polsce i jej relacjach z cywilizacją zachodnią jest stała. Zmienia się tylko scenografia i aktorzy.
W 2. poł. XIX w. na dobre pojawia się na ziemiach polskich kapitalizm – a robotnicy, jako warstwa społeczna, dołączają do chłopów. Czy to wprowadza jakieś zmiany?
Kapitalizm na ziemiach polskich był przeszczepem, swego rodzaju implantem w społeczeństwie, które wciąż było na wpół feudalne. Nie było to nic wyjątkowego, ale jednak rzutowało na relacje społeczne. Robotnikom, którzy rekrutowali się z chłopów, żyło się równie ciężko.
Współczesny polski inteligent ma jakieś mętne wyobrażenie o tamtej epoce wyrobione na podstawie Ziemi obiecanej Andrzeja Wajdy – bo o dogłębnej i świadomej lekturze samej powieści Władysława Reymonta nawet trudno mówić. Tymczasem prawdziwa skala tego, co się działo w tym naszym peryferyjnym przemyśle, prawdziwa skala przemocy i brutalności nie jest w ogóle znana. Wiemy, że zarabiało się tu znacznie mniej niż na Zachodzie, za to pracowało się dłużej, a do tego więcej było wypadków przy pracy – także śmiertelnych.
Historia polskiego kapitalizmu jest bardzo typowa dla peryferii. Historyk Witold Kula nazwał zjawisko zachodzące w peryferiach „koegzystencją anachronizmów”. Do tej koegzystencji dochodzi między wyspami nowoczesności a feudalnym otoczeniem.
Wbrew pozorom to mogło funkcjonować, bo nowoczesność adaptowała się do feudalnych relacji, wtapiała się w nie. Widać to choćby po ustawodawstwie i jego przestrzeganiu. W Polsce prawo pracy było zawsze spóźnione, a do tego często nieegzekwowane. Znów mam wrażenie, że brzmi to dziwnie współcześnie.
W latach 1918–1920 władze odrodzonej, ale wciąż walczącej o granice Polski, by pozyskać chłopów i robotników, sporo im jednak obiecały. Decyzje pierwszych rządów były całkiem postępowe. Jak to potem wyglądało?
Reforma rolna z 1920 r. szła powoli, a poza tym bardzo ją osłabiono – po kilku latach od uchwalenia. Ustawodawstwo przemysłowe – np. zakaz pracy młodocianych – było przestrzegane sporadycznie albo w ogóle nie. Halina Krahelska, która dwukrotnie w latach 20. XX w. była zastępczynią głównego inspektora pracy, dowodziła, i to na licznych udokumentowanych przykładach, że prawo pracy było notorycznie łamane całkowicie bezkarnie. Jej teksty z tamtego okresu to świadectwo przerażających warunków pracy i stosunku do robotnika, który cechował naszych kapitalistów. „Obowiązywał dogmat chronienia wytwórczości krajowej” – komentowała Krahelska. Pracodawcy mówili, że nie stać ich na przestrzeganie praw pracowniczych, i państwo to tolerowało. Cóż za wyrozumiałość!
Pisze Pan: „Ceną za budowę własnego państwa była większa nędza i większa opresja od tej, którą mieszkańcy Polski znajdujący się na dole społecznej piramidy doznawali z rąk obcych”. Dlaczego tak musiało być?
Budowa własnego państwa jest bardzo droga. Stworzenie struktury państwa wymagało zasobów, a one nie brały się znikąd – musiały zostać wybrane z populacji. Tymczasem mamy w latach 20. i 30. XX w. kraj biedniejszy niż przed 1914 r. – powodem tego były zniszczenia wojenne i odcięcie od rynków zbytu – który musi utrzymać armię i aparat urzędniczy większe i droższe niż przed Wielką Wojną. Efektem musiały być dotkliwsze obciążenia narzucane na społeczeństwo. Urzędnicy, lekarze, nauczyciele nie opływali w dostatki i narzekali tak czy inaczej, ale nie dostrzegali często, że II Rzeczpospolita była represyjnym państwem dla tych, którzy byli na dole. Uzasadniano to koniecznością budowy i obrony państwa.
A zniesienie tytułów arystokratycznych, przyznanie praw kobietom – ustrój społeczny naprawdę w II RP się nie modernizował?
Tak jak nasz kapitalizm – wyspowo. Praw nie wystarczy uchwalić. Trzeba jeszcze móc z nich korzystać, mieć na to pieniądze i dostęp do instytucji, które je wyegzekwują. Inaczej pozostają na papierze albo są prawami tylko dla elit.
Pisze Pan też, że „jeszcze w 1. poł. XX w. dziedzictwo poddaństwa odgrywało kluczową rolę w polskiej polityce i życiu społecznym”. Co to jest „dziedzictwo poddaństwa” i czy istnieje jeszcze w jakieś formie do dziś?
Ciągłość pewnych modeli relacji społecznych jest zadziwiająca. Pod tym względem nawet PRL nie oznaczał aż tak dużego zerwania, jak to przedstawiała propaganda. Represje i przemoc wobec strajkujących to, powiedzmy, kwestia także wielkiej polityki, ale mam na myśli pogardliwe i protekcjonalne traktowanie robotników przez przełożonych na co dzień. Cytuję w książce wypowiedź pewnego dyrektora fabryki, który opowiada, jak to przyszły do niego do pracy zaniedbane wiejskie baby, a teraz są już zadbane. Ów dyrektor nosił w sobie ładunek pogardy godny Izraela Poznańskiego czy Karola Scheiblera – łódzkich „królów bawełny” z XIX w.
Wiemy więc, że rok 1945 r. przyniósł tylko pozorną poprawę sytuacji chłopów i robotników, a rok 1989 r.? – ten wywalczony przez Solidarność?
Pod wieloma względami przyniósł powrót relacji społecznych sprzed wojny – np. stosunków pracodawca– pracownik według modelu patriarchalnego, a nie opartego na regułach prawa. Retoryka wobec warstw ludowych, z narzekaniem na ich rzekomą roszczeniowość i lenistwo oraz brak przedsiębiorczości, również wróciła. Niektóre teksty publicystyczne z lat 90. XX stulecia mogłyby spokojnie zostać napisane 100 lat wcześniej. Wróciliśmy, jak napisał o Europie Środkowej znakomity historyk gospodarki Ivan Berend, z peryferiów na peryferia przez komunistyczny objazd.
Materialny poziom życia warstw ludowych zaczął się wyraźnie poprawiać dopiero po wejściu do Unii Europejskiej. Spadło bezrobocie, zaczęły znacząco rosnąć płace, legalna emigracja stała się dostępna, wzrost gospodarczy przyspieszył.
Czy pracownicy korporacji są nowymi chłopami pańszczyźnianymi?
Przynajmniej mogą zmienić pracodawcę! Oraz zagłosować w wyborach na partię, która zmieni ich życie na lepsze. Mogą iść do sądu. Nie, nie są.
W Lewica po latach dominacji prawicy zaczyna odbijać historię, czego Pańska książka jest przykładem. Czy cała narracja o uroczych dworkach szlacheckich, o szczęśliwych kmiotkach żyjących w zgodzie z dworem i o wspólnej miłości do ojczyzny oraz Kościoła katolickiego musi zostać zanegowana?
Ona nie zostanie zanegowana, dopóki będzie ją głosić państwo w filmach, które sponsoruje, czy w programach szkolnych. Na to się nie zanosi. Warto jednak wiedzieć, że obraz, który Pan ukazał, to czysta fantazja.
—
Adam Leszczyński
Dr hab., historyk i socjolog. Pracownik naukowy Instytutu Studiów Politycznych PAN. Członek zespołu „Krytyki Politycznej”, współzałożyciel i redaktor OKO.press, wcześniej związany z „Gazetą Wyborczą”. Wydał m.in.: Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980 (2013), Eksperymenty na biednych. Polityczny, moralny i ekonomiczny spór o to, jak pomagać skutecznie (2016). Ostatnio nakładem W.A.B. ukazała się Ludowa historia Polski