W dzieciństwie byłam chłopcem. Przynajmniej częściowo. Miałam komplety sportowych ubrań z rysunkami rakiet kosmicznych i rakietek tenisowych, wzory na tyle uniwersalne, żeby pasowały na brata, kiedy z nich wyrosnę. Mój rower miał najwięcej przerzutek ze wszystkich dziecięcych rowerów, a moje ciało miało najwięcej strupków, które można było zdrapywać, i wtedy jak na moje standardy wyglądało to jeszcze bardziej elegancko, jak u prawdziwego wojownika. Miałam typową fryzurę lat 90. przeznaczoną dla dzieci: możliwie krótką i z krzywą grzywką skracaną nożyczkami przez matkę do takiej długości, żeby nie zasłaniała zbyt dużo czoła i żebym od niej nie oślepła. Ojciec mówił do mnie Dorek i z całą pewnością byłam jego ulubionym synem. Zabierał mnie do warsztatu, mogłam budować tam domy lub meble z drewna, używając przy tym wszystkich dostępnych narzędzi, nawet krajzegi, czyli stołowej piły tarczowej, chociaż tej akurat z niewielką pomocą. Wychodziłam sama z domu i nigdy nie miałam wyznaczonej godziny powrotu. Wieczorami poza domem pilnował mnie tylko duży czarny pies rasy seter szkocki (gordon), z którym mieliśmy najwięcej przygód,…
Debiutowała powieścią Pustostany, za którą w 2020 r. otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia oraz Nagrodę Conrada.