Subskrybuj
fot. Andrzej Sidor / Forum
Redaktorka miesięcznika „Znak”, recenzentka, absolwentka krytyki literackiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opiekunka rubryki "Wśród możliwości"

Żeby wyrazić siebie, trzeba wiedzieć kto to

„Skąd jesteś?”. „Z okolic Nowego Sącza”. Gdy dekadę temu zaczynałam studia w Krakowie, nie znosiłam pytań o pochodzenie. Zbywałam je ogólnikowymi wyjaśnieniami, przełykałam wstyd i próbowałam natychmiast zmienić temat. Po co wyjaśniać komuś, gdzie jest Podole?

Dzisiaj nie tylko chętnie opowiadam o tym miejscu, ale też próbuję stawiać pytania o jego przeszłość – niestety, czasem za późno. Nie żyją już niektórzy świadkowie, tym starszym mieszają się wersje wydarzeń. Podole (od 2009 r. Podole-Górowa) jednak pulsuje we mnie ze zdwojoną siłą. Mimo że moi rodzice należą już do tzw. klasy średniej (to kiedyś był wygodny argument, by powiedzieć, że nie jestem „aż tak bardzo ze wsi”), nie wstydzę się mówić o tym, że jestem nie tylko dziewczyną ze wsi, ale też po prostu babą, potomkinią chłopów. Wnuczką Emilii, prawnuczką Ludwiki oraz wnuczką Zofii i prawnuczką Marii. Płynie we mnie ich chłopska krew. Co zmieniło się przez tę dekadę, że wreszcie opowiadam o tym otwarcie?

Oczywiście można powiedzieć po prostu: dorastam. Dobrze taki proces dojrzewania opisuje chociażby Sławomir Mrożek w opowiadaniu Prowincja: „Tymczasem każdy człowiek, z prowincji czy nie, jest prowincją. (…) trzeba być z prowincji i trzeba się z niej wydostać. Znowu paradoks: można mieć to, co się straciło”. Wydaje mi się jednak, że moje dojrzewanie przypada na czas szczególnie ożywczy, a do tego sprzyjający snuciu prywatnych narracji: okres wzmożonego zainteresowania kulturą chłopską i wsią. Blisko dekadę temu, w maju 2012 r., wyszedł kultowy numer „Znaku” Wszyscy jesteśmy chłopami. Następnie były m.in. numer „Autoportretu” poświęcony wsi, „Teksty Drugie” o chłopskości, dyskusje na łamach „Dwutygodnika” czy „Kultury Liberalnej”. Równolegle prace Fantomowe ciało króla Jana Sowy i Prześniona rewolucja Andrzeja Ledera. Ostatnio oczywiście – wyrastające poniekąd ze wspomnianych – książki Ludowa historia Polski Adama Leszczyńskiego czy Bękarty pańszczyzny Michała Rauszera. Chociaż kultura chłopska, jak pisał Wiesław Myśliwski, dożyła swego kresu, ciągle jest w nas żywa: przejawia się w pewnych zachowaniach, wyznawanych wartościach, inspiruje i dopomina się, by o niej opowiadać.

Na te tendencje nie pozostaje również obojętna literatura. Ostatnich 10 lat to czas, gdy w prozie polskiej pojawia się sporo rozproszonych głosów o chłopskości i wiejskości. (Od razu zaznaczę, że określeniem „wiejskość” będę się posługiwać, nie mając na myśli całej ziemiańsko-szlacheckiej tradycji wsi, tylko wieś jako konkretną przestrzeń). Te literackie próby opowiedzenia o wsi bardzo dobrze spinają klamrą dwie powieści uhonorowane Nagrodą Literacką Nike: Pióropusz Mariana Pilota (Nike za 2011 r.) i Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli Radosława Raka (Nike za 2020 r.). Nie wyznaczają one jednak granic konkretnego nurtu. Chodzi tu raczej o podobieństwo tematyczne, które wskazuje na to, że w ostatniej dekadzie również w literaturze zaczynamy żywo opowiadać i odtwarzać swoją chłopską tożsamość.

Korzenie tego zjawiska są oczywiście głębsze. Lokują się one w latach 60. w tzw. nurcie chłopskim, którego przedstawicielami byli m.in. Wiesław Myśliwski, Marian Pilot, Tadeusz Nowak i, odkrywana ostatnio na nowo dzięki wznowieniu znakomitej Najady, Zyta Oryszyn. W późniejszych latach ta tematyka w literaturze zanikła, a miało to związek z tym, że chłopstwo traktowano wówczas przede wszystkim jako klasę roszczeniową. Bariera została przełamana w poł. lat 90., gdy wieś powróciła do literatury dzięki takim utworom jak Opowieści galicyjskie Andrzeja Stasiuka, Prawiek i inne czasy Olgi Tokarczuk oraz Widnokrąg Wiesława Myśliwskiego, które dały początek literaturze „małych ojczyzn”, mitycznych obszarów pojednania się człowieka z historią, czasoprzestrzeni spełnionych.

Skąd popularność tematyki wiejskiej w  najnowszej polskiej prozie? Być może stąd, że dzisiejsi 30- czy 40-latkowie to pierwsze pokolenia, które nie miały kontaktu z  żywą kulturą chłopską. Podczas gdy ich rodzice próbowali wydostać się z kręgu wsi, oni powracają, widząc w niej z jednej strony ożywcze i inspirujące zjawisko, a z drugiej – zapomniane korzenie swojej tożsamości. Maciej Płaza w wywiadzie dla „Dwutygodnika”, gdzie mówi o pracy nad swoją pierwszą powieścią, czyli Skoruniem, zwraca uwagę także na język: „Coś zaczęło do mnie gadać parę lat temu i domagało się zapisania. (…) [T]o właśnie żywioł wiejskiego gadania narzucił mi się jako najodpowiedniejszy język: jędrny, soczysty, zmysłowy, butny, tętniący, swobodny, dosadny i liryczny zarazem”. Powroty do tematyki prowincji to w pewnym stopniu również proces dialogowania z  uznanymi twórcami takimi jak, by wymienić największych, Wiesław Myśliwski czy Bruno Schulz.

###banner###

Być z prowincji
Gdy w 2011 r. Nagrodę Literacką Nike dostawał Marian Pilot, rozpoczynałam studia z całym wstydliwym bagażem pochodzenia. Od tamtej pory kolejne utwory prezentujące wiejskość towarzyszą mojemu dojrzewaniu. Choć trudno mówić dziś o nurcie chłopskim, to potęgą literatury o tematyce wiejskiej są nadal trzy charakterystyczne dla kultury chłopskiej filary: słowo, pamięć oraz wyobraźnia, które pomagają twórczo poznawać rzeczywistość.

Małą ojczyzną Wioletty Grzegorzewskiej są Hektary, Aleksandry Zielińskiej – Sorge, Weroniki Gogoli – Olszyny, Ewy Szumowskiej – Jaspiska Wola, Macieja Płazy – wieś na Sandomierszczyźnie, a Andrzeja Muszyńskiego – na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Dojrzewanie, dorastanie to też jeden z głównych tematów tej literatury. Tytułowy bohater Skorunia Płazy mówi: „Zdawało mi się, choć dopiero zacząłem drugą szkołę, że wszystko zdarzy się już, zarutko, za chwilę: może wojsko, może studia, potem robota jeszcze niepojęta, bo własna, cisnąca grzbiet prawdziwszym ciężarem. Poczułem się tak, jakbym wyjeżdżał, choć dokąd? Gdybym nawet miał wyjechać, wróciłbym tu. Za rok, za dziesięć lat, choćby za pięćdziesiąt”.

Powrót w rodzinne strony to okazja, by spojrzeć na przeszłość z dystansem i opowiedzieć nie tylko o sielskich obliczach dzieciństwa, ale też o jego ciemnych stronach: trudach związanych z dojrzewaniem, przemocowych relacjach, cierpieniu i wreszcie śmierci.

O dziewczęcym dojrzewaniu na wsi mówią Grzegorzewska (wieś w latach 80.) i Gogola (wieś w latach 90.), wskazując, że „najgorzej być małą dziewczynką”: pierwsza miesiączka i cielesność są tematem niegodnym rozmowy, a najważniejszym zadaniem pozostaje bycie grzeczną i opiekuńczą. Z czasem wieś zaczyna uwierać tak dotkliwie, że w końcu konieczne staje się wydostanie z jej zaklętego kręgu. Ten ruch opisuje Grzegorzewska w swojej drugiej powieści, czyli Stancjach. Ich bohaterka próbuje odnaleźć się w miejskiej rzeczywistości Częstochowy, lecz wspomnienia z Hektarów nie dają jej spokoju i ostatecznie zmuszają do powrotu. O wewnętrznej potrzebie powrotu ciekawie piszą także debiutantki i debiutanci, np. Paulina Jóźwik w Strupkach oraz Wojciech Szlęzak w Cieniu jabłoni. Pola, bohaterka Strupków, wyznaje: „Po cichu uciekałam z rodzinnej wsi. W drodze gubiłam korzenie, ale one były jak pępowina, która oplotła mi wnętrzności grubym supłem. Mogłam uciekać jak najdalej, ale wciąż czułam jej ucisk”. Podczas gdy jedni wracają, inni – jak Zofia z debiutanckiego Szaleju Moniki Drzazgowskiej – nie potrafią wyrwać się z niewidzialnych więzów wsi. Wówczas, zamiast być ożywcze, przyduszają one bohaterkę dzień po dniu, osłabiając ją ciężarem kolejnych zakazów i nakazów. Dorastająca w latach 70. Zofia dopiero jako ok. 40-letnia kobieta decyduje się zawalczyć o swoją tożsamość, dokonując drobnych gestów, jak np. wyboru i zakupu bez wstydu upatrzonego biustonosza.

Dla bohaterki wydanego niedawno Kąkola Zośki Papużanki wieś odradza się cyklicznie – istnieje jedynie latem, gdy przyjeżdża tam wraz z rodzicami i rodzeństwem. „Dużo domów koło siebie to jest wieś. Między domami są pola, łąki, maliny pani Słowikowej, czereśniowy sad pana Mietka. (…) Wieś jest tylko w lipcu i sierpniu, resztę roku mieszkamy w mieście i wsi na pewno wtedy nie ma. Nikt jej nie widział” – opowiada. Mimo że małej dziewczynce wydaje się, iż wiejska kraina dominuje w jej przestrzeni życiowej jedynie epizodycznie, po latach uświadamia sobie, jak mocne i dotkliwe było to doświadczenie, jak bardzo wpłynęło na to, że ciągle potrzebuje tych powrotów – także po to, by tworzyć, nadal odkrywać nowe sensy i znaczenia.

Niewidzialne kobiety
Dla procesu dorastania niezwykle istotne są pewne relacje, np. córki i ojca (Po trochu Gogoli), ojca i syna (Skoruń Płazy), wnuka i dziadka (Podkrzywdzie Andrzeja Muszyńskiego), wreszcie córki i  matki (Alicyjka Liliany Hermetz czy Krótka wymiana ognia Zyty Rudzkiej). W relacjach tych dominują emocje, często gwałtowne, zmuszające do radykalnych działań. Najgorętsze zdają się więzi między matkami i córkami, gdzie pełno jest wyrzutów i wzajemnych oskarżeń. Hermetz w Alicyjce stwarza dramatyczną przestrzeń, w  której dwie bohaterki – matka i córka – odgrywając kolejne sceny, mogą skonfrontować się ze sobą i z trudną przeszłością. Matka z Krótkiej wymiany ognia oskarża swoją córkę Romę o zdradę wsi Mokrej i związanych z nią wartości: „Miasta się zachciało. Wierszyków się zachciało. Jej się cudzych chłopów zachciało, a swego miała. Nieudanego, prawda, ale swego”. Nieustannie obawiająca się przybycia Ruskich kobieta swoją lękowość projektuje także na córkę, bojąc się, że zdrada swojskości przyniesie jej zgubę.

Ciekawe jest to, jak w cieniu męskich relacji pojawiają się kobiety – pozornie nieistotne, odsunięte na margines, a  tak naprawdę reprezentujące ukryty, oddziałujący nieświadomie na przestrzeń innych relacji matriarchat. Tak właśnie dzieje się zarówno w Skoruniu, jak i w Podkrzywdziu. W kluczowym momencie dochodzi do konfrontacji dorastającego chłopca z matką / babką i odsłonięcia ukrytego oblicza patriarchalnego porządku. Skoruń podczas pracy z matką w śliwkowym sadzie, wściekły na nieobecnego ojca, zaczyna krzyczeć: „Gdzie go masz, czemu tak ci odpłaca za twoją cierpliwość, za gar kapusty, za pranie nie wiedzieć kiedy rozwieszone na sznurku, za okłady obolałego krzyża, za to, że choć pełno cię dookoła, jesteś niewidzialna?”. Natomiast w Podkrzywdziu wnuk po latach wyznaje babce, że ma wrażenie, iż choć stała zawsze z boku, tylko ona miała nad wszystkim kontrolę. Ta natomiast tłumaczy mu: „Oczekujesz zwierzeń z mojej strony? Stałam między dziadkiem a Stójkowym. To niewygodna pozycja: stać w rozkroku na miedzy, ale można się przyzwyczaić, a zdecydowanie więcej wtedy widać”. W tych fragmentach objawia się siła kobiet, które mają tajemną misję i choć nie widać ich na pierwszym planie, to one działają i sterują biegiem wydarzeń. Gdy o nich czytam, widzę moją babcię.

Warte wspomnienia jest też napięcie pojawiające się w Sońce Ignacego Karpowicza. Warszawski reżyser Igor inspiruje się historią starej, mówiącej po białorusku Soni z podlaskiej wsi, która podczas wojny zakochała się w Niemcu Joachimie, i tworzy na podstawie jej opowieści sztukę teatralną. Czy Igor, który dzięki Sońce odkrywa swoje korzenie jako Ignacego Gryki i pisze sztukę przez wiele tygodni nieschodzącą z desek teatru, jedynie wykorzystuje starszą kobietę, instrumentalnie traktując jej opowieść, czy też pozwala wiejskiej kobiecie odnaleźć drogę do wyrażenia siebie? Odpowiedź na to pytanie pozostaje w zawieszeniu, jednak podskórnie czuje się, że to Sońka jest najważniejszą bohaterką powieści.

Taniec śmierci
Prawie we wszystkich utworach o tematyce wiejskiej jak echo powraca temat śmierci – nie tylko jako wydarzenie, gdy mowa jest o umieraniu innych osób, ale także na poziomie meta, gdy pisze się o umieraniu kultury chłopskiej. Ludzka rzecz Pawła Potoroczyna to traktat osnuty wokół śmierci partyzanta i wagabundy Jasia zwanego Smyczkiem pod koniec II wojny światowej, najprawdopodobniej w 1944 r. Kres życia głównego bohatera jest wydarzeniem ożywczym, generującym opowieść na trzech płaszczyznach czasowych: o życiu Smyczka i mieszkańca Piórkowa oraz okolic, pogrzebie, a także o tym, co wydarzyło się później, aż do 1948 r. Zaraz na wstępie narrator zaznacza zresztą: „Pogrzeby w Piórkowie miały więcej życia niż wesela, kinematograf i elektryczność. Z tą różnicą, że wesela były dla proszonych gości, kino daleko i za biletami, a prądu nie było wcale. Na pogrzeby wraz szedł, kto żyw”. Śmierć powraca również na końcu utworu, w pośmiertnym kazaniu wygłaszanym nad grobem Smyczka.

Opowieścią o godzeniu się z umieraniem i przygotowaniu na jedną z ważniejszych jej odsłon, czyli odejście ojca, jest Po trochu Gogoli. Dorastająca w latach 90. bohaterka opowiada historię w 12 rozdziałach nazywanych godzinami. Pożar w gieesie, zabijanie zwierząt gospodarskich, śmierć babci Klimci i wujka Franka, odejście mamy koleżanki, zetknięcie łasną chorobą… – to tylko niektóre oblicza śmierci, ostatecznie prowadzące do najważniejszej konfrontacji: pożegnania taty. Dziewczyna mówi o tym tak: „Porusza się czy nie? Podchodzę bliżej. Łyse czoło, cienka skóra naciągnięta na czaszkę. Dobrze znam to czoło. Całuję je. I wtedy czuję, że ojciec jest wydmuszką. Że w środku już nic nie ma. Wyparował. Mogłabym go zgnieść w palcach. Nic już nie ma. Została skorupka, jak skóra, którą zostawia zaskroniec”. Odchodzi ojciec i kończy się pewna epoka. Podobnie się stało, gdy umarł mój dziadek.

O śmierci ciekawie opowiada także Jakub Małecki, którego trzy powieści: Dygot, Ślady oraz Rdza, składają się na nieoficjalną trylogię o pięknie i okrucieństwach polskiej prowincji. Najdobitniej wątek kresu życia pojawia się w Śladach, gdzie każde z opowiadań tworzących ostatecznie spójną całość jest historią o śmierci: przypadkowej, prozaicznej, okrutnej, bezkompromisowej, czasem po prostu głupiej, jak dziadka Ludwika, który pokonał raka prostaty, ale zmarł, bo pewnego dnia uderzył głową o lampę. W końcowym fragmencie powieści czytamy: „Świat skończył się dla zmarłej Bogny i skończył się dla Drzypapy, który jeszcze żyje. Skończył się dla Irka, który przestał być Irkiem, i dla Agaty, która codziennie nosi inne imię. (…) Świat kończy się, a potem pędzi dalej”.

Na miedzy Kronikarzem kultury śmierci, czyli umierającej kultury chłopskiej, jest jeden z bohaterów zbioru opowiadań Miedza Muszyńskiego. „Mieszkam we wsi w szarym, betonowym bloku. Od paru lat żyję na miedzy. Lubię przycupnąć i patrzeć, jak uważnie umiera świat. Potem wstaję i wracam nią wśród ugorów do domu. I tylko but mi się ślizga, raz w lewo, raz w prawo. Raz »ino«, raz »jedynie«, raz kwanty, raz gęsi. Pół litra czystej i Biblia Tysiąclecia. Czarny moleskin za pół stówy, a  w  nim spis zasianego”  – opowiada. Bycie na tytułowej „miedzy” oznacza więc zatarcie realnych granic, a  wskazanie na ciągle bardzo mocno strzeżony potencjał symboliczny wsi. Aby go zrozumieć i odzyskać, konieczne jest przyjęcie pozycji uważnego słuchacza, którego nie zrażają kolejne wskazania czy rytualne upomnienie, a nawet narzekania, typu: „Jezusie Galilejski, ty naprawdę nie umiesz palić w piecu, naucz się, dobrze Ci radzę”.

Narrator Miedzy nie rości sobie prawa do opowieści, oddaje głos bohaterom: mieszkańcom wsi, wśród których najważniejszą rolę odgrywa dziadek – strażnik dawnego porządku. Nie ma u niego gościnności pojawiającej się u Myśliwskiego w charakterystycznym zwrocie z Traktatu o łuskaniu fasoli: „Proszę, niech Pan siada”. Otwierające inicjalne opowiadanie zdanie brzmi: „Won. Czegoś tu chciał? Kto cię tu prosił? I na co?”. Odzyskanie utraconej rzeczywistości okazuje się niemożliwe, ale potencjał symboliczny i działanie słowa, pamięci oraz wyobraźni pozwalają jej powracać w przebłyskach: opowieściach i rytuałach. Ważny jest nie tylko tytuł wskazujący na próbę balansowania między miastem a dawną wsią, ale i pojawiająca się w jednym z opowiadań ławka. Muszyński pisze: „(…) bo kożden musi mieć w życiu swojo ławke i kożden jej musi pilnować. Kożden musi swoje w życiu przesiedzieć. Kożden musi umieć i mieć gdzie czekać”. Ławka staje się tu symbolem poczucia zakorzenienia, odzyskania choć na chwilę utraconego środka. Jest jednym z elementów – obok miedzy czy figury dziadka – budujących mit wsi. Dla mnie takim prywatnym środkiem jest tajemniczy staw dzielący pierwsze miejsce zamieszkania, czyli tzw. dom nauczyciela, od domu, który wybudowali moi rodzice. Dziś jest to miejsce, do którego wracam, by odzyskać utracony spokój i na nowo złapać równowagę.

Tak jak u Muszyńskiego centrum świata jest wieś na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, tak w Robinsonie w Bolechowowie Płazy staje się nim tytułowy Bolechów. Dorastający narrator, znany i ceniony malarz Robert, wnuk pracownika ogrodów, który przez przypadek odziedziczył spadek po swym panu i tym samym awansował społecznie, tak opowiada o swoich powrotach w rodzinne strony: „Przyjeżdżałem do Bolechowa na każde wakacje. (…) Otrząsałem się ze skwarnej czerni miasta, zmywałem z siebie cudzy wzrok, szybką wódkę, miałkie słowa, dotyk przypadkowych rąk. Kładłem się na trawie, patrzyłem w niebo, mościłem w sobie miejsce na gałązki jeżyn, kępy trawy obrastające omszały pniak w wąwozie, pylny grys alejek (…). Spowalniałem oddech, aż dostroił się do tchnienia parku, i dziwiłem się, że taka powolność jest możliwa”. W  powieści Płazy mit wsi budowany jest na podstawie cyklu przyrody, dostrojenia się do jej rytmu i zachodzących w niej zmian. Do tego rytmu potrafią się nawet dostosować społeczno-polityczne zmiany: „Przez te długie miesiące, najpierw upalne lato strajków, potem jesień, gdy zmieniał się rząd, zimę, gdy w  telewizji mówili o  Okrągłym Stole, i  wiosnę, gdy sklep, przystanek, słupy pegeerowską, stołówkę, a nawet, ku złości Stefana, zdobny parkowy płot oblepiono plakatami wyborczymi”. U Płazy dobrze widać, jak wraz ze zmianą pozycji społecznej może zmieniać się ustawienie wobec mitu. Dziadek Stefan, „z tych, co służyli”, całym sobą jest w środku świata mitu, jego córka Łucja stoi pomiędzy dwoma światami, „a Robuś z tych, którym służą inni”, może się od niego dystansować, na co pozwalają mu liczne wyjazdy związane ze studiami i późniejszą pracą. Dopiero prawdziwe odkrycie swojego pochodzenia, zrozumienie, że jest synem chłopa, kamieniarza Franciszka, uświadamia mu, że tkwi w tym świecie znacznie głębiej, niż się spodziewał.

To przełamanie wieloletniego milczenia jest pierwszym krokiem do odzyskania własnej tożsamości. To krok, który potrzebny jest także wielu z nas, żyjących z niepełną wersją swojej biografii.

Siła współpracy
Wieś to jednak nie tylko przestrzeń mityczna, ale też realna, dotknięta przez zachodzące zmiany społeczno-polityczne. O tych zmianach czasem dowiadujemy się jedynie z fragmentów, gdy np. w Po trochu mowa jest o tym, jak po upadku komunizmu rodzice bohaterki dostają „fuszkę życia”, która ma polegać na odlewaniu gipsowych piersi i penisów do klubów w Niemczech, gdy w Gugułach Grzegorzewska pisze o zbieraniu przez Wiolkę peerelowskich etykietek, a w Dygocie Jakub Małecki o powstaniu Zjednoczonej Partii Robotniczej i zniesieniu kartek na artykuły pierwszej potrzeby czy o tym, że Hermaszewski poleciał w kosmos, a Karol Wojtyła został papieżem. Przykłady można by mnożyć. Czasem jednak uwarunkowania społeczne bohaterów wychodzą na pierwszy plan. Tak właśnie dzieje się w powieści Fajrant Muszyńskiego opowiadającej o losach trojga przyjaciół, którzy tuż po wejściu Polski do Unii Europejskiej wyjechali do Anglii i po sześciu latach wracają do Miasteczka położonego na południu Polski, by w kraju zainwestować zarobione pieniądze. Myślą o założeniu agencji poszukującej młodych, utalentowanych piłkarzy, sprowadzają z Czech zdrowotne skarpetki z  nanosrebrem i  dystrybuują je w  Polsce, nawiązują współpracę z Chinami, by sprzedawać zabawki, zatrudniają się w pracy na budowie u pana Wiesia.

W  tym wszystkim towarzyszy im chłopski etos pracy, którego cechy wymienia Andrzej Mencwel w Toaście na progu: swobodny kierunek, twórcza inicjacja, odpowiedzialne wykonanie i współpraca. Ta ostatnia najlepiej widoczna jest w zakończeniu powieści, gdy Monika, nowa dziewczyna bohatera, aktywistka i działaczka społeczna, na nowo budzi miasteczko do życia, zakładając manufakturę bombek choinkowych działającą zgodnie z zasadami przedwojennej spółdzielczości, dającej gwarancję sprawiedliwego podziału zysków.

To, jak zmieniała się polska wieś od czasów PRL-u, w migawkowy sposób pokazują notatki z  podróży Piotra Mareckiego zebrane w Polsce przydrożnej. Autor odwiedza wsie, wioski i przysiółki, zwraca uwagę, jak żyją ich mieszkańcy i  co w  ich życiu zmieniła transformacja ustrojowa. Właściciel baru Pod Dębami w Płotach w województwie zachodniopomorskim opowiada mu: „Pierwsze trzy lata żeśmy tu sprzedawali, wszystko się kręciło fajnie. A później rozwiązali PGR-y i wszystko padło. Już ludzie nie przychodzili. Opłat było dużo. Za grunt, za nieruchomość, przecież to jest ruchomość, to nie ma fundamentów”. Marecki nie komentuje, pozwala mówić swoim bohaterom i wyrusza dalej, by zbierać kolejne migawki z Polski prowincjonalnej.

Chłopska historia
Gdy jesienią 2021 r. Radek Rak odbierał Nagrodę Literacką Nike, Paweł Próchniak w laudacji mówił o gatunku klechdy, akcie snucia opowieści, panowaniu nad polszczyzną oraz o  potrzebie mitu. Nie wspomniał jednak o jeszcze jednym aspekcie, który czyni Baśń o wężowym sercu… książką wyjątkową. Powieść Raka jest tak ważna, ponieważ autor ukazuje w niej alternatywną wersję historii: pokazuje rabację galicyjską z chłopskiej perspektywy Jakuba Szeli, którego poznajemy najpierw jako chłopaczka wyrzuconego z domu, szabesgoja bez większej charyzmy, a następnie – po magicznej przemianie – jako lidera chłopów. Rak znakomicie ukazuje skomplikowane relacje między chamami i panami. O chłopskim poczuciu niższości pisze tak: „Cham przez całe życie musi udawać, że jak go chłoszczą, to wcale nie jest żadna chłosta, jeno głaskanie”. Opowiadanie tak rozumianej historii domaga się kolejnych odsłon. Biorąc pod uwagę fakt, że w II Rzeczypospolitej ludność rolnicza i wiejska stanowiła 70% społeczeństwa, można łatwo wysnuć wniosek, że znaczna część z nas ma w jakiejś mierze chłopskie korzenie. To więc – bardzo prawdopodobne – także nasza historia, nasze poszukiwanie głosu, który pomoże nam lepiej zrozumieć to, kim jesteśmy teraz. Co ciekawe, już 10 lat temu na deskach Teatru Dramatycznego dokładnie o tym opowiadali Monika Strzępka i Paweł Demirski w spektaklu W imię Jakuba S.

Ostatnia dekada wytworzyła żyzny grunt pod narracje o chłopskości i wiejskości. Mencwel w Toaście na progu pisał, że wartości kultury chłopskiej musimy dopiero „wydobyć, uświadomić i upowszechnić”. To wielkie zadanie, domagające się dogłębnego spojrzenia, a nie ulegania chwilowej modzie, która problem jedynie spłaszcza i czyni popularnym. Wydobycie na pierwszy plan kwestii takich jak wzajemna pomoc, współpraca czy spółdzielczość może pomóc stworzyć bardziej zniuansowany obraz polskiej wsi niż ten oparty na powielanych opiniach, np. o braku zaufania do państwa, przyzwoleniu na łamanie prawa czy chaosie wizualnym. Historię chłopów trzeba opowiedzieć na nowo.

***

Pradziadek broniący zapory na Jeziorze Rożnowskim podczas II wojny światowej. Babcia, która razem z rodzeństwem uciekała przed niemieckimi wojskami. Dziadek wykonujący prace na roli zgodnie z rytmem wyznaczanym przez dni szczęścia i nieszczęścia. Zakup dawnych posiadłości dworskich za pieniądze z odszkodowania za przymusowe przesiedlenie. Staw wyciągający swe mroczne macki. Wirują mi w głowie te i inne historie. Czasem nie mają początków, czasem zakończenia, innym razem urywają się w połowie. Zbieram je wszystkie wytrwale, by wypowiadać siebie. Swoją chłopskość. Swoją wiejskość. Już nie uciekam do miasta, choć to ono jest teraz moim domem. Uciekam na wieś, by zaczerpnąć siły, jaka mimo wszystko płynie z mojego małego centrum świata.

Tytuł tekstu został zapożyczony z powieści Pawła Potoroczyna Ludzka rzecz

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka zachwytu