Subskrybuj
(fot. Thurston Hopkins / Picture Post / Hulton / Getty)
Kulturoznawczyni, publicystka, autorka książek 50 twarzy Tindera oraz Pieprzenie i wanilia, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej

Jaki kraj, takie pożycie

Samotność, brak czasu, złe warunki ekonomiczne czy internetowe aplikacje – to najczęściej wskazywane źródła recesji seksualnej. Zamiast szukać winnych, może warto się zastanowić nad pytaniem: jaka ilość seksu jest wartością właściwą i pożądaną?

W mediach coraz częściej pojawia się temat recesji seksualnej. Termin wzięty z makroekonomii pasuje jak ulał do nazwania tego zjawiska: zamiast spadku aktywności gospodarczej opisuje spadek aktywności seksualnej. Zaczęło się w 2018 r. od głośnego artykułu Kate Julian w „The Atlantic” pt. Why Are Young People Having So Little Sex? (Dlaczego młodzi ludzie tak rzadko uprawiają seks?), potem powstawały następne, nierzadko opatrzone niepokojącymi i clickbaitowymi nagłówkami teksty o tym, że kolejne pokolenia ludzi coraz rzadziej pozwalają sobie na intymność. Co ważne, recesję seksualną prawie zawsze ukazuje się jako zjawisko negatywne, a w artykułach punktuje winnych.

Sprawa jest jasna – nie uprawiasz seksu, nie masz na niego ochoty, wpisujesz się w negatywny trend, coś z tobą nie tak, być może jesteś chory lub zaburzony. Nie ma przy tym jasnych wytycznych, jaki seks trzeba uprawiać ani w jakiej ilości, żeby zaliczać się do normalnej, zdrowej części populacji. Każdy musi sam zrobić sobie łóżkowy rachunek sumienia. W codzienności przesyconej obrazami i tematyką seksu większości z nas sumienie będzie podpowiadało, że uprawiamy go za mało.

Owszem, recesja seksualna to fakt. Dane z amerykańskiej General Social Survey wskazują, że 23% Amerykanów między 18. a 29. rokiem życia nie uprawiało seksu w ciągu ostatniego roku, w dodatku ta liczba podwoiła się między 2008 a 2018 r.

Z kolei według brytyjskiej National Survey of Sexual Attitudes liczba kobiet, które deklarowały, że nie uprawiały seksu w ciągu ostatniego miesiąca, wzrosła z 23% w 2001 r. do 29% w 2012 r., a aktywność seksualna mężczyzn spadła między 2001 a 2012 z 74% do 71%. Dane z innych krajów rozwiniętych są zgodne z tymi trendami, w dodatku tendencja jest szczególnie widoczna w młodszych grupach wiekowych. Z badań seksualności Polaków prowadzonych pod kierownictwem prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że również w naszym kraju ilość osób aktywnych seksualnie spadła o dziesięć punktów procentowych między 1997 a 2017 r., a z ostatnich badań przeprowadzonych w 2020 r. dowiemy się np., że niezadowolenie z seksu wzrosło najbardziej w grupie osób w wieku 18–29 lat.

Dla państwa i decydentów recesja seksualna to problem systemowy. Wiadomo, że przekłada się na wskaźniki urodzeń, a rządzącym, w dobie kryzysu demograficznego i starzenia się społeczeństw, zależy na zwiększeniu liczby najmłodszych obywateli. W dodatku naukowcy są zgodni, że aktywność seksualna ma dobroczynny wpływ na nasze zdrowie i dobrostan psychiczny. Skoro obywatel, który uprawia seks, jest zdrowszy, to jest dla państwa mniej kosztowny – ochrona zdrowia czy ZUS sporo na nim oszczędzą. Oszczędzą także pracodawcy, w końcu niezadowolony z życia, chorujący pracownik jest mniej wydajny i częściej idzie na zwolnienia. Seks to przecież samo zdrowie: regularnie uprawiany, zmniejsza ryzyko chorób układu krążenia, depresji czy raka prostaty, poprawia odporność, działa korzystnie na nasze samopoczucie, obniża poziom stresu, poprawia jakość snu.

Po lekturze artykułów i doniesień na temat recesji seksualnej, czytelnika trafia jasny przekaz – to plaga trawiąca społeczeństwa krajów rozwiniętych. Jednak recesja seksualna (w przeciwieństwie do gospodarczej) nie jest zjawiskiem jednoznacznie złym. To złożony trend, na który składają się zarówno negatywne, jak i pozytywne zjawiska: z jednej strony choroby cywilizacyjne i problemy społeczne, z drugiej – zmiany obyczajowe. Zmiany, które – jak to zwykle bywa – nie wszystkim się podobają.

Równouprawnienie dla seksu

Najważniejsza z nich wynika bezpośrednio z równouprawnienia i upodmiotowienia kobiet, które coraz częściej ośmielają się odmawiać niechcianego seksu, łącznie z odmawianiem spełniania tzw. obowiązku małżeńskiego. Jest lepiej, ale problem nie zniknął, a zmiany przebiegają powoli: prawodawstwo większości krajów zachodnich dopiero w latach 90. zrównało gwałt małżeński z gwałtem przez osobę postronną, a tradycyjne wspólnoty nadal definiują odmawianie seksu przez małżonka jako grzech.

Jak wygląda sytuacja w Polsce? Z badań prof. Izdebskiego wynika, że w 2017 r. 28% kobiet i 15% mężczyzn przyznawało, że współżyło, mimo iż nie miało na to ochoty. Zmuszanie się do seksu z powodu nakazów religijnych lub presji psychologicznej ze strony partnera jest poważnym problemem. Jeśli w takich sytuacjach Polki coraz chętniej zdobywają się na odwagę i odmawiają współżycia, to rzadsze uprawianie seksu wpisuje się w pozytywną zmianę obyczajową.

Nie dotyczy ona wyłącznie kobiet. Mężczyźni też skorzystali, chociażby na kwestionowaniu tradycyjnego modelu macho. Coraz rzadziej oczekuje się, że będą mrukliwymi twardzielami, a w kontekście seksualnym, że będą zawsze chętni i gotowi do działania. Kiedyś partnerzy odmawiający współżycia byli bohaterami dziaderskich żartów. Dzisiaj bardziej egalitarna i otwarta kultura pomaga im się przełamać i wyrazić brak ochoty na łóżkowe igraszki lub przyznać do słabości, która je uniemożliwia.

Kolejny problem w badaniach nad recesją seksualną to pomijanie istnienia osób mających po prostu niskie potrzeby seksualne, preferujących inne formy intymności.

Wspomniana narracja wyklucza też osoby aseksualne, czyli takie, które nie odczuwają pociągu seksualnego. Kiedyś uznano by je za zaburzone, dzisiaj przyjmuje się, że aseksualność to po prostu jedna z orientacji seksualnych, a liczbę osób deklarujących się jako aseksualne źródła Wikipedii szacują nawet na ponad 5% populacji. Jeśli jest ich na tyle dużo, że mogłyby mieć własną reprezentację w Sejmie, to nie można patrzeć na nie jako na błąd statystyczny i przykładać tej samej seksualnej miary co do pozostałych ludzi.

Podobnie jest w przypadku osób z niższymi potrzebami. Skoro niektórzy mogliby uprawiać seks kilka razy dziennie, to chyba nie powinniśmy mieć pretensji o zaniżanie statystyk do tych, którym wystarczy raz w miesiącu? Temperament seksualny nie jest wartością zerojedynkową, a niskie potrzeby nie muszą być objawem zaburzeń, tak jak zaburzeniem nie są wysokie libido i częsta ochota na seks.

We wspomnianych wcześniej polskich badaniach ponad połowa Polaków i 70% Polek deklaruje, że przytulanie, dotyk i bliskość mogą być ważniejsze od seksu. Bądźmy ostrożni w ocenianiu osób, które zamiast pójścia do łóżka wolą się poprzytulać na kanapie. Przyczyniają się do recesji seksualnej? Trudno. Bardziej otwarte podejście do seksu ma pozwalać nie tylko na urozmaicenie zachowań intymnych o seks analny czy oralny, ale też na uznanie, że intymność nie musi być jednoznaczna ze stosunkiem.

###banner###

Na recesję seksualną wpływa także opóźnienie wieku, w jakim wchodzimy w związki, co nierzadko postrzega się jako przejaw kryzysu wartości takich jak małżeństwo i rodzina, nie zaś pozytywnej zmiany obyczajowej. Zrównanie kobiet i mężczyzn na rynku pracy i edukacji, większa dostępność i skuteczność antykoncepcji, rosnąca świadomość, że pierwszy partner lub partnerka nie zawsze musi być tym jedynym, i – last but not least – obniżenie presji społecznej względem młodych osób, które coraz mniej przejmują się wyrażanymi częściej przez dziadków niż rodziców postulatami jak najszybszego małżeństwa i założenia rodziny – to wszystko wpływa na późniejsze wchodzenie w relacje, co obrazuje porównanie danych GUS z 2010 i 2019 r. Ukazują one wyraźne spadki zainteresowania zawieraniem małżeństw wśród dwudziestolatków. Badania z Polski i ze świata są zgodne, że osoby będące w małżeństwie i stałej relacji uprawiają zdecydowanie więcej seksu niż single. Młodzi, zanim się ustatkują, wolą zająć się karierą, studiują, chcą zaznać życia i mieć poczucie, że wybrali właściwą osobę do założenia rodziny. Nie wchodząc za wcześnie w związki małżeńskie, faktycznie zaniżają statystyki i przyczyniają się do recesji seksualnej. I dobrze.

Recesja po polsku

Słabością tekstów o recesji seksualnej jest fakt, że ich autorzy używają do opisu zjawiska danych statystycznych z krajów o kontekstach społecznych i kulturowych tak odmiennych jak Polska, Stany Zjednoczone, Szwecja i Japonia. Kate Julian poświęciła tej ostatniej sporo miejsca, tymczasem trudno o wskazanie kraju, który kulturowo, ekonomicznie, społecznie i obyczajowo bardziej różniłby się od reszty krajów rozwiniętych.
Zrównywanie danych i kontekstów z progresywnego państwa opiekuńczego – Szwecji, absolutnie wyjątkowej Japonii i specyficznych USA – wydaje się nadużyciem poznawczym. Owszem, trend może być światowy, jednak powody jego występowania mogą się diametralnie różnić w kolejnych państwach.

W badaniach zagranicznych oraz tych poświęconych seksualności Polaków wśród przeszkód w odbyciu stosunku na pierwszym miejscu wymieniano przepracowanie oraz idące z nim w parze zmęczenie i stres. Według danych OECD z 2019 r. tylko garstka krajów wyprzedza Polskę w statystykach czasu, jaki spędzamy w pracy. Im więcej pracujemy, tym bardziej jesteśmy zestresowani i zmęczeni – zależność jest oczywista.

Kogo winić? Przede wszystkim państwo, które nie chroni interesów pracowników. Kowalski i Kowalska pracują ponad swoje siły w gorszych warunkach niż ich zagraniczni koledzy, bo nie mają innego wyjścia, a ich sytuacja jest w dużej mierze efektem nieudolności polityków i co za tym idzie, słabości naszego państwa.

Czy są w takim razie czynniki niezależne od kraju, w którym żyjemy, umożliwiające porównanie różnych kontekstów recesji seksualnej? Na pewno należy wymienić postępującą rewolucję technologiczną – od wszechobecności smartfonów po nadużywanie mediów społecznościowych. Nie brakuje badań, które wskazują, że częste korzystanie z nich przyczynia się do wzrostu poziomu niepokoju, depresji i niższej samooceny. Na Facebooku czy Instagramie oglądamy często poprawione, starannie wyselekcjonowane zdjęcia innych. O ile kiedyś mogliśmy się porównywać tylko z kolegą z pracy i sąsiadem, o tyle teraz możemy się konfrontować z całym światem. Dla wielu będzie to bolesne doświadczenie, które przyczyni się do pogorszenia jakości życia, a to z kolei, razem z obniżonym poczuciem własnej wartości i wzrostem niezadowolenia ze swojego wyglądu, może zmniejszać ochotę na seks.

Przepis na seks? Pandemia

To, jak ogromny wpływ na życie intymne mają w Polsce złe warunki pracy, pokazuje wynik kolejnego badania prof. Izdebskiego, przeprowadzonego zaraz po wiosennym lockdownie. W pandemii wszystko wyhamowało. Sporo osób, chociażby pracownicy sektora usług, zostało w domu bez zajęcia. Jeszcze inni co prawda pracowali z domu, ale zaoszczędzili sporo czasu na dojazdach, a w dodatku praktycznie zniknęły formy spędzania czasu poza domem. Efekt? Ludzie zaczęli na potęgę uprawiać seks. W 2017 r. tylko 4% Polaków deklarowało, że uprawia seks codziennie lub prawie codziennie, zaś w okresie od marca do maja 2020 r. do tak częstego uprawiania seksu przyznało się aż 21% Polaków.

Biorąc pod uwagę, że życie towarzyskie singli zamarło w trakcie lockdownu, te wskaźniki robią jeszcze większe wrażenie: pracowały na nie osoby w związkach, mieszkające z partnerem. Można by zatem sądzić, że gdyby Polacy mieli więcej czasu, chętniej chodziliby do łóżka.

Z tych badań wypływa jeszcze jeden wniosek: więcej seksu nie zapobiegło spadkowi zadowolenia z życia i jakości relacji intymnych oraz problemom zdrowotnym i psychicznym. Najwyraźniej nie można powiązać tych wyników ze strachem przed wirusem COVID-19, niwelowaniem go, skoro badania wskazują, że populacją, która zdecydowanie najlepiej znosiła sytuację i zgłaszała najmniej kryzysów, byli emeryci i renciści. Znowu pojawia się zbyt często pomijany w dyskursie kontekst ekonomiczny: emeryci i renciści mają relatywnie największą stabilność życiową, niezależnie od skali kryzysu mogli liczyć na świadczenia, a zatem mniej się bali. Pandemia dała się bardziej we znaki młodszym, którzy przejmowali się swoją niestabilną sytuacją zawodową, i nawet większe dawki seksu nie poprawiły ich samopoczucia.

Nie taka szkodliwa pornografia

W kontekście recesji seksualnej naczelnym chłopcem do bicia jest używana na ogromną skalę pornografia. Na pewno w tezie o jej szkodliwości jest sporo prawdy, niemniej sprawa dotyczy nie tylko singli, ale również osób pozostających w stałych związkach. Jeśli ktoś wybiera porno zamiast stosunku z partnerem, to kieruje się innymi racjami niż samotność. Przede wszystkim brakiem czasu i zmęczeniem. Zatem problem nie leży, być może, w samych treściach, tylko w tym, jak wygląda życie w turbokapitalizmie. Faktycznie, obejrzenie krótkiego filmu i masturbacja są mniej wymagające niż trwający średnio 14 minut stosunek, poprzedzony kilkunastominutową grą wstępną. Pozostaje pytanie, czy lepsze jest rozładowanie napięcia przy pornografii niż byle jaki seks lub wstrzymanie się od jakiejkolwiek aktywności. Dodatkowo przy krytykowaniu pornografii pomija się fakt, że dla singli to przecież sposób na namiastkę seksu. To, że oglądają porno, może mieć związek z tym, że nie mają partnerek ani partnerów, ale nie musi.

Pornografii zarzuca się, całkiem słusznie, kreowanie szkodliwego wizerunku seksu. Zwłaszcza młodzi użytkownicy przenoszą do realu zachowania z sieci, często nieświadomi, że prawdziwy stosunek nie wygląda jak ten oglądany na ekranie komputera, zaś oczekiwania dotyczące wyglądu jak u aktorów porno są zdecydowanie na wyrost. Pytanie, czy ten problem nie wynika bardziej z faktu, że młodzi nie mają skąd czerpać wiedzy na tematy związane z seksem. W Polsce przecież nie tylko brakuje edukacji seksualnej, ale pojawiają się pomysły, by za uczenie młodzieży o seksie groził paragraf. Projekt ustawy nowelizacji kodeksu karnego pod tym kątem złożyła w 2019 r. Fundacja Stop Pedofilii.

Kontekst uzależnienia od porno też bywa spłycany i rzadko ukazywany jako część większego problemu – wspomnianego już wyżej uzależnienia od smartfonów, aplikacji i mediów społecznościowych, łapania dystansu do chaotycznego świata zewnętrznego i stresującej rzeczywistości. Sporo rozwiązałaby poprawa dobrostanu psychicznego osób uciekających w wirtualny świat. W Polsce dostęp do wsparcia psychologicznego i psychiatrycznego jest więcej niż ograniczony, w praktyce na kosztowne wizyty stać tylko niektórych. Coraz bardziej dotkliwym problemem staje się zatem samotność.

Status związku: to skomplikowane

Czym innym jest samotność wśród ludzi, która wiąże się raczej z obniżonym nastrojem albo życiowymi problemami, a czymś innym singielstwo. Drugie zjawisko to wypadkowa wielu wspomnianych wcześniej czynników, a także zmniejszenia ilości bezpośrednich kontaktów z ludźmi i zastąpienia ich kontaktami online. Znalezienie partnera lub partnerki jest natomiast coraz trudniejsze.

Po pierwsze, rynek matrymonialny jest coraz bardziej skomplikowany – kobiety są statystycznie lepiej wykształcone i bardziej samodzielne od mężczyzn, opuszczają dom rodzinny średnio dwa lata wcześniej niż ich koledzy. Obie płcie rozmijają się w oczekiwaniach – one szukają równych sobie partnerów, oni partnerki, która zajmie się domem i poświęci karierę dla rodziny. W badaniach profesora Izdebskiego 75% kobiet deklarowało, że są zwolenniczkami partnerskiego, czyli opartego na współpracy, modelu relacji. Taki pogląd podzielało znacznie mniej, bo tylko 45%, mężczyzn.

Jakby tego było mało, panie mają bardziej progresywny światopogląd, nie chcą się wiązać z mężczyznami, którzy skręcają mocno na prawo. Ich poglądy przekładają się nie tylko na wizję związku i roli kobiety, którą zwolennicy prawicy widzieliby najchętniej w domu, z dziećmi, ale nawet na życie seksualne. Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta, tłumaczy, że jego pacjenci o prawicowych poglądach preferują tradycjonalistyczny seks w pozycji misjonarskiej, mają wtedy poczucie dominowania nad partnerką. W sytuacji, kiedy w seksie lub w życiu dominuje kobieta, tracą grunt pod nogami, reagują złością, frustracją i lękiem. Łatwo sobie wyobrazić, że taka pogłębiająca się polaryzacja obu płci prowadzi raczej do powiększenia armii singli.

Po drugie, istotnym problemem jest – ponownie – brak czasu. Zapracowani single nie mają zbyt wielu okazji do poznania nowych osób, socjalizowanie się ograniczają do grona znajomych, których przecież i tak rzadko widują. Pozostaje im szukanie pary w sieci. Publicyści, z Kate Julian na czele, chętnie obwiniają Tindera i inne aplikacje randkowe o wszelkie możliwe plagi i utrudnianie singlom życia. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.

Kiedy wybuchła pandemia, na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że ludzie przestaną randkować przez internet. Obawiano się zarażenia wirusem, a perspektywy spotkania w realu były więcej niż odległe. Jednak najważniejszą funkcją, jaką oferują aplikacje randkowe, nie jest umawianie się na seks i randki, ale poznawanie (nawet online) nowych osób i nawiązywanie kontaktów. W trakcie lockdownu dla singli jedyną szansą na stymulację towarzyską czy flirt stały się znajomości z sieci. Szybko zauważono, że rośnie liczba instalowanych apek i ilość spędzanego w nich czasu. 29 marca 2020 r. padł historyczny rekord największej w historii aktywności użytkowników na Tinderze.

Godne, bo płodne. Seks małżeński w doktrynie Kościoła katolickiego

Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że w trakcie pierwszych miesięcy pandemii z randek w sieci korzystało aż 40% Polaków. Jedni szukali partnerów i partnerek, inni przeglądali pary i konwersowali dla zabicia czasu. W końcu rozmowa z kimś obcym jest ciekawsza niż siedzenie przed telewizorem i obserwowanie rosnących słupków zachorowań, prawda?

W 2018 r. było głośno o badaniach socjologów z Uniwersytetu Stanforda mówiących, że po raz pierwszy w historii liczba par, które poznały się online, przewyższyła liczbę tych skojarzonych w tradycyjny sposób – najczęściej przez znajomych lub rodzinę. Liczba bezpośrednich znajomości od dawna malała, zaś liczba par, które poznały się przez sieć, od dawna rosła. Można tylko spekulować, że pandemia jeszcze bardziej spopularyzowała i oswoiła szukanie znajomości w sieci i nawet kiedy zupełnie minie, ludzie nie zmienią swoich przyzwyczajeń. W tekście o recesji seksualnej Kate Julian przytacza doświadczenia osób rozczarowanych Tinderem, na którym nie znaleźli pary. Opinia kilku użytkowników ma się nijak do tego, że poznawanie ludzi online, nawet jeśli nie idealne, jest wyraźnie najskuteczniejszym sposobem na poznanie partnera lub partnerki. W dodatku badacze z uniwersytetu w Chicago wskazują, że pary, które poznały się online, odnotowują większą satysfakcję z małżeństwa i rzadziej się rozwodzą, a z badań naukowców z Uniwersytetu Genewskiego wynika, że takie pary są bardziej skore do zamieszkania razem i założenia rodziny niż pary tradycyjne.

Lekarstwo na samotność

Aplikacje i portale randkowe stają się więc najbardziej popularnym lekarstwem na samotność i brak drugiej połowy. Piszący o recesji seksualnej często je demonizują, oskarżając o psucie randkowych zwyczajów i wykluczanie osób niemieszczących się w klasycznym kanonie piękna.

Pierwszy zarzut wydaje się mało sensowny, popularne Tinder czy Badoo raczej odpowiadają na zmieniające się potrzeby towarzysko-romantyczne, które z kolei muszą się dopasować do życia w pośpiechu i przenoszenia życia z realu do sieci.

###banner###

Jeśli chodzi o argument o wykluczeniu osób mniej atrakcyjnych, to aplikacje nie są tu w niczym gorsze. Osoby spoza kanonu urody mają tak samo niższe szanse, że ktoś zainteresuje się nimi w realnym świecie. Co więcej, takie zaczepianie jest obarczone większym dyskomfortem obu stron. Zwłaszcza strona inicjująca boi się konfrontacji i odrzucenia, które przecież na żywo jest bardziej bolesne. W randkach online jest ono wpisane w samo funkcjonowanie aplikacji, użytkownicy są tego świadomi, przez co negatywny wybór potencjalnego partnera staje się łatwiejszy do zniesienia.

Trzeci zarzut, który media szczególnie chętnie przywołują, dotyczy samego celu używania aplikacji randkowych – użytkowników oskarża się o to, że szukają na nich niezobowiązującego seksu. Tymczasem to, że ludzie w końcu odważyli się wyrażać takie chęci i że ktoś nie ma ochoty na szukanie związku, nie jest niczym wątpliwym etycznie i nie powinno być łączone ze zjawiskiem recesji seksualnej. W dodatku sieć raczej umożliwia niż utrudnia wchodzenie w relacje, zaś użytkownicy deklarujący szukanie wyłącznie relacji seksualnej stanowią mniejszość. Taki wniosek wysnuli niezależnie od siebie badacze z kilku europejskich ośrodków naukowych, a badania na ten temat zostały opublikowane w wiodących czasopismach naukowych poświęconych wpływowi Tindera na wchodzenie w relacje (m.in. From Swiping to Casual Sex and/or Committed Relationships: Exploring the Experiences of Tinder Users opublikowany w „The Information Society” w 2018 r. czy Love me Tinder: Untangling Emerging Adults’ Motivations for Using the Dating Application Tinder z „Telematics and Informatics” z 2017 r.).

Zjawiska związane z przypadkami recesji seksualnej chętnie się demonizuje i wskazuje winnych, nie podejmując refleksji nad powodami ich występowania, tłem społeczno-ekonomicznym czy różnicami między opisywanymi krajami. Spore nadużycie stanowi też założenie, że skoro recesja to zło, to pozytywnym zjawiskiem jest uprawianie jak najwięcej seksu.

To, ile go uprawiamy, jest wypadkową naszego poziomu stresu, dobrostanu psychicznego, tempa życia, stanu zdrowia, statusu ekonomicznego i stabilności życiowej. Te kwestie są natomiast nierozerwalnie związane z tym, jak funkcjonuje państwo – takie, w którym nie zapewnia się obywatelom bezpieczeństwa socjalnego i ekonomicznego ani dobrego dostępu do usług publicznych, zwyczajnie nie stwarza komfortowych warunków do prowadzenia zdrowego i satysfakcjonującego życia seksualnego. To nie Tinder czy porno są winne recesji seksualnej w Polsce. Winnych szukałabym raczej na Wiejskiej.

W tekście opierałam się przede wszystkim na badaniach seksualności Polaków z lat 1997–2020 przeprowadzanych przez prof. Zbigniewa Izdebskiego.

Artykuł pojawił się w numerze: Oswajanie samotności