Subskrybuj
(fot. Bartek Sabela / Agencja Gazeta)
Redaktor miesięcznika „Znak”, doktor filozofii. Współpracuje z magazynem „Kontakt”, pisze również w „Tygodniku Powszechnym” i w Mint Magazine

Jesień Kościoła w Polsce

Trudno w trakcie dynamicznie rozwijającego się przebiegu wydarzeń wyrokować o zakończeniu, jednak jesień 2021 r. jest z co najmniej kilku powodów krytycznym czasem dla Kościoła katolickiego w Polsce. Czy zakończy się katastrofą?

Raport komisji ds. Pawła M., dominikanina, który przez wiele lat dopuszczał się wykorzystywania seksualnego, psychicznego i licznych manipulacji wobec osób zaangażowanych w prowadzone przez niego duszpasterstwo i przewodnictwo duchowe, ukazał się 15 września. Powołana przez Zakon Braci Kaznodziejów komisja pod przewodnictwem Tomasza Terlikowskiego przygotowała obszerny i rzetelny dokument zbierający kilkadziesiąt świadectw wysłuchiwanych wcześniej pokrzywdzonych. Co najważniejsze, komisji udało się pokazać systemowe uwarunkowania, które pozwoliły oprawcy przez wiele lat niemal bezkarnie – lub z karami pozornymi i nieskutecznymi – działać w zakonie. Raport dominikanów to dokument w polskim Kościele bez precedensu, ale źle by się stało, gdyby sprowadzono go do historii jednego przypadku.

System, który toleruje oprawców i nie dowierza ofiarom, obejmuje nie tylko dominikanów. Niezależnie od raportu komisji Terlikowskiego już od kilku miesięcy zapadają wyroki kanoniczne w sprawach polskich biskupów. Gulbinowicz, Głódź, Janiak, Rakoczy, Tyrawa, Napierała, Regmunt i Gołębiewski – ci duchowni zostali już ukarani przez Stolicę Apostolską, a ja donoszą media, w Watykanie toczą się procesy kolejnych hierarchów. Kary nakładane przez Watykan są symboliczne i w oczach większości nie oddają żadnej sprawiedliwości pokrzywdzonym, zaś sami biskupi sobie z nich dworują (jak choćby Głódź, który respektując zakaz publicznego sprawowania liturgii w dawnej archidiecezji gdańskiej, koncelebruje beatyfikację kardynała Wyszyńskiego i Matki Róży Czackiej w Warszawie, a w międzyczasie zostaje sołtysem). Co do niektórych z wyżej wymienionych hierarchów, nie pojawiły się uzasadnienia nakładanych kar, niemniej osoby żywo śledzące doniesienia na temat wykorzystywania seksualnego w polskim Kościele, mogą bez trudu dopasować nazwiska do konkretnych zaniedbań. Dobrze, że wymierza się kary, ale ich niewspółmierność budzi rozczarowanie wiernych. Skala krytyki Kościoła w Polsce ciągle rośnie, co natrafia na niezmiennie zadziwiający brak odzewu ze strony hierarchów. Być może dopiero planowana wizyta w Watykanie, na którą wezwał ich papież Franciszek, uświadomi ich odnośnie do tego, co właściwie dzieje się nad Wisłą (Tekst do druku złożyłem jeszcze przed wizytą. Jak się okazuje – nie uświadomiła – przyp. aut.).

Jesień przyniosła również dwie książki, które z dekadę wcześniej jeszcze przed publikacją trafiłyby na półkę z literaturą skandaliczną i zbójecką. Dziś po demaskatorskich dokumentach braci Sekielskich, świadectwach osobistych w rodzaju Jezusa Niechrystusa Piotra Augustyniaka, czy teologicznych analizach, takich jak System kościelny, czyli przewagi pana K. Tomasza Polaka, Gomora Artura Nowaka i Stanisława Obirka oraz Don Stanislao Marcina Gutowskiego, nie robią już takiego wrażenia. Niemniej należy potraktować je jako pozycje porządkujące pewne znane wcześniej fakty. Ukazanie się kolejnych publikacji odsłaniających ciemne karty najnowszych dziejów polskiego Kościoła to również barometr stanu kryzysu.

Bardziej skandal niż krytyka

„Kościół woli czekać na fajerwerki, zamiast sam się oczyścić” – obserwują w Gomorze Nowak z Obirkiem i z zapałem podejmują się przeprowadzenia rachunku sumienia instytucji przez wyliczenie jej win. Powołując się na spory zasób źródeł zarówno w przeprowadzonych rozmowach, jak i dotychczas ujawnionych sprawach, przechodzą przez katalog grzechów Kościoła już dość dobrze znanych opinii publicznej. Mimo ambicji systemowej krytyki Kościoła, autorzy pozostają na gruncie dowodów anegdotycznych w rodzaju „nasz dobry znajomy twierdzi, że…” albo podawania pojedynczych przykładów patologii. Jest ich faktycznie sporo, jednak nie ukazują one powszechnych praw czy zasad, które mogłyby wyjaśniać ich specyfikę. Jeśli takie próby analizy się pojawiają, to narażają się na zarzut stereotypowych uproszczeń. Dobrym przykładem jest fragment o zawiści, charakteryzującej zdaniem autorów polskich księży. Nowak i Obirek dopatrują się jej źródeł w chłopskim pochodzeniu i „mentalności niewolnika”, będącej odpowiedzią na „szlachecki ucisk”.

„Nie oceniamy jej, lecz opisujemy” – twierdzą autorzy, lecz trudno powiedzieć, ile takie oceny mają wspólnego z rzeczywistą diagnozą, a ile z przywołaniem klasistowskiej kliszy.

Rozdziały są przeplatane „zasadami gomory”, które pozornie przypominają systematyzujące wnioski z poszczególnych partii, jednak to raczej deklaracje autorów niegrające roli systematycznego porządkowania treści. Kontekst historyczny będący jedną z ciekawszych stron książki, to dalsza porcja anegdot, które po lekturze zostawiają czytelnika bezradnym, bo bez narzędzi, by cokolwiek z podaną wiedzą zrobić, i oburzonym.

###banner###

Podstawową wadą książki jest jednak zatrzymywanie się w pół drogi. Podawane przez autorów przykłady niewiele wnoszą do tego, co już o Kościele wiemy. Jeśli pojawia się coś nowego, to zaledwie w formie zamarkowanych uwag, podsycających ciekawość, ale pełniących też funkcję „bezpieczników”. „Nie chcemy w tym grzebać” – komentują Nowak i Obirek, napomykając o licznych historiach na temat „dzieci, kochanek, partnerów i majątków biskupów”. Niewiele też z takich uwag wynika, powstaje za to wrażenie bariery, że autorzy wiedzą coś, czego czytelnik nie wie i z ich książki się nie dowie. Podane recepty na kryzys, którym poświęcona jest cała druga część Gomory pod tytułem Nadzieja, również nie są pomocne. „Trzeba oddać władzę i skierować swoje kroki w kierunku nie wielkich tego świata, zapewniających środki wpływania na innych i używania życia do woli, ale w kierunku ubogich” – rekomendują autorzy, pisząc o wykluczonych, lecz nie oddając im głosu choćby za pośrednictwem – również kościelnych – organizacji, w których ubodzy głos mają, takich jak Wspólnota Sant’Egidio, Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej czy Stowarzyszenie Betlejem. Pisząc o Kościele kobiet, właściwie nie odsyłają do żadnych kobiecych organizacji, takich jak Women’s Ordination Conference czy Fundacja Tekla, za to skupiają się na diagnozowaniu zdrowia psychicznego św. Faustyny. „Poza osobistym świadectwem Franciszka, nie sposób dostrzec w Kościele żadnych widocznych zmian” – dodają autorzy, wskazując na impas dotyczący pedofilii w Kościele. Takie zmiany jednak zachodzą. Nie mówię o wyrokach zapadających w sprawie kolejnych biskupów, bo to kary pozorne. Właściwe zmiany kształtuje Fundacja św. Józefa, Centrum Ochrony Dziecka i Zranieni w Kościele. To inicjatywy mniej lub bardziej okołokościelne czy wywodzące się ze środowisk katolickich i jeśli gdzieś dostrzegam dziś realną pomoc niesioną skrzywdzonym seksualnie, to właśnie w nich, a nie na publicystycznych łamach.

Nieco lepiej prezentuje się pod względem faktograficznej narracji Don Stanislao, choć z tą publikacją mam problem innego typu. Książka w niewielkim stopniu uzupełnia fakty ujawnione w reportażu telewizyjnym, który Gutowski przygotował w noszącym taki sam tytuł dokumencie dla stacji TVN. Jeśli jednak życzliwie założymy, że czytelnik książki wcześniej reportażu nie widział, to liczba zarzutów skierowanych w stronę kard. Dziwisza okaże się tak wielka, że skandalem jest brak ich jakiegokolwiek wyjaśnienia od kilku miesięcy. Ze względu na zogniskowanie uwagi na jednej postaci, Gutowski uzyskuje też przewagę nad książką Nowaka i Obirka. Książka ma jednego bohatera, na którym się koncentruje, unikając rozproszenia pomiędzy liczne wątki.

Gutowski zaznacza, że większość prezentowanych przez niego śladów to zaledwie poszlaki, ale niepokojąco ciasno wiążą one ze sobą różne kwestie dotyczące mroków pontyfikatu Jana Pawła II. Co istotne, większość spraw opisanych przez Gutowskiego podlega rozliczeniu właśnie teraz, kładąc się na polskiego papieża wielkim cieniem rzucanym przez postać jego niepozornego, zdawałoby się, sekretarza.

Pomimo różnych obiekcji w stosunku do obu wymienionych wyżej książek, potraktuję je jako ilustracje tego cienia. Uporządkuję je w cztery systemowe zagadnienia, które stanowią oś dzisiejszych problemów Kościoła katolickiego, zwłaszcza w Polsce. Są to: władza oparta na sekretach, pomnikowość Jana Pawła II, usprawiedliwianie czynów przez kartę antykomunizmu i fascynacja masowym duszpasterstwem.

System władzy Kościoła w Polsce

„Trudno być dobrym w systemie, który jest zły. Ten system tworzy potwory” – pisze Gutowski, a obraz kard. Dziwisza wypływający ze śledztwa dziennikarza jest doprawdy przerażający. Przedstawia sprawnego urzędnika, który z tylnego fotela zarządzał Kościołem przez co najmniej pięć ostatnich lat życia Jana Pawła II. Stał się człowiekiem tak mocnym, że gdy zakończył pracę u boku papieża, można go było tylko „zmarginalizować” krakowskim biskupstwem.
Papież wychodzi z krytyki obecnej w Don Stanislao cały, niemniej reportaż Gutowskiego znakomicie uzasadnia powtarzane w stosunku do Jana Pawła II zarzuty o tym, że „nie miał ręki do ludzi” – począwszy od swojego dworu po nominacje biskupie w Polsce.

Podejmując się systemowej krytyki przewin Kościoła katolickiego w Polsce, warto zacząć właśnie od tego problemu, a mianowicie od papieskich nominatów, za których, o czym przekonują zarówno Nowak i Obirek, jak i Gutowski, odpowiadali Dziwisz z nuncjuszem Józefem Kowalczykiem. To oni sformowali na lata trzon episkopatu, a zatem praktykę duszpasterską, teologiczną i administracyjną w polskim Kościele. Pośrednio zaś zbudowali system krycia przestępców seksualnych. Wymienieni na początku tekstu ukarani hierarchowie to w dużej mierze duchowni zyskujący wpływy czy nominowani na biskupów w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II. Niektórzy z nich, formują dwa powiązane personalnie układy: watykańskich przyjaciół Dziwisza i nuncjusza Kowalczyka (Rakoczy, Paetz, Wesołowski) oraz wrocławski wyznaczany przez postać kard. Gulbinowicza, jego biskupów pomocniczych i sekretarzy, którzy później otrzymywali swoje birety (Głódź, Janiak, Tyrawa). Obok tych zależności są i inne związane ze sobą przez sekcję polską w Sekretariacie Stanu, powołaną w trakcie pontyfikatu papieża Polaka. To w niej właśnie można szukać źródeł obecnych problemów Kościoła katolickiego nad Wisłą.

Grupa kolegów z rzymskich lat po pewnym czasie objęła władzę w ojczyźnie, wzajemnie się kryjąc i unikając odpowiedzialności za zarzucane im czyny.

Autorzy Gomory i Don Stanislao pokazują, że istnienie nieformalnych układów władzy w polskim episkopacie pokrywa się z watykańskimi standardami. Wszyscy przywołują anegdotę Tomasza Polaka (dawniej: Węcławskiego) o kard. Ratzingerze, do którego zgłosił się on przed laty, aby powstrzymać abp. Paetza dopuszczającego się molestowania kleryków. Ratzinger miał mu zasugerować przesłanie dwóch pism informujących o działaniach Paetza: jednego do niego, a drugiego do sekretarza stanu kard. Sodano. Ważne, by pisma były dwa. Wówczas każdy z hierarchów wiedział, że ten drugi też pismo dostał, a zatem wzajemnie mają na siebie haka i nie mogą sprawy zatuszować. Mimo to wiadomości o Paetzu do papieża nie dotarły drogą oficjalną. O tym kontekście wspominał podczas jednej z samolotowych konferencji prasowych papież Franciszek, mówiąc o watykańskich filtrach, które nie przepuszczały do Jana Pawła II wszystkich informacji. Z relacji podanych w książce Gutowskiego wyraźnie wynika, że jeden z tych filtrów, separujący papieża od wiedzy, którą dysponował sam prefekt Kongregacji Nauki Wiary, nazywa się Stanisław Dziwisz.

„Filtry” i kopie dokumentów, to przejawy instytucjonalnej nieufności pobudzanej przez biurokrację. Kościół jest zepsutym systemem właśnie z uwagi na złożoność procedur, liczbę drzwi do pokonania, by zainterweniować, i szereg odźwiernych, jakich po drodze należy ominąć. Tak się buduje „strukturalna twierdza” – zamiast upraszczać działania, mnoży się je wyłącznie dla podtrzymywania kultury sekretu mającej „chronić” niczego nieświadomych wiernych przed zgorszeniem. Tyle że wierni są już doskonale świadomi, a zachowywanie procedur w imię „zawsze tak było” i podtrzymywanie międzybiskupich układów gorszy nie mniej niż krycie przestępców seksualnych.

Papież ma zawsze rację

Bezpośrednią i nieoczywistą ofiarą kultury sekretu pada sam papież Jan Paweł II, który w perspektywie obrazu władzy Kościoła wygląda na człowieka charyzmatycznego, lecz ostatecznie biernego. Układ dzieje się poza nim, a papież nie ma na niego większego wpływu. Dość powiedzieć, że podawane mu przez otoczenie rozwiązania same wikłają go w praktykę kultury sekretu, co doskonale widać na przykładzie wspomnianej już historii abp. Paetza przetransferowanego do Polski w związku z doniesieniami o nieprawidłowych zachowaniach w Watykanie (mimo krążących zarzutów Paetz został najpierw biskupem łomżyńskim, później metropolitą poznańskim). Podobnie jest z awansami McCarricka robiącego karierę pod ochroną papieskiej nieświadomości i naiwności czy popularnością Legionistów Chrystusa.

Rozmówcy Gutowskiego wprost stwierdzają, że od 2000 r. Watykanem zarządzał Stanisław Dziwisz. W niektórych sytuacjach trudno było ocenić, czy konkretne polecenie pochodzi od Ojca Świętego czy od don Stanislao. Domniemane legitymizowanie decyzji autorytetem papieża jest o tyle poważnym oskarżeniem, że siłą rzeczy kwestie dotyczące bezpieczeństwa, na jakie ze strony Watykanu mogły liczyć takie persony jak założyciel Legionistów Marcial Maciel Degollado, przestępca seksualny, i kard. Hans Hermann Groër z Wiednia czy wspominany już Theodore McCarrick, obciążają pontyfikat Jana Pawła II. Albo przypisze się za nie odpowiedzialność papieżowi, albo broniąc go – jego sekretarzowi. Pyrrusowe to zwycięstwo, skoro w jego świetle papież sprawczości w Watykanie nie miał.

Symboliczny wymiar postaci Jana Pawła II jest tak silny, że aż paraliżujący. Szacunek Polaków pamiętających konklawe 1978 r. i opowieści o ich dzieciach, reklamowanych jako „pokolenie JP2”, łączą się z masowym kultem papieża-Polaka, którego głównym reżyserem stał się kard. Dziwisz. Takie nawarstwienie na lata uniemożliwiło krytykę papieża Wojtyły, a każdy, kto się jej podejmował, niemal automatycznie otrzymywał piętno zdrajcy (jak Obirek, na którego spadły gromy, gdy w 2002 r. określił papieża „złotym cielcem polskiego Kościoła”). Paraliż dotknął też główny nurt polskiej teologii, zwłaszcza w jej wersji oficjalnej obecnej w dokumentach episkopatu, które od lat stanowią dopiski do Jana Pawła II. To z kolei zepchnęło na margines odważnych polskich teologów i teolożki, takich jak ks. Wacław Hryniewicz czy Elżbieta Adamiak. Jeśli Jan Paweł II faktycznie był tak wybitnym filozofem i teologiem, jak się to powszechnie podkreśla, to konserwowanie jego myśli tylko mu szkodzi. Myśl może rozwijać się tylko dzięki krytycznemu spojrzeniu i otwartemu, dialektycznemu (i dialogicznemu) ruchowi.

Karta opozycjonisty broni przed zarzutami

Pomnikowa figura Jana Pawła II została sprowadzona do jeszcze jednej funkcji – papieża, który pokonał komunizm. W dokumentach komisji procedującej w sprawie McCarricka przewija się wątek papieskiej nieufności wobec krytyki Kościoła. Kardynałowie przesłuchiwani w Watykanie na okoliczność doniesień o nadużyciach, jakich dopuszczał się McCarrick, podkreślali, że doświadczenie papieża z bloku wschodniego, siłą rzeczy, było zdeterminowane przez nieufność wobec oskarżeń m.in. na tle seksualnym, bo te funkcjonowały jako prowokacje komunistycznych służb bezpieczeństwa.

Dziś wiemy, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana i wykorzystywanie seksualne było nie tyle wziętym z kapelusza elementem dyskredytacji księży, ile raczej elementem szantażu prowadzącego do nawiązania współpracy z danym duchownym.

Wiele wskazuje na to, że tak właśnie wyglądała sytuacja ks. Henryka Jankowskiego, podobne zarzuty pojawiły się również w stosunku do kard. Gulbinowicza. Obaj duchowni są oskarżani nie tylko o współpracę z bezpieką, lecz również o wykorzystywanie seksualne osób im podległych. Obaj też posiadają w biografii silną kartę, zdolną do wyciągania z nie lada tarapatów, jaką jest współpraca z antykomunistyczną opozycją.

W relacjach przytaczanych przez Gutowskiego, Nowaka i Obirka pojawia się obraz Jana Pawła II jako papieża zachowującego spory dystans wobec lewicujących teologów wyzwolenia, a przy tym dość ufnego w stosunku do duchownych o sympatiach wyraźnie antykomunistycznych. Papiescy przyjaciele z USA zgromadzeni wokół Richarda Neuhausa, Michaela Novaka i George’a Weigla również podkreślają takie sympatie Ojca Świętego. Polityczne powiązanie antykomunizmu z katolicyzmem oczywiście znajduje swoje historyczne uzasadnienie w katolickiej nauce społecznej, ale w tym szczególnym przypadku ma dodatkowe przełożenie – legenda duchownych, którzy otwarcie wspierali „Solidarność”, była i nadal jest nienaruszalna. Dość powiedzieć, że przyjaciółmi Jankowskiego byli przedstawiciele licznych gdańskich środowisk opozycji antykomunistycznej, a jak twierdziła Bożena Aksamit, ówczesny prezydent Gdańska Paweł Adamowicz był jednym z pierwszych darczyńców składających się na pomnik niesławnego prałata ze św. Brygidy. Podobny scenariusz obrony przez opozycję antykomunistyczną został wykorzystany w przypadku kard. Gulbinowicza. W momencie, gdy pojawiły się zarzuty o wykorzystywanie seksualne, jakiego miał się dopuszczać, to właśnie dawni aktywiści Solidarności przypominali o jego karcie działacza, który pomagał niezależnemu związkowi zawodowemu, transferując pieniądze z Watykanu. Jeśli prawdą są informacje o możliwym pochodzeniu tych pieniędzy od Legionistów Chrystusa, które podaje Gutowski, to finansowanie polskiej opozycji antykomunistycznej staje się sprawą etycznie ogromnie problematyczną. Niemniej do dziś krytyka polskiej opozycji antykomunistycznej może spotkać się z podobnym ostracyzmem, co podważanie autorytetu papieża Polaka.

Duszpasterstwo masowe

Działalność opozycyjna wywołuje kolejną postać skupiającą w sobie problemy polskiego Kościoła, jaką był prowincjał dominikanów Maciej Zięba OP. Założyciel Instytutu Tertio Millennio, będącego kuźnią dla całego pokolenia katolickich intelektualistów w pokomunistycznej Polsce, pierwszy dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności, to również ceniony opozycjonista i przyjaciel Jana Pawła II. Dziś, gdy w świetle dominikańskiego raportu o nadużyciach Pawła M., na postać o. Zięby kładzie się cień odpowiedzialności za krycie przestępcy seksualnego w zakonie, linia obrony dawnego prowincjała przebiega podobnie jak w wyżej wymienionych przypadkach. Maciej Zięba był wybitnym działaczem Solidarności i walczył o prawa człowieka łamane przez komunistów – tak przebiega argumentacja autorek i autorów listu otwartego w obronie pamięci dawnego przyjaciela.

Postać Macieja Zięby, zawierająca w sobie rysy heroiczne i tragiczne zarazem, w perspektywie ustaleń komisji dominikanów prezentuje się jednak źle. Prowincjał, znając czyny zakonnika, nie wymierzał mu takich kar, jakie były w jego mocy, i jakie przynajmniej teoretycznie mogłyby powstrzymać dalsze działania Pawła M. Co nie mniej ważne, jak zeznają pokrzywdzeni przez M., Zięba lekceważył ofiary, nie dając im wiary i nie oferując im sprawiedliwego zadośćuczynienia. Raport komisji Terlikowskiego ukazuje pewne możliwe przyczyny tego stanu rzeczy. Zięba pozostawał pod dużym wrażeniem Pawła M. i jego duszpasterskiej „skuteczności”. Autorzy raportu podkreślili, że zgłaszane problemy z zakonnikiem były bagatelizowane przez przełożonych, zaś Paweł M. cieszył się wsparciem prowincjała ze względu na „charyzmę gromadzącą setki ludzi na sprawowanej liturgii”. Tymczasem komisja potwierdziła, że prowadzona przez duszpasterza Wspólnota św. Dominika, opierała się na psychomanipulacji i przemocy seksualnej, a działania jej lidera budziły wątpliwości jego współbraci, lecz „mimo tej wiedzy przełożeni polskich dominikanów nie podjęli wówczas wysiłku, by szczegółowo zbadać aberracje teologiczne w postępowaniu Pawła M.”. Duszpasterstwo sukcesu zwiększało wiarygodność przestępcy, a podważało świadectwo skrzywdzonych.

Fascynacja masowym duszpasterstwem nie była specyfiką samego Zięby czy polskich dominikanów, ale stylem pastoralnym całego pontyfikatu Jana Pawła II.

Papież z Polski, czyli kraju wielkiego religijnego performance’u autorstwa kard. Wyszyńskiego, złożonego z narodowej nowenny i ślubów jasnogórskich, doskonale odnajdywał się w trakcie pielgrzymek, mających wymiar nie tylko duchowy, ale i polityczny czy kulturotwórczy. Widać to zwłaszcza w przypadku wizyt w rodzimym kraju, gdzie każda z pielgrzymek posiadała dobrze przemyślany scenariusz bezpośrednio związany z elementami nauczania. Papież Jan Paweł II był kapłanem odprawiającym wielkie rytuały nad Polską, a swoją charyzmą porywał tłumy stające się jednym podmiotem wydarzeń jako naród czy lud Boży. Tak samo było z jego śmiercią, w której wszyscy uczestniczyliśmy wspólnie, nikt osobno, bo właśnie takiej duchowości zostaliśmy nauczeni.

W masowości jako takiej nie ma nic złego i jako wielokrotny uczestnik Światowych Dni Młodzieży wiem, ile dobra może płynąć z takiej formy przeżyć. Tyle że jedynym konkretnym zyskiem jest ten, który zostaje już po imprezie, w postaci niewielkich dzieł, jakie masówka zaszczepi. Życie w Kościele od pielgrzymki do pielgrzymki jest jak clubbing. Mało kto chodzi do klubu dla muzyki, do klubów się idzie, żeby być razem. A gdy tego zabraknie, w gruncie rzeczy nie wiadomo, co ze sobą począć. Łatwość, z jaką rozprzestrzeniają się w Polsce teologicznie podejrzane zdarzenia, takie jak Wielka Pokuta czy Różaniec do Granic, pokazują, jak łatwo Polacy a wraz z nimi hierarchowie, odnajdują się w rzeczywistości masowo-pielgrzymkowej, a jak trudno jest zachować duchowy wzrost w czasie bez duszpasterskiej imprezy. Kryzys, którego doświadczył Kościół w trakcie pandemii, szczególnie to wydobył. Zwracał na to uwagę ks. Wojciech Sadłoń z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, który w grudniu 2020 r. w rozmowie z PAP dzielił się podejrzeniem, że część wiernych pod wpływem epidemii „może rozluźnić swoje więzi z Kościołem poprzez spadek praktyk oraz dystansowanie się od jego nauczania”. Nie dotyczy to jednak osób mocno zaangażowanych, ale te stanowią w ocenie ks. Sadłonia 8% wiernych. Formy duchowości budowane w małych Kościołach, lokalnych wspólnotach, są dla większości Polaków czymś trudnym, zaś najtrudniejsze okazuje się często zawiązanie tej najmniejszej ze wspólnot, jaką jest Kościół domowy. Lubimy duszpasterstwo spektakularne i eventowe, mamy problem z małym, lokalnym chrześcijaństwem. Tyle że spektakl nigdy nie jest miarą sukcesu. Sukces mierzyć się powinno tym, jak wygląda codzienność.

***

Nie trzeba proroczej wizji, by widzieć, że jesień Kościoła w Polsce nieuchronnie kładzie go do zimowego snu. Czy się z niego przebudzi i w jakiej kondycji? Wejście w wiosnę wymaga nie tylko zaufania naturalnemu biegowi rzeczy ani nawet łasce. W przypadku „katastrofy” polskiej wersji chrześcijaństwa, wymaga wytrwałej pracy, która nie boi się zmierzenia z klerykalizmem, krytycznego spojrzenia na własne dziedzictwo i odpowiedzi na niewygodne pytania o przeszłość, a przede wszystkim otwarcia na niszowe, oparte na autentyzmie świadectwa duchowości. Pracy polegającej na przyznaniu się do zadanych ran i leczenia ich. Na zaufaniu świeckim, którzy są odseparowani od systemu kościelnej władzy. Wreszcie na spuszczeniu powietrza z nadętego balonu symboli Kościoła w Polsce i wpuszczenia do niego świeżego powietrza. Do tego nie wystarczy otwarcie okien, trzeba odważnie otwierać drzwi na oścież.

Artykuł pojawił się w numerze: Oswajanie samotności