Drogi słowniku doktryn filozofów,
proszę o pomoc, bo tracę apetyt,
gdy przy śniadaniu w twarz skacze z gazety
kościsty głód. (I ZNOWU CZŁOWIEK, ZNOWU
Z PROBLEMEM!) Wynajdź mi system. (KONKRETY /
CZYICHŚ TRYWIALNYCH POTRZEB TO NIE POWÓD,
ABY / PRZYMNAŻAĆ WIAR WŁASNEGO CHOWU)
Stanisław Barańczak Drogi kąciku porad, 1988
Czym jest sztuka, a konkretniej: sztuki piękne? Tak naprawdę nie do końca wiadomo. Greckie τέχνη, technê, i łacińskie ars oznaczały wykonywanie czegoś według określonych zasad: pieczenie chleba, malowanie obrazów, rzeźbienie posągów, dowodzenie na polu bitwy, żeglowanie, leczenie chorób, granie w teatrze czy wygłaszanie mów. Sztuka była więc de facto pojmowana jako rzemiosło. W średniowieczu pojawił się podział na sztuki wyzwolone, artes liberales (gramatyka, arytmetyka, muzyka, logika…), czyli te, które wymagają wysiłku umysłowego, oraz sztuki mechaniczne, do których potrzeba sprawności manualnej i siły (malarstwo, architektura, rzeźba). Włoscy artyści renesansowi, gdy ich status społeczny i zawodowy zaczął rosnąć, postanowili oddzielić się od „rzemieślniczego pospólstwa” i poczęli pretendować do miana uczonych – sztuki piękne uznano wtedy za naukę. Nie bez powodu – wystarczy spojrzeć na rozrysowanego z geometryczną precyzją Człowieka witruwiańskiego Leonarda albo perspektywy linearne Masaccia, Piera della Francesca (także matematyka i geometry) czy Perugina. W 1746 r. francuski filozof oświeceniowy Charles Batteux wydał głośny traktat Les Beaux-Arts réduits à un même principe (Sztuki piękne sprowadzone do tej samej zasady), w którym wprowadził podział na sztuki mechaniczne (przedmioty codziennego użytku); użyteczne, które są przy tym także piękne, i wreszcie same piękne, les beaux-arts, czyli zaspokajające potrzeby duchowe. Były to nie tylko architektura, rzeźba i malarstwo, ale również muzyka, poezja, teatr i taniec. Kant z kolei odróżniał naukę (będącą wiedzą) od sztuki, w której liczyły się wolność i ekspresja artystyczna oraz bezinteresowność piękna. Sądzę, że wpływ Batteaux do dziś pokutuje w Akademii. Historycy sztuki zajmujący się dziedzinami „niepoważnymi”, takimi jak ceramika, biżuteria czy tkanina, traktowani są nadal z pewnym przymrużeniem oka, inaczej niż ci obracający się w świecie wielkich dzieł i nazwisk.
Zdefiniować sztukę próbowały rzesze myślicieli: Sokrates, Platon, Arystoteles, Ksenofont, wspomniani Kant i Batteaux, Lew Tołstoj, a bardziej współcześnie Benedetto Croce, Robin George Collingwood, Roger Fry, Clive Bell, Martin Heidegger, George Dickie, Larry Shiner, Richard Wollheim, Terry Atkinson i Donald Judd. Wymieniam chaotycznie tylko pierwsze nazwiska, które przychodzą mi na myśl – a są ich setki. Istnieją też setki definicji i teoretycznych ujęć sztuk pięknych. W niektórych podnosi się znaczenie intencji twórcy. Jeśli tylko artysta uważa, że sztukę tworzy, to tak musimy zaklasyfikować jego dzieło, np. naszkicowany niedawno przez mnie nieudolny projekt sofy. W innych kładzie się nacisk na kontekst: sztuką jest to, co ogół odbiorców za taką uważa – jak jednak ten abstrakcyjny ogół określić i opisać? Wreszcie podnosi się kwestię Instytucji, czyli tego, co w danym czasie władza uważa za sztukę, legitymizuje swym autorytetem (i często finansuje). Raz po raz pojawiają się też nowe zjawiska artystyczne, które do zaproponowanych wcześniej modeli nijak nie pasują – fotografia, komiks, instalacje, street art czy video games. Czczość i bezsensowność wszelkich klasyfikacji wyraził chyba najlepiej mój ulubiony filozof Ludwig Wittgenstein, który zaliczył sztukę do tzw. pojęć otwartych, czyli niemożliwych do określenia i mających niejasne, luźne powinowactwa. Innymi słowy: sztuką może być wszystko. Ernst Gombrich mówił wręcz, że sztuka nie istnieje: są tylko twórcy, ich dzieła, nasze wyobrażenia o nich oraz desperackie próby zaprowadzenia w tym chaosie jakiegoś porządku. Tyle – w dużym uproszczeniu i skrócie – historii idei, pojęć i teorii.
Dom życia
Bezradność definiowania pokazują nieustanne próby szufladkowania i tworzenia nowych terminologicznych bytów: sztuka konceptualna, metasztuka, sztuka zaangażowana, ludowa, naiwna, amatorska, pop-art, anti-art Duchampa, a nawet sztuka kobiet. Skoro jednak „Znak” poprosił mnie o wypowiedź osobistą, dorzucę jeszcze swoje ekscentryczne trzy grosze i wyznam: sztuką dla mnie jest wnętrze, w jakim mieszka, dobrze się czuje i obcuje z pięknymi przedmiotami człowiek, dla którego są one ważne i niezbędne, innymi słowy, ktoś żyjący ze sztuką.
Zacznę od fascynującej książki La Casa della vita (Dom życia, 1958) Maria Praza (1896–1982), włoskiego uczonego, wybitnego znawcy romantyzmu, komparatysty, eseisty, bibliofila i kolekcjonera, autora przetłumaczonych na polski prac takich jak: Zmysły, śmierć i diabeł w literaturze romantycznej oraz Mnemosyne. Rzecz o powinowactwie literatury i sztuk plastycznych. La Casa della vita nie doczekała się polskiego przekładu – a powinna. Dodam jeszcze, że została ona omówiona w wydanej w 2021 r. świetnej monografii Olgi Płaszczewskiej Gabinety, pracownie, mieszkania pisarzy i artystów w literaturze XIX– XX wieku. Chyba nikt nie zinterpretował i nie zrozumiał Praza tak jak autorka. La Casa della vita to swoista autobiografia przestrzenna, opis siedmiu pokoi w rzymskim mieszkaniu uczonego w Palazzo Rici przy Via Giulia, jego pied-à-terre i sanktuarium w latach 1934– 1969. Mieszkaniu zaludnionym – piszę tak celowo – przez książki, meble, obrazy, rzeźby, sztychy, zegary, tkaniny, wachlarze, porcelanę i bibeloty. Większość z nich została przez autora kupiona i czasowo odpowiada jego zainteresowaniom naukowym, czyli przełomowi XVIII i XIX w. Mamy więc neoklasycyzm, empire i biedermeier. Nie są to dzieła wybitne pod względem artystycznym, a w czasach kiedy były pieczołowicie gromadzone, nie przedstawiały większej wartości muzealnej (co jednak z upływem dekad uległo zmianie). Prazowi chodziło jednak o coś innego niż gromadzenie rzeczy cennych, mianowicie o perfekcyjną aranżację i zrekonstruowanie ducha wnętrz z epoki. A także o coś więcej: stworzenie wyidealizowanego obrazu zamożnego i bezpiecznego mieszczańskiego świata. Snucie opowieści o kolekcji staje się opowieścią o życiu zbieracza.
Niemal każdy opisywany przedmiot, niczym Proustowska magdalenka, ewokuje introspekcje, refleksje, erudycyjne dygresje i wspomnienia o rodzinie, przyjaciołach czy służących.
Stojąca w hallu rzeźba Amora w stylu Thorvaldsena staje się powodem do przywołania kochliwej pomocy domowej Dirce, terakotowa figurka damy wywołuje myśli o matce, a neapolitański komplet talerzy z jadalni, zdobiony wizerunkami kompozytorów bel canta, jest pretekstem do wzmianki o ojcu i pierwszej żonie, która sprzeciwiła się zakupowi bezużytecznego serwisu. Wreszcie zbiór woskowych portretów prowokuje do mówienia o samobójczych śmierciach znajomych oraz zmierzenia się z własną samotnością i starością.
Z nabyciem każdego przedmiotu, związaniem się z nim, łączą się wspomnienia i emocje równie silne jak te towarzyszące kontaktom z ludźmi, czasem nawet silniejsze. Praz, którego dom odwiedzały tysiące gości (wiemy o tym, gdyż skrupulatnie odnotowywał ich nazwiska), nie jest typem kolekcjonera-eskapisty-mizantropa, choć przyznaje otwarcie, że zbytnio nie przywiązuje się do ludzi, o których wspomnienia blakną niczym stare zdjęcia. Warto nadmienić tu o książce Wernera Muensterbergera Collecting. An Unruly Passion (Kolekcjonowanie. Nieokiełznana namiętność, 1994). Zbierackie żądze, pasje i obsesje, przykładanie większej wagi do kontaktu z przedmiotami niż z ludźmi zostały w niej zinterpretowane jako forma wycofania się z życia, przejawy wewnętrznych konfliktów, neuroz, depresji i kompensowania sobie niezaspokojonych potrzeb emocjonalnych. Dziesięć lat po opublikowaniu La Casa della vita dom autora stał się cmentarzyskiem wspomnień. Uczony musiał się przeprowadzić do Palazzo Primoli przy Via Giuseppe Zanardelli i przearanżować przestrzeń. Nic dziwnego, że drugie, zmienione wydanie książki z 1979 r. akcentowało kwestie przemijania i dystansu do świata. W tym nowym mieszkaniu na trzecim piętrze znajduje się dziś poświęcone Prazowi muzeum.
Dotknąć sztuki
W autobiografii przestrzennej Praza liczą się także zmysłowy kontakt z przedmiotami, ich faktura, kolorystyczne niuanse, migotanie światła, dotyk palców i zapach. Świadom tego, że narażę się moim licznym i drogim Przyjaciołom-Muzealnikom, powiem, że obiekty umieszczane w gablotach umierają i stają się czymś na kształt wypreparowanych motyli w oszklonych kasetkach. Muzealna szyba odcina zmysłowość, potrzebę dotyku wpisaną w samą funkcję przedmiotu, wydziera rzeczy ze wspólnoty ludzi. Na wykładzie wyjaśniam to na przykładzie niewielkiej XIV-wiecznej francuskiej szkatułki z kości słoniowej, jak chce tradycja, należącej kiedyś do Jadwigi Andegaweńskiej. Zwiedzający Muzeum Katedralne na Wawelu zwykle omiatają ją krótkim spojrzeniem. Skrzyneczkę zdobi 17 płaskorzeźbionych scen ze średniowiecznych romansów rycerskich, np. zdobywanie zamku miłości, śmierć Pyrama i Tysbe, schadzka Tristana i Izoldy, polowanie na jednorożca, a zwłaszcza opowieść o Aleksandrze Wielkim, jego kochance Filis i Arystotelesie. Brzmi ona tak. Młody Aleksander podbija Indie i zostaje tam zbyt długo z powodu miłości do dziewczyny. Arystoteles, mentor władcy, przestrzega go przed uleganiem namiętnościom, a kiedy uczeń przyznaje mu rację i przyrzeka poprawę, Filis poprzysięga zemstę. Rozpuszcza włosy i półnaga śpiewa pod oknem filozofa, budząc w nim żądzę. Obiecuje, że ulegnie mu, jeśli tylko będzie chodził na czworakach po ogrodzie, udawał, że jest prosiakiem i woził ją na grzbiecie. Zaplanowaną kompromitację Stagiryty obserwuje Aleksander. Arystoteles musi przyznać się do porażki, wyjaśnia jednak wychowankowi, że skoro nawet on, mędrzec, nie był w stanie oprzeć się pokusie, jakaż zguba mogłaby czekać niedoświadczonego młokosa. Wszystkie owe historie w tej szkatułce są, ożywają jednak w pełni dopiero pod palcami, w codziennym obcowaniu, przy wyjmowaniu z niej biżuterii i zamykaniu kościanego wieczka.
###banner###
Gdy zwiedzam muzea, niejednokrotnie, patrząc na przedmiot czy obraz, zdarza mi się pomyśleć: chciałbym cię codziennie oglądać, dotykać i przytulać. Namiętność do rzeczy to chyba przypadłość wszystkich kolekcjonerów. Antoni Uniechowski w swych wspomnieniach przywołuje historię zbieracza, który przez 30 lat odwiedza kolegę, właściciela wspaniałego nautilusa, czyli pucharu z muszlaną czaszą, i bezskutecznie prosi o odsprzedanie. Po śmierci znajomego składa ofertę wdowie, a gdy ta odmawia („Nieboszczyk był tak do tej muszelki przywiązany!”)… żeni się z nią i zdobywa upragniony skarb. Inny antykwaryczny pasjonat, malarz Franciszek Starowieyski w Przewodniku zacnego kolekcjonera… spisanym przez Izabelę Górnicką-Zdziech wyznaje, że zawsze przed snem bierze do łóżka jakiś przedmiot, żeby go dokładnie obejrzeć. Podkreśla, że posługiwanie się starymi, srebrnymi, znacznie większymi i cięższymi sztućcami wymaga zupełnie innej kultury jedzenia, pozy i ruchów, zaś monstrancję trzeba podnosić. Nonszalancko postuluje wręcz, że preromańska Czara włocławska nie została do tej pory zrozumiana i wystarczająco zbadana przez historyków sztuki, ponieważ nikt jej jeszcze odpowiednio nie „pomacał”.
Olga Płaszczewska słusznie zaznacza, że mieszkanie Praza jest projekcją „ja” i jako inspirację wskazuje The Philosophy of Furniture (Filozofię mebli, 1840) Edgara Allana Poego. To chyba jednak rzecz oczywista: jesteśmy swoimi mieszkaniami. Christian Dior, pisząc w autobiografii o domach, w których żył, zauważył, że opisując muszlę, opisujemy także ślimaka. Wiedziałem o tym znacznie wcześniej, na długo przed lekturą La Casa della vita, Poego i Muensterbergera. Jestem zresztą modelowym potwierdzeniem tez postawionych przez ostatniego z autorów – zwykle wolę przykładać emocje do przedmiotów, a nie do ludzi. Zbyt szybko chyba zdałem sobie sprawę, że nie robią one fochów, nie rozrzucają skarpetek i nie zostawiają cię dla innego chłopaka. Mój „dom życia” powstawał na niemal konsekwentnych Prazowskich zasadach, oczywiście z uwzględnieniem wszelkich proporcji – siła nabywcza polskiego profesora uczelnianego jest wszak niewielka. Muzealnicy i antykwariusze zaklasyfikowaliby me rzeczy jako bezwartościową „konfekcję”, a krewniaczka, niegdysiejsza kierowniczka nieistniejącej już krakowskiej Desy, moimi meblami pewnie bez wahania rozpaliłaby w piecu. Dlatego też mogę o nich spokojnie opowiedzieć, nie obawiając się wizyty włamywaczy.
Jak się to wszystko zaczęło? Zaczęło się od mojej mamy, lingwistki i estetki, zbieraczki fajansów.
Wychowałem się w domu, w którym były książki, obrazy, albumy o sztuce (głównie radzieckie, kupowane w księgarni „Kalinka”) i stare przedmioty. Część z nich „pożyczałem” sobie na biurko i półki, a potem, na mocy zasiedzenia, bezczelnie przywłaszczałem, np. XIX-wieczny mlecznik w stylu chinoiserie z manufaktury Utzschneider & Cie z lotaryńskiego Sarreguemines – do dziś trzymam w nim pióra i ołówki. Mój pierwszy kontakt ze sztuką był aktem destrukcji – jako czterolatek w uniesieniu zniszczyłem obwolutę pierwszego tomu wydanej przez Akademię Nauk ZSRR Historii powszechnej z reprodukcją egipskich polichromii (sądziłem zresztą, że przedstawiają pasażerów w wagonie pociągu). Dopiero w liceum, po latach starań naprawienia szkody, bibliotekarka podarowała mi do podmiany nienaganną oprawę ze szkolnego egzemplarza, najwyraźniej poruszona wyznaniem: „Do dziś mi to wypominają!”.
Antyki fascynowały mnie od zawsze. W szkole podstawowej raczej nie wagarowałem, choć czasami nie miałem wyjścia, podczas lekcji WF-u czy klasówek z matematyki. Schronieniem był wówczas pewien antykwariat na ul. św. Jana. Miłe panie wpierw ze zrozumieniem pytały: „To co mamy dzisiaj, matmę czy fizę?”, robiły herbatę, a potem pokazywały i dawały dotykać PRZEDMIOTY. Kiedy w wieku 21 lat wyprowadziłem się od rodziców i zacząłem mieszkać najpierw z bratem, a potem już sam, mamine pasje wnętrzarskie doprowadziłem do wymiaru estetycznej przesady, czyli, podobnie jak u Praza, poziomu scenografii. Miałem do niej skłonność od początku. Jako nastolatek zachwyciłem się choćby nakrytą perskim kobiercem konsolą z wazą z kwiatami przyuważoną w jakimś angielskim filmie i koniecznie musiałem ową scenę odtworzyć w naszym letnim domu w Sieprawiu. Za konsolę posłużył ostatecznie stolik turystyczny przykryty wypożyczoną od sąsiadki starą, chłopską, wzorzystą chustą – tybetem. A później poszedłem wręcz w perwersję. Wieloletnie próby legalnego zdobycia gałązki czerwonego koralowca jako barwnego kontrapunktu dla martwej natury z muszli w łazience. Kilkumiesięczne szukanie białej szczoteczki do zębów z granatowym włosiem, pasującej kolorystycznie do maleńkiego modelu holenderskiej łodzi stojącej obok na półce. Wreszcie tygodnie spędzone na dobraniu farby do pokoju, dokładnie takiego odcienia ciemnej zieleni, jaki zobaczyłem w salonie w Domu Mehoffera (pielgrzymki do muzeum ze wzornikiem firmy Benjamin Moore, mieszanie farby, dodawanie i odejmowanie pigmentów, porównywanie, próbowanie od nowa). Moja przyjaciółka, Maria Ledkiewicz-Wodnicka, nieżyjąca już artystka, która odbierała świat podobnie jak ja, rozpaczała: „Czemuż nikt tobą nie pokierował, nie nauczył cię lepiej rysować, z twoją wyobraźnią byłbyś dzisiaj uznanym scenografem”. Przesadzała, i to bardzo, ale być może coś jest na rzeczy. Była jeszcze jedna ważna inspiracja, ukazujący się od 1991 r. magazyn „Dom i Wnętrze”, który z wypiekami na twarzy zacząłem czytać w liceum. Oprócz zdjęć nowobogackich domostw z czasów wilczego kapitalizmu Balcerowicza (temat na pracę magisterską) były w nim fotografie inteligenckich wnętrz z bibliotekami i antykami – te interesowały mnie najbardziej.
Autobiografia w przestrzeni
Przechadzam się teraz po swoim niewielkim mieszkaniu i – podążając za Prazem – zastanawiam się, co jest w nim dla mnie ważne. W kuchni, pomalowanej na ciemny, głęboki brąz (lubię kolory zdecydowane i mocne) – skromny secesyjny kredensik, przywieziona z Wrocławia fornirowana czeczotą pensjonarka, zbiory książek kucharskich i kulinariów, a pod XIX-wiecznym stołem, kiepskim naśladownictwem Chippendale’a, znowu książki. Z sufitu zwisa wiekowa śląska klatka dla ptaków, obsiędziona przez kilkanaście ludowych, drewnianych ptaszków. Przede wszystkim jednak są tam półki z kolekcją kilkuset kobaltowych, fajansowych pojemników na produkty spożywcze zdobionych motywem holenderskich wiatraków. Opisałem je dokładnie w książce Pocztówka z Mokum, więc nie będę się powtarzać. Na podłodze leży stary kaukaski kobierzec, wytargowany za jedną trzecią ceny w eleganckim sklepie w Krakowie („Tę ruinę kupi od pani tylko ktoś, kto doceni jej kolory, czyli ja!”). Kiedy konserwatorka zażądała za restaurację „ruiny” horrendalnej kwoty, ta została zręcznie podmalowana przez mojego przyjaciela, artystę malarza Wojtka Pietrasza – to dawna metoda odnawiania przetartych dywanów, stosowana kiedyś na Kaukazie.
W łazience pod sufitem siedem półek z książkami (ma intelektualna mistrzyni, Maria Janion, podobno wcześniej wpadła na taki pomysł), zbiory muszli, olejny szkic, projekt dekoracji wieka klawesynu, pędzla wspomnianego wyżej Wojtka, i akwarele kolejnego przyjaciela artysty, Michała Zakrzewskiego. Jedna z nich, nagi Lucyfer, to mój portret, prezent z okazji obrony doktoratu poświęconego upadłemu aniołowi. Poprzedni właściciele wyłożyli ściany kremowymi, prostokątnymi płytkami z girlandami różyczek, kupionymi w latach 70. w Peweksie, co wielokrotnie podkreślali, sprzedając mieszkanie. Nie jest to mój styl, ale zdążyłem je polubić, poza tym nabrały patyny i pasują do dwóch starych luster w rzeźbionych ramach. Pod jednym z nich na szklanej półce leży maleńkie lusterko z emaliowaną niebieskoskrzydłą kraską – należało do mojej ukochanej babci Adeli. Piecyk gazowy pokrywa gęsto tapeta 70 magnesików muzealnych z reprodukcjami ulubionych niderlandzkich obrazów. Przedpokój to z kolei miejsce na ryciny, głównie widoki holenderskich miast i pól bitewnych; prócz tego kilka ludowych zegarów, stary jedwabny szapoklak i przypięta do niego szpilką kipa. Na ścianach była kiedyś drewnopodobna okładzina, również nabyta w Peweksie; pomalowałem ją jednak tyloma warstwami farby, że zaczęła wyglądać jak tynk.
Mój jedyny pokój, ciemnozielony, pachnący florenckim potpourri z Officina Profumo-Farmaceutica di Santa Maria Novella, jest jednocześnie biblioteką, gabinetem i sypialnią.
Tysiące książek stoją, najczęściej w dwóch i trzech rzędach, na półkach czterech regałów, piętrzą się one również w kilkunastu stosach, głównie pod owalnym stołem o kręconych nogach. To spory problem – kilka razy łatwiej było mi iść do biblioteki lub kupić nowy egzemplarz, niż znaleźć ten, który miałem w domu. Z mebli: wspomniany stół, trzy krzesła, dwie komody, stolik i dość przeciętne, ale za to pakowne eklektyczne biurko. Mógłbym teraz za jakieś śmieszne pieniądze sprawić sobie lepsze (ceny poszły w dół), ale nie chcę: zbyt dużo już przy nim napisałem. Pod niciakiem zmieścił się „domek dla lalek dla chłopców”, model holenderskiego magazynu portowego z lat 30. XX w., do którego mogą zajrzeć tylko wybrańcy (zrekonstruowałem w nim hipotetyczne, queerowe okoliczności powstania Wymarszu strzelców Rembrandta). Jest jeszcze serwantka wypełniona po brzegi angielską, błękitną bone china z manufaktury Spode, wzór Tower Blue – to italianizujący pejzaż z nieistniejącym już rzymskim mostem Ponte Salario. Pierwsze dwie filiżanki i cukierniczkę przywiozłem z Canterbury, gdzie w 1995 r. robiłem kwerendy do pracy magisterskiej. Chciałbym kiedyś te wszystkie wazy, talerze, sosjerki i półmiski na szparagi przynajmniej raz wykorzystać, urządzić przyjęcie na 12 osób, udając pana Dalloway i Babette jednocześnie. Ale chyba nie będzie mi dane. Między regałami stoi mój ulubiony mebel, nieduży intarsjowany sekretarzyk, który dostałem na studiach od mamy jako nagrodę za rzucenie palenia – niestety, powinienem go już kilkanaście razy zwrócić… Są też obite zielonym adamaszkiem fotel i eklektyczna, mieszczańska sofa, ostatnia zdobycz, w którą konserwatorce, Pani Justynie, udało się wmontować rozkładany stelaż do spania. Zdecydowanie nie lubię rzeczy nowych – nie mam radia, sprzętu grającego i telewizora; prócz kuchenki i pieca gazowego wyjątek musiałem zrobić jedynie dla czajnika i laptopa, koniecznie w ciemnoczerwonej obudowie, żeby jak najbardziej wtopił się w mahoniowy fornir biurka.
Światło daje pięć lamp naftowych przerobionych przeze mnie na elektryczne. Jedna z nich, ta z pistacjowym kloszem, była kiedyś początkiem końca mojego związku (22 lata temu przepuściłem na nią pieniądze, wkład we wspólne wakacje). Z curiosów wymienię ząb mozazaura, najbardziej „holenderskiego” gada kopalnego, którego szczątki znaleziono po raz pierwszy w okolicach Maastricht pod koniec XVIII w. Ważne są także dwie turkusowe, fajansowe chińskie figurki świątynnych lewków – piesków Fo, które przywiozła mi ze studenckiego, medycznego stażu w Padwie moja najlepsza przyjaciółka Agnieszka Olszanecka, de domo Szafran. Nazwałem je Gog i Magog – „znający Józefa” od razu domyślą się, o co chodzi. Figurek jest znacznie więcej: żeliwna XIX-wieczna Libusza, pamiątka z pobytu w Pradze, gdzie jako visiting professor wykładałem na Uniwersytecie Karola, czy biała, pijąca wodę naga Rosenthalowska dziewczyna Ernsta Wencka – jeden z nielicznych prezentów, który dała mi moja druga babka Joanna. Są też kałamarze i oczywiście holenderskie fajanse, głównie flizy (zajmuję się nimi zawodowo) oraz kilka delftów – misa balwierska, talerze, a zwłaszcza jeden przedmiot. W 2001 r., będąc biednym doktorantem z Europy Środkowo-Wschodniej, przystanąłem w nocy przed wystawą geldryjskiego antykwariatu De Heeren van Bronckorst, Panów na Bronkhorście. Jak urzeczony wpatrywałem się wtedy w półmisek z Delft, na którym namalowano scenę chrztu Jezusa w Jordanie. Byłem wówczas pewny, że moje życie nie ma najmniejszego sensu, bo przecież nigdy sobie takiego cudu nie kupię. A jednak marzenia czasem się spełniają.
Na jednej ze ścian wisi 18 ludowych zegarów, tzw. szwarcwaldów, naiwnie naśladujących czasomierze z lepszej półki. Nie lubię Wielkiej Sztuki. Nawet gdybym był milionerem, Rembrandta czy Poussina nigdy bym sobie na ścianie nie umieścił. Chciałbym za to patrzeć na obraz Jacobusa Vrela. Wdzięczą się także do mnie dwa późnobarokowe drewniane, skrzydlate putta o imionach Baruś i Maciuś – dostały je po przyjaciołach, którzy byli świadkami mojego brawurowego i nieprzyzwoitego wręcz targowania się w amsterdamskim antykwariacie. Wiszą również obrazy – kilka romantycznych landszaftów, a zwłaszcza dziesiątki dawnych, anonimowych i niesygnowanych portretów. Czasem nadaję im tożsamości. Zakupiona za 50 funtów na angielskim eBayu pokiereszowana i odrestaurowana amerykańska purytanka w koronkowym czepcu ma na imię Hester, po bohaterce Szkarłatnej litery Hawthorne’a. Obok niej Greta, wyglądająca na wdowę po rzeźniku alzacka dama o podwójnym podbródku, trzymająca w rękach książeczkę do nabożeństwa (Allegro, koszt: plus minus 20 piw). Dała im drugie życie zaprzyjaźniona konserwatorka Kasia. Niestety, panie zdecydowanie się nie polubiły; na dodatek Greta zawiązała spisek z pastelowymi sąsiadami, Heinrichem i Trude z berlińskiego Wannsee. Goście często pytają, czy nie przeszkadzają mi spoglądający na mnie nieustannie zmarli. Absolutnie nie – jako historyk częściej i chętniej zresztą obcuję z martwymi niż z żywymi. Wreszcie jest jeszcze amatorski portrecik, wystylizowany na XVII-wieczny i celowo powieszony tak, żeby nie rzucał się w oczy. Na ciemnym, płaskim tle namalowano młodego mężczyznę w czarnej koszuli, z poważnym, smutnym spojrzeniem i twarzą okoloną cieniem zarostu. W prawym górnym rogu ikonograficzny żarcik: tulipan na herbowej tarczy. Tak lata temu widział mnie ktoś, kto mnie kochał, ale ja nie potrafiłem pokochać jego.
*
Moje holendersko-angielsko-niemieckie mieszkanie (nie zaś krakowskie, jak automatycznie stwierdzają odwiedzający), przestrzeń horror vacui zamieszkana przez tysiące przedmiotów, jest wręcz manifestacją dystynkcji Pierre’a Bourdieu, kategoryczną odmową wszelkiej praktyczności. Tylko ja potrafię w nim żyć, trudno tu też przyjmować gości. Jednak to, co wielu nazwie pewnie pogardliwie dziwactwem lub snobistycznym kaprysem książątka-estety, dla mnie jest koniecznością, ucieczką w przeszłość i wspomnienia. A także złudnym oparciem w chwilach takich jak teraz, gdy co godzinę czytam o niechcianych ludziach umierających z zimna przy białoruskiej granicy. Pociecha, jaką daje estetyczny komfort, zmienia się wtedy szybko w wyrzut sumienia i wstyd. Codzienny namacalny kontakt z dawną sztuką, nawet jeśli jest to sztuka niewiele warta, muśnięcie politur, miękkość aksamitnych zasłon, szorstkość anatolijskich poduszek, szelest batystowych firanek, nienachalna gładkość fajansu i dziesiątki spojrzeń z miniatur nad biurkiem są mi absolutnie niezbędne. Bez nich nie byłbym w stanie myśleć i pisać. Bez nich musiałbym cały czas krzyczeć z bezsilności, wściekłości i rozpaczy. Mario Praz na pewno by to zrozumiał.
25 października 2021 r.