Subskrybuj
fot. Ernesto Benavides / AFP / East News
Specjalista w zakresie komunikacji naukowo-technicznej, publicysta popularnonaukowy, kurator projektów naukowo-artystycznych, analityk trendów. Doktorant w Instytucie Nauk Humanistycznych na SWPS w Warszawie. Bada zależności między zmianami społeczno-kulturowymi a nauką, techniką, designem i sztuką. Założyciel i prezes https://highculture.pl/

Umysł usprawniony?

Naukowcy sprawdzają, jak na naszą kreatywność i funkcjonowanie układu nerwowego wpływają np. mikrodawki LSD. Jestem jednak bardzo ostrożny, gdy ktoś mówi ludziom: tu macie pigułkę, która zapewni wam lepszą pamięć bądź większą wydajność w pracy.

Nasze mózgi są dziś nieustannie przebodźcowane informacjami. Z pomocą przychodzą oczywiście rozmaite środki farmakologiczne czy techniczne (choćby aplikacje w smartfonach czy smartwatche), które obiecują zwiększyć nasze możliwości poznawcze, a przez to naszą efektywność. Jak na te trendy patrzy neurobiolog?

Ostrożnie i sceptycznie – tak jak powinien naukowiec. Głównie z powodu często wątpliwej ich skuteczności, ale nie tylko. Sokrates był przeciwny pismu. Uważał, że człowiek inteligentny nie powinien zapisywać – powinien pamiętać, a zapisywanie rozleniwia. Dlatego to Platon musiał spisać słowa swojego mistrza. Napięcie między tymi dwiema perspektywami jest wciąż obecne. Przykładowo dziś widać, że mamy obniżony poziom pamięci operacyjnej.

Kiedyś, gdy trzeba było zapamiętywać numery telefonów, radziliśmy sobie pod tym względem znacznie lepiej. Zmierzono, że pamięć operacyjna mieściła od 5 do 9 elementów. Obecnie jej pojemność to raczej 3–7 elementów. Przestaliśmy ją ćwiczyć.

Ale taka jest cena używania techniki. Jednak nie marzymy o powrocie do czasów, gdy np. musieliśmy ręcznie myć naczynia albo prać ubrania.

Te technologie oszczędzają czas, jednak nigdy nie były wprost sprzęgnięte z naszym układem nerwowym. W projektowaniu niektórych aplikacji korzysta się zaś z badań dotyczących odczuwania przyjemności tak, żeby ich używanie zwiększało poziom dopaminy w naszych mózgach.

Odpowiem przewrotnie, że według mnie te dawne urządzenia nie różnią się aż tak bardzo od tych nowych. Kiedy zmywarka wykonuje swoją pracę, też przez jakiś czas rośnie nam poziom dopaminy. Odczuwamy przyjemność, bo dzięki technologii nie musimy tyle pracować.

Ale zmywarek nie projektuje się, używając badań dotyczących tego, jak ludzie zachowują się w kasynach. A niektóre aplikacje – niestety tak.

To prawda – w drugim przypadku mamy do czynienia ze świadomym działaniem twórców, których nadrzędnym celem jest pozyskanie naszego czasu. Do opracowania tego rodzaju narzędzi nie potrzebujemy odwoływać się do neurobiologii. Wystarczy, że twórcy tych aplikacji rejestrują i analizują czas, jaki spędzamy np. przy danym filmiku. Używają do analizy tych danych algorytmów wyłapujących charakterystyczne wzorce, co pozwala serwować treści tak, żeby jak najdłużej przykuć uwagę odbiorcy. Ale tutaj w zasadzie nie wychodzimy poza śledzenie statystyk klikalności czy oglądalności. Wiadomo, że w mózgu odbiorcy coś się dzieje – a to, przy czym spędza więcej czasu, zwykle jest tym, co sprawia mu przyjemność. Nie ma tu wielkiej tajemnicy, nie trzeba powoływać się na neuronaukę.

Zbyt szybko zaczynamy szukać „mózgowego” wyjaśnienia takich zagadnień?

Tak jak istnieje zjawisko „greenwashingu”, czyli celowe wywoływanie fałszywego wrażenia, że jakiś produkt jest ekologiczny, tak też mamy „neurowashing”. Nie w sensie „prania mózgu”, ale „prania mózgiem”: używania cząstki „neuro”, żeby dodać nowości i pozoru naukowości głoszonym twierdzeniom. Dobrym przykładem jest np. neurodydaktyka. Moim zdaniem i  zdaniem wielu naukowców to pewnego rodzaju twór medialny. Głównym przesłaniem neurodydaktyki jest to, że należy dzieci uczyć tak, żeby się nie nudziły i  miały przyjemność z  tego procesu. To bardzo słuszne przesłanie, ale myślę, że nauczyciele wiedzą o tym od tysięcy lat. To, co próbuje wnieść neurodydaktyka, to wiedza o funkcjonowaniu mózgu, jednak robi to niefachowo i nieudolnie, głównie celem „dosmaczenia”. Twierdzenie, że coś powoduje zwiększenie dopaminy w mózgu, jest twierdzeniem pośrednim – trudno przeprowadzić rzetelne badania sprawdzające np. poziom dopaminy u uczniów podczas ciekawej lekcji.

Wracając do manipulacji wykorzystywanych przez Facebooka, TikToka czy inne serwisy internetowe, to właściwie nie potrzebujemy do zwiększania ich skuteczności neurobiologii. Możemy się opierać na wskaźnikach takich jak śledzenie naszego wzroku – czas patrzenia na części sceny, kolejność kierowania wzroku – co wykorzystywane jest przy np. projektowaniu sklepów, zarówno realnych, jak i  internetowych.

Kiedy mówię komuś, że zajmuję się neurobiologią, to słyszę często, że zaraz przyczepimy wszystkim elektrody i będziemy mogli dzięki temu kontrolować ludzi. A przecież do kontrolowania ludzi nie potrzeba żadnych elektrod – są na to sztuczki psychomanipulacji znane od dawna.

W związku z wielością informacji, które codziennie przyswajamy, pojawia się pytanie, czy nie powinniśmy móc sięgnąć po środki farmakologiczne, które mogą zwiększyć nasze możliwości poznawcze (zwłaszcza w kontekście naukowym). Już kilkanaście lat temu Michael Gazzaniga, w pewnym sensie ojciec założyciel neuronauki poznawczej, apelował (wspólnie z grupą innych naukowców) o umożliwienie dostępu do różnych substancji prokognitywnych osobom zdrowym i komunikację między naukowcami, lekarzami, bioetykami i użytkownikami tych substancji. Pozwoliłoby to opracować protokoły zażywania tych środków bez kontekstu terapeutycznego. Te substancje to zwykle leki powstające z myślą o osobach z różnymi zaburzeniami neurologicznymi czy psychiatrycznymi (np. narkolepsją czy ADHD). Co Pan sądzi o takiej drodze poszukiwania usprawnień naszych zdolności?

Jestem raczej sceptyczny. Z jednej strony uważam, że nie powinniśmy stosować zakazu badań substancji psychoaktywnych, zwłaszcza gdy mogą być one wykorzystywane jako potencjalne leki. Obecnie w kontekście terapeutycznym testuje się np. LSD i inne substancje psychodeliczne. To bardzo dobrze. Z drugiej strony znane mi metaanalizy dotyczące leków nootropowych czy innych substancji prokognitywnych, zwłaszcza roślinnych, pokazują, że efekty ich stosowania u zdrowych osób są znikome. Powiem szczerze, że gdyby ktoś rozłożył przede mną całą aptekę i poprosił o wskazanie substancji na poprawę kondycji umysłowej, to zasugerowałbym mu raczej dobre wakacje, porządne wysypianie się, aktywność umysłową i regularną gimnastykę.

###banner###

Rozczarował Pan właśnie niektórych czytelników. Są jednak uczeni przekonani, że niewielkie ilości środków psychoaktywnych mogą np. wspomagać kreatywność w pracy naukowej czy artystycznej.

Zgadzam się, że badania w tym zakresie powinny być prowadzone. Jednak znane mi rezultaty dotyczące prokognitywnego wpływu np. miłorzębu pokazują, że jego efekt był praktycznie na poziomie placebo. W przypadku takich środków efekt oczekiwania jest bardzo silny i  podając dwie duże, czerwone tabletki – najsilniejszy efekt placebo – możemy sprawić, że ludzie będą twierdzić, że lepiej się czują i lepiej zapamiętują.

Jedną z takich substancji usprawniających jest modafinil, który przyjmuje się jako lek ułatwiający radzenie sobie z deprywacją snu, np. z jet lagiem. Kilka lat temu pojawiły się dobrze udokumentowane przypuszczenia, że stosuje go Barack Obama. Badania sugerują, że nie tylko działa on na osoby mające kłopoty ze snem po zmianie czasu, ale także innym przemęczonym osobom przywraca poczucie względnego optimum. Może więc stosowanie takich środków nie powinno być zarezerwowane tylko dla celów leczniczych, ale także dla osób zdrowych, które chcą usprawnić swoje funkcjonowanie?

Jeżeli ktoś ma już problemy związane ze stresem i z przepracowaniem, to taka substancja może pomóc wrócić mu do utraconej równowagi. Jednak nie znam badań, które by jednoznacznie pokazywały, że możemy podnieść zdolności umysłowe ponad wartość charakterystyczną dla danej osoby. Często to, co obserwujemy, to wspomniany już efekt placebo. Musimy też pamiętać, że wprowadzanie każdej zmiany biochemicznej powoduje, iż nasz organizm przyzwyczaja się do podawanej mu substancji. Długotrwałe używanie tego typu polepszaczy może spowodować, że ich odstawienie będzie bardzo trudne. Widać to np. u ludzi, którzy cierpią na problemy ze snem. Leki nasenne są cennym narzędziem w walce z bezsennością, pozwalają funkcjonować osobom mającym kłopoty z  mózgowym układem regulacji aktywności i snu. Jeżeli jednak osoba mająca jedynie lekkie problemy ze snem, które mogłaby rozwiązać za pomocą różnego rodzaju technik behawioralnych (regularnego trybu spania czy unikania patrzenia na ekran przed snem), wejdzie na drogę farmakologiczną, to później trudno z niej zejść. Niestety, każda substancja mająca potencjalne działanie neuromodulujące, czyli taka, która przechodzi przez barierę krew–mózg i wpływa na komórki nerwowe, ma potencjał do wywołania długotrwałej zmiany. Zawsze istnieje pytanie o proporcje korzyści i szkód, na które musi odpowiedzieć specjalista w ścisłej współpracy z pacjentem.

Co do zasady uważam, że nie powinniśmy blokować naukowcom możliwości szukania nowych środków i eksperymentowania np. z podawaniem mikrodawek LSD. Takie badania mogą nam powiedzieć, jakie są podstawy funkcjonowania naszego układu nerwowego i ludzkiej kreatywności. Również jestem za depenalizacją niektórych substancji psychoaktywnych. Uważam, że marihuana powinna być dostępna tak, jak nikotyna. Tam, gdzie depenalizuje się substancje, które nie mają dużego potencjału uzależniającego, wcale nie zwiększa się popyt na inne, twarde narkotyki. Byłbym jednak zawsze bardzo ostrożny, żeby wmawiać ludziom: tu macie pigułkę, która wam zapewni np. lepszą pamięć. Żeby udowodnić taką tezę, potrzebne są rozbudowane, wielokrotnie powtarzane badania, a takich producenci suplementów nie robią i nie chcą robić.

David Nutt, brytyjski psychofarmakolog, stwierdził, że gdyby alkohol wynaleziono dzisiaj, to byłby on prawdopodobnie zaklasyfikowany w grupie najgroźniejszych, najbardziej toksycznych i uzależniających substancji.

Zgadza się. Ma spory potencjał uzależniający, niesie ogromne koszty społeczne, jest rakotwórczy i  w  nawet niewielkich ilościach powoduje zmniejszenie objętości mózgu.

Nie jest zakazany, a wręcz jest dziś tak łatwo dostępny, wyłącznie ze względu na to, że przez tysiąclecia wytworzyliśmy wokół niego pewną kulturę. Może wokół substancji prokognitywnych – również wobec psychodelików, które są wielokrotnie mniej szkodliwe niż alkohol – też z czasem powstanie taka akceptowana „kultura spożycia”?

To prawda, że kulturowa kontrola spożywania takich substancji jest ogromnie ważna. Do tego dochodzi technologia. Prof. Jerzy Vetulani twierdził, że jedną z przyczyn problemów naszej cywilizacji z alkoholem było wynalezienie destylacji. Alkohol jest substancją naturalną i  ludzie od wieków produkowali różne rodzaje piwa i wina. W tych napojach występują raczej niskie stężenia alkoholu, łatwiej kontrolować spożycie. Po wynalezieniu destylacji pojawiły się produkty o  bardzo wysokim stężeniu alkoholu, które powodują, że stosunkowo szybko i tanim kosztem możemy się wprowadzić w stan odurzenia. Dodatkową barierą był też wspomniany mechanizm kulturowy – alkohol jako produkt spożywany wspólnie i od święta pod kontrolą społeczności. W dzisiejszych, bardziej zatomizowanych społeczeństwach ten hamulec działa w słabszym stopniu. Ale ma Pan rację – być może za jakiś czas, kiedy rzeczywiście wykażemy, że substancje takie jak psylocybina mają np. potencjał wzmacniający kreatywność, będą one używane tak, jak teraz kofeina.

Może gdyby istniała taka kultura zażywania różnych substancji psychoaktywnych (w kontekście nootropowym, przeciwbólowym, relaksacyjnym), to epidemia uzależnienia od opioidów, która zwłaszcza w USA zbiera swoje żniwo, byłaby łatwiejsza do powstrzymania?

To ciekawy przykład. Mówiąc w dużym uproszczeniu, epidemia nadużywania opioidów w USA wybuchła w wyniku niedostatecznych regulacji systemu wolnorynkowego. Producenci opioidów wiedzieli, jak „zhakować” system: wmówili agencjom regulacyjnym i ludziom, że ich produkty nie uzależniają, oraz skierowali swoje siły marketingowe na lekarzy. Kłopot w tym, że jest na odwrót – opioidy mają jeden z najsilniejszych potencjałów uzależniających. Każdy farmakolog o tym wie. Działają fantastycznie na poziomie rdzenia kręgowego, blokując ból, ale jednocześnie przenikają przez barierę krew–mózg i  pobudzają mózgowy układ nagrody. Powinny być używane wszędzie tam, gdzie są wskazane, np. w  chorobach onkologicznych czy bólach neuropatycznych. W Polsce opioidowe leki przeciwbólowe są ordynowane zbyt rzadko. Jednocześnie substancje te muszą podlegać ścisłej kontroli, bo działają na wspomniany układ nagrody, czyli bezpośrednio sprawiają, że człowiekowi jest miło i przyjemnie. Niestety taka „pigułka szczęścia” uzależnia. W USA uzależnione od opioidów są często osoby zamożne, zaliczane do klasy średniej. Zwykle w wieku 40–50 lat zaczyna nas wszystko boleć – bolą plecy, nie możemy robić tego, co lubimy, podnosić cięższych rzeczy. I nagle dostajemy od lekarza lek, po którym jest dobrze, znów jesteśmy „sprawni” i przez jakiś czas czujemy się młodsi. Niestety, nie ma darmowego lunchu. Kiedyś przyjdzie za to zapłata. Epidemia nadużywania opiatów pokazuje, na co musimy zwrócić uwagę, jeśli będziemy mieli podobną pigułkę, która np. zwiększy kreatywność i wydajność.

Przejdźmy od biochemii do technologii. Istnieją na rynku różne tzw. poważne gry (np. te oferowane przez portal Lumosity), wykorzystywane do badania pamięci oraz możliwości skupienia uwagi. Czy ludzie, którzy będą spędzali dużo czasu, grając w te gry, ćwiczą rzeczywiście te zdolności, czy po prostu uczą się dobrze grać w konkretne gry?

Bardzo dobre pytanie. W książce Moonwalking with Einstein Joshua Foer opisuje, jak przygotowywał się do zawodów mnemotechnicznych. Uczył się różnych technik zapamiętywania. Potrafił zapamiętać kilka talii kart czy nowo spotkane osoby i wykonywać inne zadania pamięciowe. Ale i tak nadal zapominał, gdzie położył kluczyki od samochodu.

Jest to pewnego rodzaju odpowiedź, choć oczywiście anegdotyczna – bardzo ważne jest utrzymywanie sprawności umysłowej i musi być ona różnorodna. Jeżeli się ćwiczymy w jednym zadaniu, uczymy się, jak rozwiązać to jedno konkretne zadanie. Komponenta ogólnej sprawności na pewno nieco się podniesie względem osoby, która nie robi nic, ale nie jest tak, że jedno zadanie umysłowe podciągnie możliwości całego systemu poznawczego. Samo kółko i krzyżyk czy szachy niekoniecznie poprawią nam ogólny wskaźnik sprawności umysłu. Znane mi badania sugerują, że może przy takich grach zaistnieć pewien uogólniony efekt, jednak będzie on niewielki – przede wszystkim poprawiamy skuteczność w ramach danego zadania, które ćwiczymy.

A jeśli zejdziemy poziom głębiej i zastosujemy w tego rodzaju grach np. EEG (elektroencefalografię) albo MEG (magnetoencefalografię), wykorzystując neurofeedback? Tam widzimy dokładnie na podstawie różnych częstotliwości fal mózgowych, jak reaguje nasz mózg. Zależnie od technologii, która pokazuje na bieżąco aktywność mózgu, możemy jakoś sobie daną zdolność ćwiczyć. Np. sterować samochodem jadącym po torze wyścigowym – tym lepiej, im bardziej się skupimy (jeśli trenujemy akurat mechanizmy uwagowe). Czy to jest po prostu pewna ozdoba tej gry, czy realnie zwiększa skuteczność ćwiczenia?

Według mnie to często jest jedynie ozdoba. Przykładowo: w EEG częstotliwość gamma to pochodna naszej uwagi, a częstotliwość alfa – relaksacji. W związku z tym jest to pewnego rodzaju potwierdzenie, które daje nam jakiś wgląd w to, jak funkcjonuje nasz umysł. Ale trzeba też pamiętać, że neurofeedback jest oparty na dość zgrubnych wyznacznikach, o których nie do końca wiemy, jak łączą się z funkcjonowaniem naszego mózgu.

Czy podobnie jest w przypadku takich technologii, jak komercyjnie dostępne (przynajmniej na niektórych rynkach) urządzenia wykorzystujące tDCS (przezczaszkową stymulację prądem stałym) albo zarezerwowana cały czas, na szczęście, dla naukowców technologia TMS (przezczaszkowa stymulacja magnetyczna)? Komercyjne zabawki z tDCS-em chyba na razie wyrządzają więcej szkód, niż przynoszą korzyści. Odnotowano przypadki porażeń prądem u osób, które kupiły te urządzenia i korzystały z nich niewłaściwie.

Co  do tego rodzaju technik też jestem sceptyczny, do czasu aż rzeczywiście wykażą swoje działanie w  niezależnych, prawidłowych i powtórzonych badaniach. Od jakiegoś czasu obserwuję wysyp tego typu urządzeń. Przypomina to historię z Michaelem Persingerem, twórcą „hełmu Boga”, w którym stosował właśnie stymulację magnetyczną do wywoływania przeżyć religijnych. Kłopot w tym, że nikt nie był w stanie powtórzyć jego doświadczeń, efekty były na poziomie placebo. Persinger się obraził na świat naukowy, a jego uczniowie sprzedają te urządzenia przez Internet. W przypadku urządzeń tDCS chodzi o przepływ prądu stałego przez mózg. Jak na razie, moim zdaniem, mamy za mało zebranych rzetelnych badań.

Z wiekiem robię się coraz bardziej konserwatywny naukowo – nie przekonują mnie pojedyncze ani nieliczne publikacje naukowe, szczególnie jeżeli pochodzą z jednego laboratorium. Uznajemy, że nauka jest pewnego rodzaju wolnym rynkiem, każdy może robić badania i je publikować, o ile są prawidłowe metodologicznie. Ale w nauce zawsze zakładamy możliwość istnienia błędu lub wręcz oszustwa. Najcenniejsze informacje mamy, kiedy syntetyzuje się wyniki z  wielu badań w  postaci metaanaliz – wtedy możemy powiedzieć, że coś rzeczywiście działa. Dlatego musimy mieć instytucje zaufania publicznego, które potrafią robić przeglądy badań i  łączyć setki małych odkryć. Powinniśmy inwestować w instytucje zajmujące się nie tylko badaniami podstawowymi, ale również tego rodzaju metaanalizami.

W naukę można też inwestować w inny sposób. Na przykład tak, jak Elon Musk, który obiecuje, że jego firma Neuralink niedługo pozwoli usprawnić możliwości ludzkiego mózgu za pomocą implantów umożliwiającyh symbiozę układu nerwowego ze sztuczną inteligencją.

Sama idea tzw. neuroprotetyki i  interfejsu mózg–komputer to nieco inna kwestia niż farmakologia. Musk nie jest pierwszy w tej dziedzinie. Dużo wcześniej powstał system BrainGate  – stworzono interfejs mózg–komputer, dzięki któremu małpa mogła za pomocą myśli poruszać ramieniem robota lub kursorem myszy. Ten system wykorzystano już z  powodzeniem u  osób całkowicie lub częściowo sparaliżowanych – mogły one za pomocą myśli obsługiwać komputer lub poruszać robotem, a  nawet własną ręką. W  takich systemach komputer pełni funkcję pośrednika – odczytuje aktywność mózgu i  przekazuje informacje do efektorów. Nie mówimy tutaj o  czymś, co nie zostało zweryfikowane eksperymentalnie, tylko o prawdziwej, twardej nauce.

To, co robi firma Neuralink, jest ciekawe, ponieważ obnaża w pewnym sensie słabość nauki akademickiej. Musk wziął dobrych naukowców, zagwarantował im duże środki i  powiedział: zajmujcie się tylko tym – nie musicie publikować, nie musicie ścigać się o  granty, nie musicie uczyć studentów, po prostu rozwiązujcie problemy. Choć pojawiają się pewne kontrowersje związane z szaleńczym tempem pracy, to Neuralinka bronią wyniki: udało się tam stworzyć np. robota do implantacji elektrod w mózgu, a to jeden z największych problemów w tego rodzaju technikach. Moment połączenia mózgu z elektroniką zawsze był słabym punktem. Dodatkowo stworzono własne czipy do zbierania, analizy i przesyłania bezprzewodowego sygnałów z mózgu. Teraz mamy szansę, żeby za pomocą kilku tysięcy małych elektrod dużo precyzyjniej odczytywać sygnały z mózgu. To jest kolejny rok w pomocy osobom sparaliżowanym i borykającym się z innymi problemami.

Czy w ten obszar „twardej nauki” wpisuje się też technologia pyłu neuronowego (ang. neural dust – rodzaj interfejsu mózg– komputer bazującego na bardzo małych sensorach zasilanych bezprzewodowo), czy to jeszcze science fiction?

To jeszcze science fiction. Zawsze musimy pamiętać o  najbardziej podstawow ych pryncypiach fizycznych. W  tym przypadku o zasilaniu. Żeby przekazać informację, potrzeba energii. Dzisiejsze implanty są dość duże, potrzebują znacznych ilości energii do funkcjonowania i jakoś tę energię musimy im dostarczyć. Stworzenie mikroczy nanourządzeń, które same się ładują, jak na razie nie jest możliwe. Być może one kiedyś powstaną, ale póki co nie widziałem ani jednej realizacji takiego pomysłu. Postęp jest jednak tak szybki, że być może ktoś coś niedługo stworzy, ale jak dotąd na drodze stoi kwestia miniaturyzacji źródła energii.

W kontekście usprawnień technologicznych ciekawa jest jeszcze kwestia snu. Coraz więcej osób śpi w opaskach, które za pomocą różnych parametrów mierzą nasz sen. Czasami stosuje się prosty układ elektrod sczytujący przez całą noc EEG, a czasami wykorzysuje akcelerometr, żeby sprawdzić, czy się ruszamy w nocy, i na tej podstawie wykrywać fazy snu. Jeden przypadek, który zawsze mnie trochę bawił, dotyczy pewnego przedsiębiorcy. Codziennie śpi on w opasce EEG i zawsze rano sprawdza odczyt, po czym – niezależnie od tego, jak się czuje subiektywnie – jeśli zobaczy, że w zapisie cokolwiek wygląda niewłaściwie, odwołuje wszystkie spotkania. Dane zaczynają dominować nad tym, jak się czuje. Czy to nie pułapka?

To bardzo ciekawy przykład. Co jeśli okaże się, że opaska się zepsuła i mówi, że źle spaliśmy? Czujemy się dobrze, a psujemy sobie cały dzień. Trzeba pamiętać, że np. urządzenie może nie być odpowiednio skalibrowane albo być nie dość czułe.

Tego typu gadżety są fantastyczne  – pozwalają nam analizować jakość snu, a nawet wykryć bezdech senny dzięki temu, że nowoczesne opaski sportowe mierzą saturację krwi. Sprawdzanie liczby kroków, które codziennie robimy, może nam uświadomić, ile w rzeczywistości mamy na co dzień wysiłku fizycznego. Uważam, że takie urządzenia są użyteczne i sam z nich korzystam. Ale zachowajmy w tym zdrowy rozsądek.

Co do samego snu natomiast, jest to kwestia bardzo indywidualna. Ludzie się bardzo różnią pod względem jego długości i  głębokości. Prof. Michał Skalski, jeden pierwszych polskich badaczy i lekarzy snu, opowiadał na swoich wykładach jako anegdotę o przypadku pewnej nauczycielki. Miała ona taki rytm okołodobowy, że nie była w stanie pogodzić potrzeby snu z pracą – nie mogła spać w nocy, za to zasypiała w dzień. Po różnych nieskutecznych próbach przestawienia tego rytmu profesor poradził, by zmieniła pracę – została piekarzem. W  nocy pracowała, w dzień spała i to było zgodne z jej wewnętrznym zegarem snu. Sen to bardzo indywidualna sprawa, więc wszystkie gadżety, które mówią nam o parametrach fizjologicznych, traktujmy indywidualnie i  jako pomoc. Najważniejsze na samym końcu jest nasze samopoczucie i zdrowie.

Z wielu metod usprawniania zdolności poznawczych człowieka wynika pewien problem – zawsze jest coś za coś. Nawet jeśli możemy za pomocą czy to farmakologii, czy technologii osiągnąć dany cel, to osoby „usprawnione” mogą być pod innymi względami nieco bardziej ubogie. W tym sensie, że, przykładowo, osoba, która jest pod wpływem stymulantów, być może nie będzie szczególnie empatyczna i kreatywna. Jednocześnie największy nacisk kładziemy na zdolności logiczno­ -matematyczne i ich przyspieszanie w kontekście naszej skuteczności. Polepszaczy empatii na rynku nie widać.

Zgadzam się z Panem. Nawet jeśli będziemy mieli do dyspozycji skuteczne polepszacze zdolności poznawczych, na koniec musimy się zawsze odwołać do tego, co jest siłą grupy, czyli mieszanki osób z różnego rodzaju cechami. Dobrze to widać w zespołach naukowych – trzeba je tak dobierać, aby ich członkowie się uzupełniali. Ktoś może lubić pomiary, ktoś inny podejście bardziej teoretyczne. Podobnie w piłce nożnej – niekiedy dobrze zgrane zespoły potrafiły wygrywać z  drużynami, gdzie obok kilku gwiazd reszta pozostawała w cieniu.

Dobrze, żeby mieć tę różnorodność również w sobie. Żeby z trybu skupienia umieć przejść w  tryb kreatywny. I pamiętać, że nawet z polepszaczami i czipami w mózgu jesteśmy ludźmi, zwierzętami stadnymi. A u Homo sapiens zdolność do empatii i  komunikacji może być niekiedy ważniejsza niż pęd do sprawniejszego rozumowania, liczenia czy programowania.

***

Paweł Boguszewski
Dr, neurobiolog, kierownik Pracowni Metod Behawioralnych w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. Zajmuje się badaniami behawioralnymi w modelach wykorzystywanych w naukach podstawowych i biomedycznych

Artykuł pojawił się w numerze: Neuronauka i neurobzdury