Możliwe, że to kwestia moich osobistych obsesji, ale kiedy czytam puste przeloty, myślę o samolotach, które podczas pandemicznych lockdownów latały nad Europą bez pasażerów po to tylko, żeby zachować prawo do określonych korytarzy powietrznych. Miało to miejsce w pierwszych miesiącach pandemii, kiedy wirus budził powszechny lęk i rządził całą infosferą. Był to z pewnością szczególny moment: nasza historia zderzyła się spektakularnie z ewolucyjną historią niewidocznego gołym okiem maleństwa i okazało się, że ludzka sprawczość jest mocno przeszacowana. Cywilizacja oparta na ekstrakcji jest bowiem jednocześnie potężna i bezradna: miarę jej potęgi stanowią spektakularny postęp technologiczny, jaki dokonał się w ciągu ostatniego stulecia, a także rozmiary antropogenicznych zniszczeń. Miarą słabości okazuje się chociażby kompletny uwiąd wyobraźni w konfrontacji z egzystencjalnym zagrożeniem, przed jakim stoimy w związku z uszkodzeniem systemów podtrzymujących życie na Ziemi. W pustych przelotach zawierają się w moim odczuciu obie skrajności: hiperaktywność maszyny (czy raczej „machiny” ekstrakcyjnego kapitalizmu) i jej kompletna bezmyślność. Wiersz Biry notuje „puste przeloty”, choć niekoniecznie odnosi się wprost do spraw, o których tu wspominam.
Możliwe, że i to jest kwestią moich osobistych obsesji, ale „roztopki” kojarzą mi się z topnieniem lodowców albo z innym rodzajem głębokiej, nieodwracalnej straty. W dniu, w którym siadam do napisania tego tekstu, z masywu Marmolada w Dolomitach oderwał się kawałek lodowca, zabijając co najmniej 11 osób. Kriosfera jest w dramatycznym stanie, podobnie jak całe związane z nią życie – a zatem także każdy dom i „domek”. Wszyscy o tym wiemy i nie da się na ten temat powiedzieć niczego ciekawego; a jednocześnie nie da się nie mówić. Te kolidujące ze sobą nakazy (mów, nie mów albo mów – parafrazując Derridę – unikając mówienia) rozumiem jako punkt wyjścia poetyckiego eksperymentu Biry. Nie chodzi o to, co chciałoby się powiedzieć, chodzi o to, jak jeszcze można próbować wprawić słowa w ruch (wewnątrz machiny).
W jednym z wierszy z książki 1.1 (Wydawnictwo Convivo, 2021) pada taka odpowiedź:
„to wszystko zależy
na jakie lubisz stawiać
formy wypowiedzi
i jak je lubisz wypowiadać
– najbardziej, jak je lubisz
wypowiadać
– to ile jemy
w końcu, dużo
czy mało, i na ile różnorodnie?”
Podobnie jak Emilia Konwerska, Bira komponuje swoje wiersze z cytatów lub pseudocytatów, zapisując skrawki rozmów, które mogły realnie mieć miejsce, ale nie musiały. W powyższym fragmencie nagłe przejście od kwestii mówienia do kwestii jedzenia może stanowić zmianę tematu, ale wcale nie musi – mówienie jest nieoddzielne od jedzenia czy, szerzej rzecz ujmując, od konsumpcji stanowiącej siłę napędową przyspieszającego świata. Forma wypowiedzi jest tu kwestią preferencji – jak każdy inny towar. Nie widać wyjścia z tej sytuacji, może dlatego Bira sięga po szczególny rodzaj ironii – nigdy nie domyka swoich tekstów, nie nadaje im pozorów głębi.
Puste przeloty można czytać figuratywnie (podobnie jak „puste przebiegi”) jako opis działania o nikłej sensowności, za to generującego dużo dosłownego lub metaforycznego szumu, można tę frazę przyłożyć do języka, który wobec braku jednoznacznego zakotwiczenia w jakiejś rzeczywistości wysuwa się na pierwszy plan.
W tle są rozpadający się świat, który zawsze do pewnego stopnia był fikcją, oraz głęboka materialna przemiana naszego „środowiska”. Mam na myśli choćby to, że masa plastiku jest obecnie dwukrotnie wyższa od masy wszystkich zwierząt lądowych i morskich razem wziętych (uważam, że to musi zmieniać sposób pisania wierszy). Bira operuje językiem tak, żeby podkreślić jego plastyczność, sztuczność i cudzość. W przytoczonym wierszu rzucają się w uszy liczne zdrobnienia: „roztopki”, „sosik”, „mrozik”. Zdrobnienia to właśnie puste przebiegi, „puste przeloty”, nadmiar języka w języku. Treść – każda – jest w każdej chwili dostępna (kwestia paru kliknięć). Jednocześnie problem, do którego próbujemy tu podejść, jest „technicznie / nie do ujęcia”. Cytat czy metakomentarz? Mowa o czymś, co komplikuje swojską ontologię, czego nie da się ująć „technicznie”: można tylko opukiwać z wierzchu, licząc na jakiś odzew.
Śpiew (i duszenie się) dotyczą ludzkiego oddechu i głosu, czyli tych akurat aspektów języka, które najściślej wiążą się z ciałem. Ciało mówi – lubi mówić – ale komunikat grzęźnie we własnej nadmiarowości. Szczególnie piękna, paradoksalna, zupełnie niemożliwa do sparafrazowania końcówka wiersza otwiera tę trudną sytuację komunikacyjną na kogoś innego. I jest w tym ulga, nawet jeśli odpowiada tylko pustka.
puste przeloty
Szymon Bira
puste przeloty, roztopki
sosik od palców
w górę, technicznie
nie do ujęcia
w domku mrozik, ktoś
śpiewa, dusi się
– ludzkie czynności
i nawet jak mówimy
do nikogo tutaj nie ma
17 marca 2022 r.
*