Subskrybuj
Amerykańskie szczygły na rycinie Johna Jamesa Audubona z początku XIX w. fot. UIG / Getty
Irlandzki poeta, pisarz, tłumacz. Tworzy poezję kontemplacyjną osadzoną w chrześcijańskiej duchowości, w języku polskim ukazał się jego tom Kości słonych wód. Poezje wybrane (2022)

Piosenka szczygła

Oto stara waga z języczkiem i dwiema szalami: na jednej połóżmy okropieństwa wojny. Na drugiej piękno, miłość, proroctwo. Niestety, od zarania dziejów odważnik po stronie wojny jest zawsze najcięższy. Zadaniem nas wszystkich jest umieścić na przeciwnej szali najlepsze, na co stać ludzkość.

W.H. Auden napisał wspaniałą elegię Pamięci W.B. Yeatsa. Pochodzi z niej pewien wers, który stał się sławny i często bywa cytowany. Ponieważ jednak zwykle przytacza się go bez kontekstu, domaga się pewnego wyjaśnienia. Otóż Auden pisze o Yeatsie, że „dzień jego zgonu był mrocznym i mroźnym dniem”. Tak! Poeta, twierdzi Auden, nie popada w zapomnienie, podobnie jak jego słowa: „Słowa zmarłego / Ulegają przemianie we wnętrznościach żywych”. Tak, lecz w przypadku Audena słowa ulegają przemianie nadmiernej. A oto i problematyczne wersy: „Pod niebem / Irlandii trwa dziś jednak wciąż ten sam obłęd i klimat: / Nic się nie zdarza za sprawą poezji”. Jakże to łatwo zapada w pamięć: „Nic się nie zdarza za sprawą poezji”. A zatem pogląd, jakoby poezja mogła powiedzieć nam coś wartościowego o wojnie, musi być błędny. Jednakże to nie koniec wiersza, którego kolejne słowa są kluczowe: poezja, pisze Auden, przeżywa:

 

ona przeżywa.
I przetrzymuje wszystko w wysłowionej przez siebie kotlinie,
Do której nie zajrzy inwestor; ona po prostu płynie

Na południe, mijając zagrody izolacji,
krzątanin i trosk,

Zgiełk miast, w które wierzymy
i w których konamy; przeżywa

Jako zdarzanie się swoiste, usta, głos

(tłum. S. Barańczak).

 

Poezja przeżywa tam, gdzie nie zagląda inwestor, mija zagrody izolacji, krzątanin i trosk, przeżywa jako usta, głos. O ile nic nie zdarza się za sprawą poezji, o tyle sama w sobie jest ona zdarzaniem się swoistym. To coś nowego, świeżego, coś niezwykle ważnego. Czym jest to swoiste zdarzanie się? Ustami, językiem, słowami, pieśnią. Wszystkim tym, co chciałbym zawrzeć w słowie kluczu: „miłość”. Może przeciwieństwem wojny jest nie tyle po prostu pokój, bo pokój jako gotowanie się do wojny nie jest pokojem, ile miłość.

W tym miejscu chciałbym złożyć pokorny hołd waszemu Czesławowi Miłoszowi i odczytać jego wiersz pochodzący z wydanego w 1991 r. tomu Dalsze okolice.

 

Kuźnia

Podobał mi się miech, poruszany sznurem.

Może ręka, może nożny pedał, nie pamiętam.

Ale to dmuchanie, rozjarzanie ognia!

I kawał żelaza w ogniu, trzymany cęgami,

Czerwony, już miękki, gotów do kowadła,

Bity młotem, zginany w podkowę,

Rzucany w kubeł z wodą, syk i para.

I konie uwiązane, które będą kuć,

Podrzucając grzywami i w trawie nad rzeką

Lemiesze, płozy, brony do naprawy.

 U wejścia, czując bosą podeszwą klepisko,

Tutaj bucha gorąco, a za mną obłoki.

I patrzę, patrzę. Do tego byłem wezwany:

Do pochwalania rzeczy, dlatego że są

 

Oto czym jest poezja, oto czym jest pieśń, oto czym jest miłość: „pochwalaniem rzeczy, dlatego że są”. Oto podstawowe zadanie każdego poety, wyczyn wyobraźni i powołanie do proroctwa, pośredniczenie między ludzkością a Bogiem, jeśli akurat takim imieniem zechcemy nazwać absolutne życie i ogół wszelkiego stworzenia. Oto stara waga z języczkiem i dwiema szalami: na jednej połóżmy okropieństwa wojny, dezintegrację wszystkiego, czym jest miłość, wszystkiego, co piękne. Na drugiej piękno, miłość, proroctwo. Niestety, od zarania dziejów odważnik po stronie wojny jest zawsze najcięższy. Zadaniem nas wszystkich jest umieścić na przeciwnej szali najlepsze, na co stać ludzkość. Zadaniem poety zaś jest „pochwalać rzeczy, dlatego że są”.

Sam w moich wczesnych dniach niewinności i zachwytu często stawałem w szerokiej, otwartej bramie kuźni i obserwowałem, jak podkuwa się zimnokrwiste konie, słuchałem synkopowanych uderzeń młota o kowadło, patrzyłem na iskry spadające na porośnięte ciemnym włosem ramiona kowala.

Zachwycałem się rzeczami, dlatego że są.

Nasz wielki zmarły poeta Seamus Heaney stał w drzwiach kuźni przy swoim domu, a później opiewał ją, dlatego że była. Oto wyimek z wiersza Kuźnia, który pochodzi z jego drugiego, wydanego w 1969 r., tomu Door Into the Dark:

 

Na zewnątrz rdzewiejące ośki i obręcze;
W środku płaskie dzwonienie kutego kowadła,
Nieprzewidywalna wachlarzówka iskier
Lub syk, kiedy podkowa hartuje się w wodzie”
(tłum. M. Heydel).

 

Oto apoteoza fizycznego świata takiego, jaki jest, dlatego że jest. Wiersz ten nazywa drobne cuda stworzenia, a zatem sam w sobie stanowi akt miłości. Przy całym bogatym obrazowaniu i realistycznym podejściu do pisania poezji zarówno Miłosz, jak i Heaney stali mocno na twardej ziemi, wskazywali i nazywali jej elementy, jakby rysowali mapę tego, co na tym świecie warte jest kochania. W mojej chatce w środkowo-zachodniej Irlandii każdego ranka oddaję cześć światu na zewnątrz, tej cichej i wyzutej z dramatyzmu wsi, gdzie odnajduję cudowny spokój. Staję przy czerwonej furtce, prowadzącej na drogę, spokojną wiejską drogę, po drugiej stronie której czekają tajemnice ciemnego zagajnika. Poniższy wiersz często stanowi część mojego porannego pacierza:

 

Czerwona furtka

Rankiem, gdy otwierasz czerwoną furtkę –
znów wpuszczając świat, z jego dogmatami i wojnami

zawiasy wyśpiewują trzy ostre dźwięki protestu;
słyszysz topole w ich szemraniach i świstach
a obok toczą się naprzód pracujące na wysokościach
karawany deszczu; odniesiesz wrażenie, że stare

pewniki księżyca i gwiazd, zmieszane
z obrotami i powrotami twoich marzeń, oblekają się we mgłę
nierealności, choć wkoło ciebie wznoszą się
oracje i jutrznie jarzębiny i tawuły; gdy pierwsza
ciężarówka tłucze się z chrzęstem po mokrej drodze, atakują cię
chropawe argumenty i podszyte samozdradą ekonomie rządów,
więc możesz przegapić czyste jak dusza krople
na najwyższym drążku, których szept przyniósłby ci pokój
(tłum. J. Hunia).

 

Od kiedy sięgam pamięcią, istnienie wojny i wojen, przemocy, kolonializmu, zawłaszczania ziemi zwanego „osadnictwem” wprawiało mnie w zdumienie. Pokornie przyznaję, że nigdy nie doświadczyłem wojny osobiście, i uważam to za błogosławieństwo, lecz dziś również ja czuję się przytłoczony i zawstydzony tym, do czego jest zdolna skrajna mniejszość ludzkości, a co przybiera formę niedającej się nijak usprawiedliwić inwazji na Ukrainę, waszych łagodnych sąsiadów. Jest więcej miejsc, w których silni nie wzdragają się przed użyciem przemocy, by utrzymać władzę. Pamiętam, jak mając ledwie sześć, siedem lat, siedziałem w kuchni rodzinnego domu i rozmyślałem o dorosłych, którzy zebrali się wokół radia, by posłuchać wiadomości z Korei. Rzecz jasna, nie miałem pojęcia o wojnach, ale coś zapadło w moją pełną oczekiwania duszę i w niej pozostało. Kiedy byłem już nieco starszy, chadzałem z moim bratem Declanem i z ojcem – a raczej to ojciec chadzał, a my podążaliśmy za nim – strzelać do zajęcy na piaszczystych wzgórzach pośród pól naszej wyspy lub, zimą, polować na dzikie gęsi.

Pamiętam, jak malutkie zające umykały do swych bezpiecznych norek; jak piękne dzikie gęsi, bernikle i gęgawy, rozpłaszczały się brzydko na stole w spiżarni, ich pióra zbroczone krwią. I czułem ból gdzieś w sobie.

Lata później wspominałem, jak ojciec uczył mnie strzelać. Wydaje mi się, że właśnie tamto doświadczenie skłoniło mnie do podjęcia próby napisania mojego pierwszego antywojennego manifestu!

 

Oko zajęczycy

Tam! wśród pędów cieciorki i pokładzionych traw

masz? – koczowniczka, dzika i baczna;

wytężone słuchy czujnie pełnią wartę, mocne skoki

zwarte i gotowe porwać ją do ucieczki;

patrz, powiedział, i skup się: musisz kochać

mięciutkie mięśnie łopatek, które kąsa kula,

pieść – bez szarpania – spust: obejmuj wszystko, bądź

delikatny. Nie miałem skrupułów z pokrywką

po drugiej stronie łąki, opartą, dla wprawy

o krzak rododendronu, mogłem dostrzec

jej puste samozadowolenie i zrobić w nim dziurę

doskonałą jak groszek, na wylot. Obserwacja zajęczycy

zbiła mnie z tropu, bo i mnie upaja wizja, którą

zobaczyłem w tym okrągłym oku: zielony świat

jasny i dobry, słodki szczaw i święte zioła –

więc odwróciłem głowę ze wstydem, rozgrzeszony
(tłum. A. Hołobut).

 

Czułem się i wciąż się czuję rozgrzeszony, bo odwróciłem głowę. A to dlatego, jak sądzę, że powoli uczyłem się porządkować me doświadczenia, nadawać im pewien kształt poprzez medium, jakim jest poezja; dlatego, że zaczynałem rozumieć własne życie i wiarę w Boga, by czcić którego, się urodziłem. Oczywiście jest jeszcze inna, podobna siła, którą dysponuje poezja w obliczu wojny i jej śmiercionośnych skutków: otóż może ona do pewnego stopnia przejąć leczącą siłę terapii. Wspaniali angielscy poeci I wojny światowej, tacy jak Rupert Brooke, Wilfred Owen, Edward Thomas, swoimi pełnymi bólu odpowiedziami na wojenne realia wywierali silny wpływ na cały naród i przyszłe pokolenia. Jedną z najbardziej przerażających wojen ostatnich czasów była wojna w Wietnamie, kiedy to pierwszy raz sami zobaczyliśmy, ile potwornego cierpienia jeden kraj może zwalić na barki drugiego. Wielu młodych żołnierzy, którzy doświadczyli, często na odległość wyciągniętej ręki, okropieństw, jakie niosły walki tamtej wojny, wróciło do swych amerykańskich domów z głęboką traumą. Przy uniwersytecie w Bostonie długo działało Joiner Center for the Study of War and its Social Consequences (Centrum Badań nad Wojną i Jej Społecznymi Konsekwencjami im. Williama Joinera), gdzie mniej więcej przez 12 kolejnych lat wchodziłem w skład zespołu pisarek i pisarzy, którzy uczyli weteranów tej wojny, że pisanie, poezja, opowieści i wspomnienia mogą im pomóc. I pisanie wierszy faktycznie pomogło. Wielu spośród tych biednych młodych ludzi zdołało wyzbyć się traumy poprzez nadawanie porządku i nabieranie perspektywy, jakie może przynieść poezja. Ba, Centrum Joinera poszło o krok dalej, zainicjowało bowiem kontakty między amerykańskimi poetami weteranami a wietnamskimi poetami weteranami, gdyż wielu członków Wietkongu również pisało wiersze.

Na własne oczy zobaczyłem takie zetknięcie w Hanoi, dokąd udałem się z delegacją amerykańskich pisarzy weteranów, by spotkać się z wietnamskimi pisarzami. Jeden z naszych, poeta, wskazał palcem jakiegoś człowieka siedzącego naprzeciwko mnie i powiedział, że naprawdę spotkał go kiedyś na polu bitwy. „Patrz” – powiedział. Wstał i obszedł stół. „Wrogi” poeta zrobił to samo. Objęli się. Po spotkaniu odprawiono Eucharystię, później zebraliśmy się przy pysznym posiłku, a irlandzka whiskey pomagała zacieśniać szczęśliwe więzi. Na koniec nastąpiło czytanie poezji i jej tłumaczenie w obu kierunkach. Byłem głęboko wzruszony.

Wśród amerykańskich weteranów był Bruce Weigl, który stał się jednym z najlepszych poetów tego przetrąconego pokolenia. Podobnie jak wielu, on również wykorzystuje poezję, by upamiętniać, opisywać i ukazywać sobie oraz innym okropieństwa wojny w Wietnamie. Oraz po to, by zasklepiać otwarte rany potworności, które zobaczył na własne oczy. Oto jeden z jego wierszy, opublikowany w zbiorze Song of Napalm z 1988 r.

 

Elegia

Prosto w słońce szli,
prosto w psi dzień, w dzień nieznający świętych,
i trafili na rzeź.
Szli, nie wiedząc,
że coś wyssie z ich płuc powietrze,
że zapadną się ich płuca,
że świat się przenicuje, skręci
w okrutne girlandy.

W czarne zrozumienie szli,
aż przybyły anioły
i wzywały ich po imieniu,
aż jeden po drugim podnieśli się z krwi.
Światło smagało ich z góry.
Pociski cięły ostrą jak brzytwa trawę
i nie było czasu, żeby cokolwiek powiedzieć.
Słowa nie dałyby się wymówić.
Niektórzy zginęli.
Niektórym nie pozwolono zginąć.

 

Wiele spośród tych wierszy było tak poruszających, tak obrazowych, że wstrząsnęło całym pokoleniem i popchnęło je do antywojennych protestów. Wielu spośród tamtych poetów i pisarzy, bardzo wielu milczących weteranów tamtej potwornej wojny, cierpi po dziś dzień. Kiedy poprosiłem Bruce’a Weigla o napisanie wiersza do mojej skromnej serii Waxwing Poems for Peace, przesłał mi coś zdecydowanie różnego od swojej Elegii, coś, co pokazuje, że poezja również dysponuje ową mocą stawania się przeciwwagą dla wojny poprzez pochwalanie rzeczy, dlatego że są. Aby tego dokonać, poeta często musi wspiąć się na wyżyny swej sztuki. Oto co napisał Bruce Weigl. Obecnie wiersz wchodzi w skład nowego zbioru jego prac, zatytułowanego Among Elms, in Ambush (Pośród wiązów, w zasadzce), lecz po raz pierwszy ukazał się w tamtej mojej niewinnej i pełnej nadziei seryjce kartek pocztowych:

 

Czarne łabędzie w Ogrodzie Doskonałości i Blasku

Wzniesiony przez cesarzy z dynastii Qing jako letnia rezydencja, park Yuanmingyuan popadł w ruinę; w 1860 r. angielsko-francuskie oddziały złupiły go i spaliły do samej ziemi. Po narodzinach ludowej republiki zniszczone ogrody zostały odbudowane przez miejscowych rolników. Park jest tak piękny i uznawany za tak ważny, że obecnie organizuje się w nim Festiwal Lotosu. Dywaguję, bo czarne łabędzie są zbyt piękne, bym mógł je choćby wspominać, bo nie ma piękna równego czarnym łabędziom, które dałoby się wyrazić słowami. Wystarczy sama myśl o czarnych łabędziach, by ich piękno powróciło do mojego serca z mocą zawału, i myślę, że czarne łabędzie są najsmutniejszymi istotami, jakie kiedykolwiek widziałem na tym biednym świecie, i sądzę, że musiały przybyć z jakiegoś innego miejsca, te czarne anioły, które zstąpiły z chmur poza naszym zrozumieniem i teraz żyją wśród nas w stanie tak doskonałego piękna, że zapiera ci dech w piersiach, kiedy widzisz je na jeziorze, o zmierzchu, jak odpływają z młodymi ku opadającemu słońcu. Poza momentami kiedy rozpościerają skrzydła i ukazują jedyną biel, jaką noszą, w ciemności są niewidzialne.

 Jak stwierdziła niegdyś wasza Wisława Szymborska: „Wolę śmieszność pisania wierszy od śmieszności ich niepisania”. Stwierdziła również: „Nie bez powabów jest ten straszny świat / nie bez…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dobre życie w chaotycznym świecie