A
Wszechświat to kulki z chleba, które rozkładam na stole. Pośrodku masywne Słońce, z największego kawałka chleba. Merkury, drobny, prawie jak przypadkowy okruch. Gładka od obracania w palcach Wenus. Potem Ziemia i planety, które recytuje się szybko, połykając końcówki.
Na krawędzi stołu spoczywa Pluton, który za dwa miesiące przestanie być planetą Układu Słonecznego, o czym zadecydują astronomowie zebrani w Pradze. Tym, co koniecznie chcą zakończyć, jest zamieszanie wywołane odkryciem Eris, która – jak dowiedziałem się z telewizji – stanowi obiekt transneptunowy, wydaje się, że piękny, o kojąco szarej powierzchni. Wyliczono, że Eris ma masę większą od Plutona, a skoro tak, powinno się ją uznać za kolejną planetę Układu. Jak wszyscy, uczeni wolą jednak liczyć planety do pewnego rozsądnego momentu, zastanawiają się więc teraz, ile takich planet pomieści Układ, który można rozkładać na stole pod postacią kulek z chleba.
Zanim astronomowie zbiorą się w Pradze, wierzę, że podręczniki mówią o rzeczach niezmiennych. Zabieram je ze sobą wszędzie, nawet na wakacyjne wyjazdy, wiedząc, że od czytania w samochodzie czuję nudności. Rodzice wzdychają ciężko, gdy musimy robić przerwy, myślą, że robię im na złość. Klęczę na poboczu i wyobrażam sobie, że wypełniam brzuch nabieranymi haustami powietrza, aż staję się zupełnie lekki i nie mam ciała, i opuszczają mnie torsje. Tata jest zniecierpliwiony, strzela palcami. Z tym kojarzę walkę o oddech, z rytmicznym szczękaniem stawów, które woła mnie z otwartego samochodu.
Potem wracam na tylne siedzenie, zamykam oczy i myślę o przyszłości, takiej, do której prowadzą nitki niemożliwych do odrzucenia wnioskowań. W tej przyszłości gasną kolejno gwiazdy i w całym kosmosie nie ma już nikogo, co niepokoi mamę – wiem to, bo przerywa mi zawsze, gdy tylko próbuję o tym opowiedzieć – a jej niepokój wywołuje u mnie kolejny skurcz żołądka.
Myślę o wyjazdach teraz, pod koniec czerwca, gdy siedzę przy stole i układam kulki z chleba. Robię to starannie, nawet przy planetach, które recytuje się szybko, połykając końcówki. Merkury, Wenus. Ziemia, Mars. Jowisatururaneptupluto.
Co tydzień, w czwartkowy wieczór, zasiadam z rodzicami przed telewizorem i wpatrujemy się zgodnie w obraz maszyny losującej, która hipnotycznie spluwa w górę kolorowymi piłeczkami. Tata strzela palcami, gdy oszalałe punkciki wirują pod kopułą łapczywych, przezroczystych tub, przypominających piszczałki kościelnych organów. Za chwilę piłeczki stworzą ciąg liczb, który powie rodzicom, czy stać ich na rozpoczęcie nowego życia.
Czasem przed zaśnięciem rozmyślam nad tym, czy można rozpoznać jakąś prawidłowość w wystrzeliwanych co tydzień wynikach, czy gdybym pewnego dnia usiadł przy stole i zaczął recytować ciąg liczb, jak recytuję kolejność planet, i wymieniłbym wszystkie możliwości, to w której minucie, godzinie czy którego dnia wypowiedziałbym prawidłowy wynik, stanowiący bilet do nowego mieszkania.
Co tydzień rodzice wpatrują się w piłeczki maszyny losującej i wierzą, że będzie ich stać na własny dom i nie będą już dłużej mijać się w przedpokoju z osobą, o której nie lubi się mówić, a której na pewno ja sam nie powinienem nazywać dziadkiem, ponieważ jest mi to zabronione. Rozumiem to tak, że każdy dom posiada swoje określone napięcie, niewidoczne dla ludzi spoza tego domu. Mój wyróżnia się tym, że nie można nazywać dziadka dziadkiem. I nie wolno nucić, ponieważ nucenie to coś, co robi dziadek.
B
Zwykle nie lubię być u siebie, dlatego często chodzę do Feriego. Feri mieszka w bloku, w mieszkaniu znajdującym się nad sklepem z drukarkami, a z okien jego pokoju można obserwować podwórko: szereg aut, potem wybetonowana przestrzeń, służąca najczęściej za boisko, trzepak, który czasem robi za bramkę, czasem za zabawę samą w sobie. Dalej drzewo, wiosną i latem zasłaniające garaże, z pniem kłaniającym się wszystkim tak nisko, że wchodzą na nie i przedszkolaki.
Po najmocniejszej gałęzi można wejść na blaszany dach garaży, zrobić parę kroków, zeskoczyć i tym sposobem odkryć Hades, prostokąt ziemi między tylną ścianą budynków a ceglanym murem. W Hadesie jest mnóstwo krzaków do tworzenia baz, wieża z płyt chodnikowych, stanowiąca pomoc w powrotnej wspinaczce na dach, a przede wszystkim skromne pole trawy, pozwalające leżeć i patrzeć w niebo.
Jutro, w ostatni dzień szkoły, wystąpię w szkolnym przedstawieniu i będę grać Ernesta Nemeczka, ale teraz jeszcze siedzę przy stole, zgarniam jednym ruchem kulki z chleba, zaczynam układać je od nowa.
O tym, że jestem Ernestem, a Feri – Ferim, zadecydowała nauczycielka. Nie chciałem postaci Nemeczka, ponieważ wiedziałem, że przesądziła o tym moja postura. Skoro jednak rodzice ucieszyli się z roli, którą nazwali główną, ostatecznie zgodziłem się zagrać Ernesta. Zacząłem przychodzić dwa razy w tygodniu na próby w sali gimnastycznej, ze względu na to, że bycie chłopcem z placu Broni wymagało wielu ćwiczeń.
A teraz defiluj, wołała do mnie nauczycielka, podnoś nogi najwyżej, mocno, jak tylko potrafisz, ale nie potrafiłem unieść ich wyżej i czułem upokorzenie wynikające z tego, że jestem Ernestem Nemeczkiem.
Gdy wychodziliśmy z budynku szkoły, zapomniałem się przez chwilę, zanuciłem melodię, która chodziła mi po głowie, i zdrętwiałem, gdy tylko zrozumiałem, co właśnie zrobiłem, jakbym zaraz miał odczuć na sobie spojrzenie taty.
Feri jedynie podchwycił melodię. Chodź, powiedział chwilę potem, przećwiczmy scenę ostatni raz.
Zeskoczyliśmy do Hadesu i poprosił mnie, żebym defilował z całym zapałem, jakbym miał już stać jutro w sali gimnastycznej. Usiadł na płytach chodnikowych i patrzył, a ja maszerowałem, próbując przy tym nie stracić nic z energicznego tempa, choć wcale nie jest to łatwe w miejscu, jakim jest Hades, i wydawało mi się, że co chwilę ranię sobie nogi, gdy tak raz za razem wyrzucałem lewą, prawą, lewą.
Wszechświat to kulki z chleba, które rozkładam na stole. Pośrodku masywne Słońce, z największego kawałka. Merkury, drobny, prawie jak przypadkowy okruch. Gładka od obracania w palcach Wenus. Potem Ziemia i planety, które recytuje się szybko, połykając końcówki.
Na krawędzi stołu spoczywa Pluton, który za dwa miesiące przestanie być planetą Układu Słonecznego, o czym zadecydują astronomowie zebrani w Pradze. Wierzę jeszcze, że podręczniki mówią o rzeczach niezmiennych, przyszłości, do której prowadzą nitki niemożliwych do odrzucenia wnioskowań.
W odróżnieniu od czwartkowego programu z jego przypadkową feerią końcowych liczb, wnioskowania, gdy tylko je wygłosić, ukazują się natychmiast w zachwycającej oczywistości. Na przykład: jeśli ktoś w Hadesie usiądzie na płytach chodnikowych, tych, dzięki którym można z powrotem wspiąć się na dach, odetnie drugiej osobie jedyną drogę ucieczki.
Feri patrzył, jak energicznie wyrzucałem lewą, prawą, lewą, patrzył i czekał. Merkury, Wenus. Ziemia, Mars. Jowisatururaneptupluto.
C
W ostatni dzień szkoły wystąpię w szkolnym przedstawieniu i będę grać Ernesta Nemeczka. Jak na wielu próbach przedtem wyjdę na spotkanie Feriego Acza, teraz jeszcze schowanego za parawanem, o czym będę wiedzieć ja, ale o czym nie będą jeszcze wiedzieć widzowie. Dopiero gdy wejdę prawie na sam szczyt prowizorycznego wzgórza, Feri Acz ukaże się wszystkim obecnym. Nie bój się, Erneście Nemeczku, powie głośno, a jego słowa dotrą do ostatniego rzędu, gdzie siedzą rodzice, moi, jego, pozostali.
Gdy wyjdę z sali gimnastycznej, rozpoznam coraz więcej ze świata: zapach niedawno mytej podłogi, zielony kolor ścian, długość szkolnego korytarza. Minę kolejne miejsca i nazwę je w głowie, przejdę więc koło sali biologicznej, chemicznej, matematycznej, skręcę obok gabinetu pedagoga, wejdę do toalety. To jest umywalka, a ta rzecz nad nią to lustro, a w tym lustrze przyjrzy się sobie Ernest Nemeczek, który w zimnym świetle halogenów będzie się wydawał mieć prawie przezroczystą skórę. To peryferia mojego układu i to z nich zaobserwuję najwięcej.
D
Jeszcze wierzę w podręczniki, ale za dwa miesiące Pluton przestanie być uznawany za planetę. Pluton to obiekt niezdolny do tego, by osiągnąć dominację w przestrzeni wokół swojej orbity, a to stanowi trzeci warunek, by ogłosić go planetą. Jego grawitacja jest niewystarczająca – jak tłumaczy rzeczowym tonem pan z telewizji – by oczyścić własne otoczenie z innych obiektów, co stanowi wyjątkowo niewdzięczne zadanie w tak zatłoczonym miejscu układu, jak rozciągający się za Neptunem pas Kuipera. (Telewizja emituje grafikę).
W dniu, w którym los Plutona zostaje przypieczętowany, a podręczniki przepisane na nowo, musimy robić przerwy i rodzice myślą, że robię im na złość. Klęczę na poboczu i wyobrażam sobie, że wypełniam brzuch nabieranymi haustami powietrza, aż staję się zupełnie lekki i nie mam ciała, i opuszczają mnie torsje. Tata jest zniecierpliwiony, strzela palcami. Z tym kojarzę walkę o oddech, z rytmicznym szczękaniem stawów, które woła mnie z otwartego samochodu.
Potem wracam na tylne siedzenie, zamykam oczy i myślę o przyszłości, takiej, do której prowadzą nitki niemożliwych do odrzucenia wnioskowań. W tej przyszłości gasną kolejno gwiazdy i w całym kosmosie nie ma już nikogo, co niepokoi mamę – wiem to, bo przerywa mi zawsze, gdy tylko próbuję o tym opowiedzieć.
Opowiadanie otrzymało Nagrodę Główną w ramach 18. Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu. Do konkursu zakwalifikowano 312 tekstów literackich