Czarno-białe zdjęcie przedstawia matkę oraz córkę. Ta pierwsza jest właśnie w kwiecie wieku: ma udane życie rodzinne, jest ambitna i poważana. Jej bliscy wiedzą, że zawsze mogą na nią liczyć: pocieszy ich, gdy będą w potrzebie, zażegna konflikt, pomoże rozwiązać problem. Fotografia została wykonana w latach 70., a postaci, które na niej uwieczniono, to szympansice: Mama oraz Monique. Mama była wtedy matriarchą dużej kolonii naczelnych, mieszkających na wyspie należącej do holenderskiego Burgers Zoo. Zdjęcie opublikowano w Internecie 5 kwietnia 2016 r. – w dniu jej śmierci. Dożyła sędziwego wieku 59 lat. Autorem tak fotografii, jak i publikacji jest Frans de Waal – holenderski etolog i prymatolog (uczony zajmujący się behawiorem zwierząt, w tym przede wszystkim naczelnych), który wiele lat po wykonaniu tego zdjęcia umieścił je na okładce jednej ze swoich najbardziej znanych książek Ostatni uścisk Mamy.
Kiedy Mama przyszła na świat – przypuszcza się, że było to w 1957 r. – de Waal był dopiero dziewięciolatkiem i nie miał jeszcze pojęcia, jak bardzo zachowania szympansów takich jak ona wpłyną na jego życie oraz rozumienie świata. Nie mógł też wiedzieć, że badania nad naczelnymi, które rozpocznie w przyszłości, całkowicie odmienią sposób, w jaki ludzkość postrzega takie wartości, jak: empatia, moralność, wzajemność i sprawiedliwość. Pojęcia te, kiedyś przypisywane wyłącznie człowiekowi, pod wpływem badań de Waala stopniowo zaczęły być rozpraszane na spektrum całego drzewa życia.
Pierwszy uścisk Mamy: teoria umysłu
Franciscus Bernardus Maria de Waal, nazywany Fransem, urodził się w holenderskim ’s-Hertogenbosch, tym samym mieście, w którym przyszedł na świat Hieronim Bosch. Ten drugi znany jest zresztą nie z prawdziwego nazwiska (van Aken), lecz z pseudonimu przyjętego od nazwy miejsca pochodzenia. Piętnastowieczny malarz, reprezentant flamandzkiego prymitywizmu, jest jednym z ulubionych twórców Fransa de Waala. Wspólne pochodzenie, a także zainteresowanie moralnością sprawiły, że Bosch stał się jednym z punktów odniesienia w rozważaniach nad etyką prowadzonych przez prymatologa. W 2011 r. na wydarzeniu TED Talk w Atlancie de Waal wygłosił swój pierwszy wykład popularnonaukowy przed szeroką publicznością. Powiedział wtedy, że zafascynowały go refleksje Boscha na temat świata bez religii. „Bosch żył w czasach, w których wpływ religii [na moralność] stopniowo słabł – powiedział de Waal podczas przemówienia. – I wydaje się, że [malarz ten] rozważał, co stałoby się ze społeczeństwem, gdyby religia nie istniała (…). Jaka byłaby nasza moralność?”
Przynajmniej po części w odpowiedzi na to pytanie Bosch namalował swój Ogród rozkoszy ziemskich, przedstawiający – zdaniem de Waala – albo ludzkość będącą tuż przed upadkiem, albo taką, która w ogóle nie jest na niego skazana. Ten ogród stał się dla prymatologa bardzo symboliczny. Po pierwsze dlatego, że zainspirował go do rozważań nad „niewyuczoną” moralnością, a po drugie ze względu na to, że kariera Fransa de Waala również zaczęła się w ogrodzie, tyle że zoologicznym.
Na początku swojej naukowej drogi, jeszcze jako student, de Waal patrzył na biologię tak jak wszyscy etolodzy jego czasów i ich poprzednicy. Mianowicie: ewolucja to wieczny wyścig, w którym liczy się tylko to, by dobiec pierwszym do mety. Kto to zrobi, odniesie największą korzyść, przekaże geny, wygra. W tak pojmowanym systemie układ może być tylko jeden: jeśli ja zwyciężam, ty przegrywasz i na odwrót. Prowadzony przez takie przekonania de Waal rozpoczął swoje obserwacje szympansów. Dość szybko zrozumiał, że tłumaczenie relacji międzyosobniczych przez pryzmat konfliktu ma wiele zalet i pozwala uzasadnić istnienie licznych mechanizmów behawioralnych.
Pojął jednocześnie, iż u zwierząt o zaawansowanych zdolnościach poznawczych, takich jak szympansy, walka o dominację i wygraną wzniesiona jest na bardzo wysoki poziom. Naczelne te – zauważył – są głodne władzy, wysokiej pozycji, pierwszeństwa w grupie.
Swoje wnioski prymatolog zbierał i upowszechniał w pierwszych publikacjach: książkowych i gazetowych. Mimo iż jego prace skupiały się przede wszystkim na konkurencji i agresji, wniosły ogromny wkład w dyskurs naukowy. De Waal udowodnił w nich, że naczelne nie są automatycznymi maszynami do wszczynania konfliktów o pozycję w stadzie, lecz potrafią tworzyć złożone strategie i planować taktyczne zagrania przeciwko swoim oponentom.
Już pierwsze książki napisane przez prymatologa, takie jak wydana w 1982 r. Chimpanzee Politics (pozycja nie ukazała się na polskim rynku), otworzyły oczy opinii publicznej na inteligencję zwierząt. Dowiodły, że często nie doceniamy, jak złożone może być zachowanie naczelnych i na jak wielu poziomach poznawczych są one w stanie funkcjonować. Przykładem takiego behawioru, przytoczonego przez de Waala, była intryga pomiędzy szympansami, które różniły się rangą w swoim stadzie. Młodszy, stojący niżej w hierarchii osobnik znał lokalizację przysmaku, ale wiedział, że jeśli po prostu pójdzie w jego stronę, obserwujący go samiec o wyższej pozycji natychmiast dogoni młodzika i odbierze mu smakołyk. Szympans o niższej pozycji nie mógłby w takiej sytuacji przeciwstawić się woli „ważniejszego” osobnika – nieuznanie rangi bywa surowo karane (w skrajnych przypadkach nawet kalectwem lub śmiercią). Zwierzęta znajdujące się na wyższych pozycjach w stadzie są często silniejsze i sprawniejsze (choć nie zawsze tak jest – o czym dalej), dlatego osobniki na niższych szczeblach nie wdają się z nimi w potyczki. Poza tym grupa zwykle popiera ich przewagę społeczną, dlatego – w razie konfliktu – najpewniej nikt nie obroniłby osobnika niższego rangą.
Wiedząc, że nie może grać w otwarte karty, młody szympans zasymulował ekscytację wywołaną widokiem smakołyku (charakterystyczne odgłosy i mowa ciała, które pokazują innemu osobnikowi, że chodzi o jedzenie) i udał się w jego stronę. Kiedy dominujący samiec poszedł w jego ślady i zaczął penetrować domniemaną kryjówkę łakocia, młodzik błyskawicznie zmienił kurs, pobiegł tam, gdzie naprawdę ukryto przysmak i zjadł go, zanim stary zdążył się zorientować, i uciekł.
Takie zachowania, opisywane przez de Waala szczególnie na początku kariery naukowej (choć nie tylko, bo powyższy przykład pochodzi akurat ze znacznie późniejszej książki Bystre zwierzę. Czy jesteśmy dość mądrzy, aby zrozumieć mądrość zwierząt?), świadczą o kilku rzeczach.
Po pierwsze, słabszy samiec musiał mentalnie wybiec w przyszłość i przeprowadzić kilka procesów nie w świecie rzeczywistym, lecz na arenie własnego umysłu. To dość rzadka umiejętność.
Większość zwierząt (a także małe ludzkie dzieci) operuje na konkrecie i przeprowadza całość procesu na zasadzie realnych prób i błędów. Jeśli mają dopasować kwadratowy klocek do jednego z trzech otworów, to spróbują go włożyć zarówno do wgłębienia trójkątnego, okrągłego, jak i kwadratowego. Starsze dzieci, a także niektóre zwierzęta (naczelne, walenie, ośmiornice, krukowate) mogą usiąść naprzeciwko otworów, spojrzeć na klocek i przeanalizować jego kształt, a dopiero potem umieścić obiekt w prawidłowej lokalizacji.
Podobny zabieg przeprowadził młody szympans z przytoczonej powyżej opowieści. Nie wypróbował swojego pomysłu „na żywo”; zamiast tego zaplanował działania, a następnie zrealizował je zgodnie z założeniami.
Druga, bardzo istotna kwestia, której dowodzi powyższa obserwacja, a na istnienie której zwrócił również uwagę Frans de Waal, to tzw. teoria umysłu. Oznacza ona umiejętność postawienia się na miejscu innego osobnika i przyjęcia jego perspektywy. Młody szympans musiał rozumieć, że starszy go obserwuje i że wyciągnie wnioski na podstawie jego zachowania. Musiał też przeprowadzić symulację jego reakcji i na jej podstawie zmylić członka stada.
Kiedy kot próbuje ukryć się przed ptakiem, wystarczy mu, że skryje za cienkim źdźbłem trawy jedno oko, nie martwi go to, że całe jego ciało nie jest w stanie schować się za maleńką rośliną. Takie zachowanie świadczy o tym, iż teoria umysłu w tym behawiorze zawodzi kota – nie rozumie on perspektywy ptaka, nie potrafi wyobrazić sobie jego postrzegania i przyjąć jego sposobu widzenia. Nie oznacza to oczywiście, że koty nie są inteligentne ani że teoria umysłu nigdy nie zostaje u nich spełniona, lecz że w tym konkretnym przykładzie zwierzę nie wyszło poza swój subiektywizm.
Drugi uścisk Mamy: relacje
Obserwacje spisków, konspiracji i walk o władzę wśród szympansów doprowadziły Fransa de Waala do wniosku, że naczelne uprawiają bardzo złożoną strategię, a ich walka o dominację to znacznie więcej niż tylko krzyki i bijatyki. Konkluzje te zebrał w swojej pierwszej, wspomnianej już książce dotyczącej „polityki” szympansów. Choć jej treść była dużym krokiem naprzód dla XX-wiecznej etologii, to skupiała się przede wszystkim na konkurencji i konfliktach wśród naczelnych.
Jednak pewnego dnia de Waal, obserwując przebieg bójki pomiędzy szympansami, zwrócił uwagę na bardzo zastanawiający behawior. Zauważył mianowicie, że dwa samce, które przed chwilą ze sobą walczyły, wspięły się na położone blisko siebie gałęzie. W pewnym momencie jeden z nich wyciągnął do drugiego rękę z otwartą dłonią, skierowaną wnętrzem ku górze. Chwilę potem oba osobniki zbliżyły się do siebie, ucałowały się (tak, te naczelne, podobnie jak my, wykonują gest pocałunku), objęły i resztę dnia spędziły na wzajemnej pielęgnacji.
Powyższe zachowanie wprawiło etologa w osłupienie. Trudno było zinterpretować je inaczej niż pogodzenie się dawnych konkurentów. Ale przecież to nie miałoby sensu. Skoro jeden z szympansów przegrał, to drugi powinien po prostu cieszyć się swoim triumfem. Ja wygrywam, ty przegrywasz, tak działa świat, taką melodię gra ewolucja. A jednak gest otwartej dłoni i następująca po nich zgoda były potem wielokrotnie obserwowane zarówno przez Fransa de Waala, jak i przez innych prymatologów. Dziś wiadomo już na pewno, że prowadzi on bezpośrednio: od konfliktu do zgody. Tylko… po co zwierzęta miałyby się godzić, skoro – jak głosi teoria klasycznego dawkinsowskiego „samolubnego genu” – walkę toczy się, by wygrać i pogrążyć rywala, nie zaś, by się z nim później godzić?
Na tym etapie swojej kariery Frans de Waal zrozumiał coś, co stało się podwalinami całej jego późniejszej pracy naukowej i popularyzatorskiej. Mianowicie że relacje są cenniejsze niż dobro jednostkowe.
W książce Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka? uczony ten opisał następującą sytuację: dwa szympansy, Yeroen oraz Luit, zmagały się o przywództwo nad stadem. Pierwszy z nich był samcem alfa przez wiele lat, cieszył się szacunkiem i uznaniem grupy, ale osiągnął sędziwy wiek i przestał być tak sprawny, silny jak kiedyś. Luit z kolei miał mnóstwo młodzieńczej siły oraz zapału, niestety, był w gorącej wodzie kąpany i brakowało mu głębokich, zacieśnionych relacji w stadzie. Gdy nadszedł dzień decydującego starcia pomiędzy osobnikami, Luit bez trudu pokonał starszego i słabszego rywala, a następnie przejął po nim przywództwo. Nie zaplanował jednak odpowiednio swoich działań, przez co utrzymał pozycję samca alfa bardzo krótko. Sprytny Yeroen za jego plecami nie tylko zdobył poparcie najważniejszych członków stada, ale też postarał się o silnego sojusznika. Stał się nim Nikkie – młody samiec, któremu nie zbywało na sile i ambicji, lecz brakowało strategicznego myślenia. Sojusznicy we dwóch z łatwością pokonali Luita i od tej pory panowali nad stadem wspólnie: korzystając nawzajem ze swoich atutów: siły i inteligencji. Grupa z łatwością zaakceptowała taki nietypowy układ, ponieważ ufała Yeroenowi, który przed odzyskaniem władzy zadbał o odpowiednie relacje.
Historia trzech samców ma swój ciąg dalszy, który jest pełen intryg i zwrotów akcji (gorąco zachęcam do zapoznania się z nim we wspomnianej książce), ale już na tym przytoczonym etapie pokazuje coś bardzo istotnego. Mianowicie: u zwierząt stadnych związki mają większą wartość niż jednostkowa wygrana. Jest to zarazem przyczyna, dla której nawet skonfliktowane osobniki często dążą do pojednania. Każda scysja to rysa na relacji – jeśli jest ona wystarczająco głęboka, zagraża drogocennej więzi, którą osobniki budowały być może przez wiele lat. Dlatego konieczne jest istnienie mechanizmu, który pozwoli minimalizować szkody wyrządzone związkowi łączącemu dwa (lub więcej) osobniki. Na tym wniosku, jak na filarze, Frans de Waal wzniósł swoje dalsze badania i edukację.
Trzeci uścisk Mamy: spektrum i polaryzacja
Wprawdzie szympansy potrafią się godzić i robią to dość często, ale trzeba przyznać, że są też gatunkiem bardzo ksenofobicznym. Na obce stada reagują niezwykłą agresją, a konflikty o terytorium często kończą się brutalnymi mordami. Zupełnie inaczej rzecz się ma u bonobo – kuzynów „zwykłych” szympansów, które są spokrewnione z człowiekiem dokładnie w takim samym stopniu co te pierwsze.
Jak wspomniano na początku, szympansy cenią silne samice: samce u władzy liczą się z matriarchami, takimi jak opisywana wcześniej Mama. Jednak ostatnie zdanie u tego gatunku należy do osobników, które utożsamiają się z płcią męską. Z tego powodu dynamika grupy bywa napięta i pełna agresji. Kopulować z samicami mogą tylko samce stojące wysoko w hierarchii, a w zasadzie tylko samiec alfa, przynajmniej wedle oficjalnych reguł, które bywają potajemnie łamane. Dlatego przywódca stada żyje w ciągłym napięciu: każdy intruz to zagrożenie dla jego pozycji, dla jego samic, dla jego genów przekazanych potomstwu.
Zupełnie inaczej rzecz ma się u bonobo. Naczelne te żyją w grupach, których przywódczyniami są samice. Skoro to one stoją u władzy, to również one wybierają sobie partnerów. W takim układzie pilnowanie „wierności” traci sens: dzieci spłodzone w stadzie „należą” w zasadzie do wszystkich, dlatego też członkowie grupy żyją w pokojowej komitywie. A ponieważ na czele rodziny nie stoi samiec zlękniony o swój status, spotkania z innymi stadami przebiegają zwykle w bardzo pokojowej atmosferze. Typowym behawiorem bonobo jest ciekawość i przychylność względem obcych (etolodzy nazywają je gatunkiem ksenofilicznym). Spotkania te nie tylko sprowadzają się do wspólnego jedzenia i wzajemnej pielęgnacji, lecz towarzyszy im też często zabawa oraz seks. Ten ostatni jest z resztą dla bonobo remedium na wszystko. Kopulują dla zabawy i dla rozrodu, po kłótni i w czasach zgody, z przedstawicielami odmiennej i tej samej płci.
Frans de Waal był jednym z pierwszych prymatologów, którzy zwrócili uwagę opinii publicznej na bonobo. „Zwykłe” szympansy występują znacznie powszechniej – tak na wolności, jak i w ogrodach zoologicznych, dlatego to właśnie ich wzorce zachowań zdominowały naszą wizję naczelnych na wiele lat. De Waal pokazał zupełnie inną stronę małp: czulszą, łagodniejszą, spokojniejszą. To właśnie te pokojowe aspekty (zarówno szympansów, jak i ich „hipisowskich” kuzynów) relacji naczelnych pozwoliły prymatologowi dokonać największego zwrotu w karierze naukowej: „Moje spojrzenie na królestwo zwierząt, w tym ludzi, zaczęło się wtedy zmieniać – powiedział podczas wykładu wygłoszonego w Atlancie. – W naukach politycznych, humanistycznych, a także w ekonomii czy filozofii dominuje pogląd, że »człowiek człowiekowi wilkiem«, iż jesteśmy z natury źli. Uważam, że to bardzo niesprawiedliwe wobec wilka, który jest bardzo współpracującym gatunkiem (…). To także bardzo niesprawiedliwe wobec ludzkości, która potrafi być znacznie bardziej kooperatywna i empatyczna, niż się często uważa.
Owszem, kondycja moralna człowieka może budzić wątpliwości. Wszak wyrządzamy krzywdę nawet przedstawicielom swojego własnego gatunku, prowadzimy wojny, bywamy okrutni. Jednocześnie jednak bywamy też ponadprzeciętnie pokojowo nastawieni do całkiem obcych nam osób. Przeprowadźmy eksperyment myślowy zaproponowany przez antropolożkę Sarah Hrdy. Wyobraźmy sobie, że zamykamy w wielkiej metalowej puszce 500 ciasno upakowanych, zupełnie obcych sobie małp. Albo lisów. A nawet kotów. Pozostawiamy je tak na kilka godzin bez możliwości wyjścia, schowania się, ucieczki i do tego wystrzeliwujemy tę puszkę w przestrzeń powietrzną. Trudno przewidzieć, ile z tych zwierząt przeżyłoby doświadczenie, a ile pozabijało się lub poważnie raniło. Tymczasem ludzie zamknięci w ciasnych samolotach pasażerskich powściągają swoje agresywne zapędy nawet wtedy, gdy na pokładzie przez bitych pięć godzin płacze niemowlę, ktoś chrapie, a od kogoś innego czuć woń kiełbasy i czosnku.
I z drugiej strony: jeśli w tak wyjątkowej sytuacji ktoś zachowałby się agresywnie, załoga (a na ziemi policja) ma pełne przyzwolenie społeczne, by taką osobę spacyfikować. Dlaczego? Ponieważ, wbrew opinii, na którą często niestety zasługujemy, jesteśmy gatunkiem wcale nie najokrutniejszym czy najbardziej agresywnym, lecz jedynie najbardziej spolaryzowanym moralnie. Bywamy najbardziej współczujący ze wszystkich zwierząt i najbardziej z nich wrodzy. Bywamy. Bo nie ma w nas takiej stabilności, która pozwoliłaby umieścić w jednym podzbiorze całą ludzkość.
To właśnie Frans de Waal był ważnym pionierem takiego myślenia o człowieku: jak o przedstawicielu naczelnych, który nie różni się od reszty zwierząt zero- -jedynkowymi cechami jakościowymi, ale jedynie tymi ilościowym gradientowymi. Patrzenie na ludzi i zwierzęta w ten sposób to sposób na uniknięcie ich naiwnego upupiania, a także odejście od mechanistycznego ewolucjonizmu, który przypisuje żywym bytom cechy maszyn.
Ostatni uścisk Mamy: perspektywa
Znajomość pracy badawczej i twórczej de Waala prowadzi do wniosku, że kluczem do odpowiedzi na pytania, kim jest człowiek, kim jest zwierzę i czym jest ich moralność, jest odwrócenie perspektywy. Nie zadawajmy sobie pytania: czym różnimy się od pozostałych mieszkańców tej planety?, ale: co zostałoby w człowieku, gdyby pozbawić go cech, skłonności, zachowań występujących w takiej czy innej postaci u innych zwierząt? Odpowiedź jest prosta: niewiele. Na przykład nasza moralność wspiera się na wielu filarach i – jak zauważył de Waal, zainspirowany Boschem – część norm bywa powiązana z religią, historią i kulturą. Jednocześnie zwierzęta złożone poznawczo również posiadają filary moralności, a są nimi przede wszystkim: empatia i współodczuwanie oraz sprawiedliwość i wzajemność. Te koncepty – tak przecież dobrze znane człowiekowi – są rozpoznawane przez wiele zwierząt i stanowią podstawę ich życia społecznego.
Skąd wiemy, że waleniom, naczelnym czy krukowatym zależy nie tylko na dobru własnym, ale też na cudzym? Po czym wnosimy, że rozumieją one, iż inni członkowie ich rodzin również mają potrzeby, które muszą zaspokajać? Oczywiście pytamy je o to.
Kilkanaście lat temu Frans de Waal oraz jego współpracowniczka psycholożka Vicky Horner przeprowadzili następujący eksperyment. Na dwóch sąsiadujących ze sobą stanowiskach ulokowano dwa szympansy z tego samego stada. Jeden z nich wykonywał proste zadanie, polegające na podaniu badaczce tzw. tokenu. To typowa konstrukcja eksperymentu, w którym zwierzę ma zrobić coś prostego, co nie kosztuje go wiele wysiłku, ale jest precyzyjnie określone. Tokenem w doświadczeniu jest zwykle kamień lub inny niewielki przedmiot, za którego podanie uczestnik badania otrzymuje nagrodę – zwykle jakiś przysmak. W tym wypadku tokenem były klocki: czerwony lub zielony. Pierwszy symbolizował wybór egoistyczny – jeśli szympans podał go uczonej przeprowadzającej doświadczenie, w zamian dostawał smakołyk, lecz kolega z klatki obok (który obserwował całe zajście) zostawał z niczym. Zielony klocek oznaczał natomiast wybór empatyczny, prospołeczny: kiedy zwierzę podało go badaczce, przysmak wędrował zarówno do niego, jak i do osobnika ze stanowiska obok.
Szympansy w zdecydowanej większości przypadków wybierały ten token, który zaspokajał potrzeby obojga członków stada, mimo że można by uznać, iż drugi osobnik nie zasługiwał na nagrodę, bo przecież tylko wykonawca zadania realizował jakąś pracę. Bierny uczestnik nie zrobił nic, by otrzymać smaczną przekąskę. A jednak zwykle ją dostawał. Dlaczego? Przyczyn jest oczywiście wiele. Decydent dbał o członka rodziny, bo zależało mu na dobrych relacjach, bo nic nie tracił, bo empatyzował z towarzyszem i wiedział, że miło jest dostać coś smacznego „za nic”. Przede wszystkim jednak wybierał zielony token dlatego, że „znał” potrzeby drugiego podmiotu.
Do drugiego roku życia ludzkie dzieci zachowują się bardzo egocentrycznie i nie rozumieją np., że gdy one są wypoczęte, pełne energii i chęci na zabawę, ktoś inny (rodzic, opiekun) może być wykończony czy przygnębiony. Nie wynika to oczywiście z ich złej woli, lecz jedynie z niedoskonałości aparatu poznawczego, który dopiero uczy się, że czyjś stan umysłowy i emocjonalny może być odmienny od „ja”. Antropolog ewolucyjny Brian Hare w książce Przetrwają najżyczliwsi, napisanej razem z pisarką i dziennikarką naukową Vanessą Woods, podkreśla, że nasze ludzkie zdolności społeczne nie są bynajmniej niczym unikatowym w królestwie zwierząt, ale są rozwinięte na unikatową skalę. Dlatego właśnie dużo czasu zajmuje nam przyswojenie reguł rządzących społecznością i długo rozwijają się nasze mózgi, które w dorosłym życiu nieustannie zajmują się interpretowaniem cudzych intencji i zachowań. Małe dzieci są więc z natury egoistyczne, za to słabo idzie im z kłamaniem. A wynika to właśnie z tego, że do ok. czwartego roku życia ich zdolność do wyobrażenia sobie, co ktoś inny może myśleć i na jakiej podstawie, jest jeszcze bardzo ograniczona. Szybko jednak zyskują kluczowe umiejętności i wkrótce stają się mistrzami rozumienia czyjejś perspektywy.
Ta wysoce rozwinięta zdolność do pojmowania, co ktoś inny czuje, czasem oczywiście prowadzi nas na manowce. Niekiedy przekładamy na innych projekcję swoich emocji i sądzimy, że dobrze ich rozumiemy. Jest to tym bardziej ryzykowne, gdy dotyczy innych niż nasz gatunków. Tak np. wydaje nam się, że pies, który pogryzł mebel, czuje wstyd, a on może mieć na ten temat zupełnie inne zdanie. Dlatego etolodzy muszą być bardzo ostrożni w interpretowaniu postaw, pragnień i emocji zwierząt. Czasem jednak antropomorfizacja nie jest wcale błędem. Chyba najbardziej barwny przykład ilustrujący tę tezę dotyczy Mamy i jej ludzkiego przyjaciela Jana van Hoofa (promotora doktoratu Fransa de Waala). W ostatnim tygodniu życia sędziwa szympansica leżała na posłaniu i nie reagowała na nic, odmawiała przyjmowania posiłków i picia. Pozostawała niewzruszona, nawet gdy oferowano jej prezenty dawniej sprawiające ogromną radość. Ożywiła się, dopiero gdy odwiedził ją van Hoof – człowiek, którego znała od 44 lat. Kiedy go rozpoznała, jej twarz się rozjaśniła. Samica zaczęła wydawać charakterystyczne, radosne odgłosy i lekko podniosła się z posłania, żeby objąć i pogłaskać badacza. Wzajemna czułość trwała tylko chwilę: oboje gładzili swoje plecy i poklepywali się po nich delikatnie; potem Mama opadła na legowisko – nie miała już sił. Tydzień później zmarła. Warto obejrzeć nagranie z tego wydarzenia (np. na koncie Jana van Hoofa na YouTube) choćby po to, aby przetestować swoją reakcję i zdolność do rozumienia uczuć starej szympansicy.
W latach, w których Mama przyszła na świat, my, ludzie, sądziliśmy, że przedstawiciele jej oraz innych gatunków to biomechanizmy posłuszne źle przez nas wtedy rozumianym regułom ewolucyjnej gry. Tylko my jedni mieliśmy jakoś wyłamywać się z tej rozgrywki. Kiedy Mama dorastała, zrozumieliśmy, że zwierzęta są do nas w wielu kwestiach bardzo podobne, a gdy była w kwiecie wieku, pojęliśmy, iż to my jesteśmy podobni do nich. Teraz Mamy już zabrakło, a my nareszcie zaczynamy dostrzegać, że granica pomiędzy „my” a „one” jest mniej strzeżona, niż kiedykolwiek przypuszczaliśmy, a jej ciągłe przesuwanie nie ma sensu. Zamiast zmieniać lokalizację tej granicy, lepiej po prostu zapomnieć o jej istnieniu i zbliżyć się do siebie nawzajem. To łatwiejsze, niż przypuszczamy. Wystarczy jeden uścisk.