Subskrybuj
Daryl McCormack i Emma Thompson w filmie Sophie Hyde "Powodzenia, Leo Grande". Film gra ze społecznymi stereotypami dotyczącymi ról płciowych – opowiada o emerytowanej nauczycielce, która chcąc wreszcie doświadczyć satysfakcji w seksie, korzysta z usług młodego pracownika seksualnego fot. Forum Film
Pisarka, dziennikarka, reportażystka, popularyzatorka antropologii mody. Autorka m.in. reportaży Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady (2020) oraz Historie osobiste. O ludziach i rzeczach w czasie wojny (2021). Niedawno, nakładem Wydawnictwa Znak, opublikowała książkę Ciałaczki. Kobiety, które wcielają...

Miękkimi brzuszkami

Pracując nad tym tekstem, zapytałam moją przyjaciółkę, jaka jest definicja miłości, która do niej najbardziej przemówiła. Powiedziała, że w chwilach kryzysu w związku powtarza sobie to, czego życzyła jej jedna z gościń na ślubie: „Żebyście zawsze odwracali się do siebie miękkimi brzuszkami”.

Najpierw wypada określić miejsce afektywne, z którego piszę ten tekst. Jestem 38-letnią cis-kobietą, mężatką. Pożyczając określenie od eseistki Olgi Drendy z Książki o miłości, identyfikuję się jako „osoboseksualna”, fascynują mnie różni ludzie niezależnie od ich płci. Kiedy kilka lat temu przed urzędniczką państwową obiecywałam, że będę się starać, aby moje małżeństwo było „szczęśliwe i trwałe”, nie zastanawiałam się zupełnie nad tym, na ile politycznie czy genderowo właściwy jest mój wybór. To był miłosny performance, a ja – jak zakochany, który mówi we Fragmentach dyskursu miłosnego Rolanda Barthes’a, byłam po prostu „wydana na pastwę swoich figur” (tłum. M. Bieńczyk). Kochałam i kocham. Ale co ja właściwie robię?

Dyskurs miłosny jest zarazem jedną z najbardziej idiomatycznych, sekretnych rzeczy, jakie ludzie robią sobie nawzajem, oraz najbardziej wszechobecnym spektaklem, jaki zna zachodnie społeczeństwo. Miłość jest oczywista i nieuchwytna jak patriarchat. Jak powiedziała słusznie Joanna Okuniewska w swoim podcaście Ja i moje przyjaciółki idiotki, wszyscy „dajemy się robić”. Jakie są dziś – po #metoo, w dobie kruszenia się heteronormy, w erze kryzysów ekonomicznych i katastrofy klimatycznej – nasze miłosne schematy? Roland Barthes napisał, że miłosna figura daje się wydzielić (niczym znak) i zapamiętać (niczym obraz albo opowieść) w tym, co doświadczone przeczytane, zobaczone, usłyszane. Kroki i gesty następują jedne po drugich, zarazem naturalne i sztuczne, niczym pozy tancerza podczas vogueingu.

Strike a pose! Co my właściwie robimy?

Figura 1. Domy z betonu

Jeszcze w połowie XX w. miłość w znaczeniu erosa, sentymentalnej emocji napędzającej relacje partnerskie, nie była dostępna dla większości polskiego społeczeństwa. Dopiero wraz z rozwojem klasy średniej i zwiększającej się dostępności dóbr materialnych relacje międzyludzkie zaczęły wykraczać z domeny instytucji i przechodzić do domeny usług. Chcesz miłości – proszę bardzo! W jakim stylu? Za ile? Okazało się, że skoro w liberalizmie jednostki mają sobie radzić same, to i związki mogą być bardziej spersonalizowane. Dosłownie i w przenośni można sobie teraz na to pozwolić.

Zanim jednak kapitalistyczny język uczuć znalazł rzesze odbiorców, o wiele bardziej popularny był nie tyle realizm socjalistyczny, co realizm życia codziennego – oparty na instynkcie przetrwania.

Miłość romantyczna w PRL stanowiła kaprys – nie można było sobie na nią pozwolić w kraju, który dopiero co zgruzowstał i gdzie romantyzm w rodzaju „czucia i wiary” szybciutko z ucieleśnionego obiektu uczuć został przepisany na pojęcie miłości ojczyzny, walki za „wolność naszą i waszą” oraz umierania w sprawie. Kochają się? To niech on trafi do obozu koncentracyjnego albo się powiesi, a ona niech zginie w kanałach albo pójdzie do zakonu. Kolumbowie. Rocznik 20, Kamienie na szaniec, Pożegnanie z Marią, Mała apokalipsa, poezja Grochowiaka, Wojaczka, Bursy, opowiadania Hłaski. Tu nie było miejsca na lekkość.

W dobie kartek na mięso, cenzury i kolektywnego wysiłku na rzecz planów x-letnich trzeba było myśleć pragmatycznie. Zdradzana kobieta w Życiu towarzyskim i uczuciowym Tyrmanda zostaje z niewiernym pisarzem, ponieważ ten dostaje przydział na czteropokojowe mieszkanie. Dobry kwaterunek, dobra posada, „mała stabilizacja” – po co komu romantyczne porywy serc? Wyemancypowana kobieta socjalizmu pracowała zawodowo oraz harowała ako gospodyni i matka, czytając porady w „Przekroju” czy „Przyjaciółce”. Tak jak w XIX w. opowieść o małżeństwie w PRL-u była narracją o pieniądzach, czy też raczej o bezpieczeństwie. „Rynek małżeński”, o którym w Matrymonium. O małżeństwie nieromantycznym pisze Alicja Urbaniak-Kopeć, nie był może już tak transparentny, ale wciąż uczucie przeliczało się na utrzymanie. I podobnie jak w XIX w., kobieta, choć w teorii równa, pozostawała ekonomicznie zależna od mężczyzny i wykonywała bezpłatną pracę domową. Bycie starą panną czy starym kawalerem było niepożądane, bo socjalizm buduje się kolektywnie – ale żeby zaraz mówić o wielkiej miłości? Jedna, druga prywatka, może koncert w Stodole albo wczasy pracownicze nad Bałtykiem czy w Tatrach – i już. Podstawowa jednostka społeczna gotowa.

Na miłość to się chodziło do kina, kiedy grali Trędowatą w reżyserii Jerzego Hoffmana, żeby wzruszyć się tragicznymi losami guwernantki Stefci, którą pogarda arystokracji doprowadziła do zapalenia mózgu w dniu ślubu z ukochanym ordynatem. Takie melodramatyczne uczucia do żadnego mieszkania w bloku by się zwyczajnie nie zmieściły. Dlatego też Polacy i Polki o uczuciach najczęściej nie rozmawiali. Woleli się napić albo politykować – albo jedno i drugie. Zresztą kiedy by się znalazło na to czas, skoro on zawsze musiał coś zrobić dla ojczyzny, a ona przetrwać z całym domem na głowie.

Nawet seks nie miał dobrej prasy – zarówno partia, jak i Kościół woleli trzymać problem pod kołdrą. W radiu leciały naiwne piosenki w rodzaju „Ładne oczy masz / Komu je dasz”, dopóki nie zastąpił ich smętny blues „W domach z betonu / Nie ma wolnej miłości”. Sorry, taki mieliśmy klimat. Moralny niepokój Dekalogu VI albo zniszczona niewinność w Trzeba zabić tę miłość. Jedynie Michalina Wisłocka ze swoim „kochaniem” starała się w praktyczny PRL wlać trochę ciepła. Pisała: „»Kochanie« to piękne polskie słowo, które w moim odczuciu określa ciepły, serdeczny, pełen przyjaźni i harmonii seksualnej kontakt dwojga bliskich sobie ludzi”.

Trzeba było dopiero tektonicznego tąpnięcia transformacji ustrojowej, żeby surwiwalowe reguły dyskursy miłosnego zupełnie się zmieniły.

Figura 2. Ogrody miłości

Pod domami z betonu zaczęły całymi szeregami wyrastać blaszane kioski, rozstawiły się „szczęki” oraz baraczki z szyldami „audio-video” albo „sex-shop”. Wraz z kapitalizmem przybyły golizna i zupełnie nowy sposób rozumienia tego, czym właściwie jest ten eros. To była Polska plakatów z „gołą babą”, intymnych porad w „Bravo” i wszechobecnej pornografii, która pojawiła się na bazarach na równorzędnych prawach z innymi elementami zachodniości. Tatusiowie chodzili do wydzielonej „za kotarą” części wypożyczalni, a mamusie oglądały z wypiekami Dynastię czy telenowele brazylijskie rozgrywające się w luksusowych hacjendach i kupowały niewielkie książeczki ze znakiem harlequina.

Firma z charakterystycznym logo oferowała dynastiopodobne opowieści w odcinkach, gdzie kluczowe było pełne przepychu tło oraz książę, który zrobi wszystko, żeby zdobyć swoją wybrankę. Mężowie oglądali Gerdę czy inną Helgę uwodzącą hydraulika, a ich żony z wypiekami na twarzy czytały o kolacjach przy świecach z Johnem czy innym Jakiem. Po dekadach uciemiężenia polskie kobiety potrzebowały wytchnienia, oderwania od szarej rzeczywistości, obietnicy. Nina Kowalewska-Motlik, wydawczyni serii na Polskę, zauważyła, że w nawale obowiązków jedyne, czego Polka ośmielała się pragnąć, to odrobina czasu dla siebie. Dlatego też powstało hasło: „Przenieś się w krainę marzeń. Książki Harlequin to ogrody miłości”.

Polki czuły, że związek, relacje, także seksualne, mogłyby być lepsze, bardziej odświętne. Reklama w tv: Kobieta kładzie się obok partnera na wersalce. On chrapie, ona nie może zasnąć, bierze więc do ręki książkę i przenosi się na piękne łoże z baldachimem, gdzie przystojny kochanek się nachyla, żeby ją pocałować. Cięcie. Do reklam telewizyjnych dołączyły prasowe. Pojawiała się na nich aktorka Barbara Bursztynowicz. Miała uśmiechniętą, rozmarzoną twarz. Obok niej stał chłopczyk, w domyśle syn, który mówił: „Nie poznaję mojej mamy”. Czytelniczki miały zmieniać się w bohaterki romansów – wciąż jednak robiły to dla chrapiących na kanapie mężczyzn, nie dla siebie samych. Przedsięwzięciem, które Ninie się nie powiodło, była seria „Silhouette”. Bohaterki tych książek, kobiety sukcesu, kończyły studia, zakładały firmy. Mężczyźni, w których się zakochiwały, byli niespełnionymi artystami albo kelnerami. To się nie podobało – mężczyzna pożądany był przedsiębiorczy, miał garnitur, teczkę albo chociaż kolorową koszulę Jarka Jakimowicza z Młodych wilków.

Kowalewska-Motlik wpadła też na pomysł, że kolejną okazją do promocji harlequinów może być wprowadzenie do polskiego kalendarza Dnia Zakochanych. I tak na 14 lutego 1992 r. zaplanowała siedmiogodzinny blok programów telewizyjnych dotyczących wyłącznie miłości. Na Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie zawisło wielkie czerwone serce, 12 m na 12 m, a we wnętrzach urządzono bal walentynkowy.

Walentynki na dobre zadomowiły się w polskim kapitalizmie oraz ofercie hotelowych weekendów dla par – czerwone róże, szampan, czekoladki, atłasowa pościel, jacuzzi. Hotelowa romantyczność do tej pory zanurzona jest najczęściej w harlequinowej poetyce. Księgarnie zaś nadal wypełniają grafomańskie romanse – jednak o innych kostiumach, rekwizytach i scenografii.

Figura. 3. M jak miłość

Po latach dominacji romansideł z kiosku czytelniczki nie chciały już amerykańskich wzorców. Rozpędzony rynek zaczął produkować własne opowieści. Już nie było Dynastii, tylko Dom nad rozlewiskiem. Nie było już amerykańskich bogaczy, ale polscy lekarze, prawnicy, biznesmeni i kobiety, które marzą o „normalnej” rodzinie i miłości jak z tygodnika „Pani Domu”. Do telewizji trafiały tasiemcowe seriale w rodzaju Klanu czy ZłotopolskichM jak miłość, a do księgarń powieści obyczajowe, w których miłość wiązała się z rodzinnymi perypetiami, które zdawały się nie mieć końca. To były emocje na miarę odradzającej się Polski, która wyobrażała sobie siebie samą – ludzie żyli historiami serialowych bohaterów i uczyli się nowych wzorców. Magda M. wylansowała nowy typ miejskiej bohaterki, polskiej Carrie Bradshaw z serialu Seks w wielkim mieście, a „warszafka” poznawała miłość na jedną noc w vip-roomach klubów „z selekcją”.

Popularnym segmentem polskiego kina u progu wejścia do Unii Europejskiej stały się komedie romantyczne pisane według sprawdzonego wzoru gatunku. Ona i on spotykają się, choć wiele ich dzieli, odkrywają wzajemne uczucie. Potem dzieli ich jeszcze więcej, ale w ostatniej chwili padają sobie w ramiona i żyją długo i szczęśliwie. Takie filmy przyciągały tłumy do kin niezależnie od tego, czy były to produkcje amerykańskie (Bezsenność w Seattle, Masz wiadomość) czy brytyjskie (Notting Hill), czy polskie (Nigdy w życiu).

Komedia romantyczna zawsze ustala w kulturze wzór pożądanej, „normalnej relacji” – te wyglądy, te role, gesty, figury – to, co trafia do romantycznej komedii, staje się społeczną normą.

W polskich komediach romantycznych heroiną wciąż jest najczęściej uśmiechnięta blondynka o „miłej” buzi oraz mężczyzna o kwadratowej szczęce i urodzie słowiańskiego Kena. Scenografia? Jakiś wielki świat – moda, biznes, miejskie życie. Estetyka – reklamowa. I o ile w produkcjach anglosaskich format ten jest coraz częściej wykorzystywany, żeby pokazywać to, co nie mieściło się jeszcze do niedawna w dyskursie miłosnym – związki międzyrasowe, poliamoryczne, poza heteronormą, neuroróżnorodne – w polskiej odsłonie, czy to serialowej, czy kinowej (może poza Sexify), trudno znaleźć ten format pracujący w służbie poszerzania pola tzw. normalności. Chłopak i dziewczyna – normalna rodzina.

Figura 4. My Heart Will Go On

Dorastałam, podczytując harlequiny mojej matki i podglądając, co tata nagrał na kasetach, które chował pod łóżkiem. Jednak moje imaginarium miłosne w dużej mierze zostało zbudowane przez melodramat – Trędowata mnie nie kręciła, lecz Titanic, Angielski pacjent, serial Ostry dyżur to już co innego. Te dzieła miały rozmach. Do tego dodawałam wiersze Poświatowskiej i jeszcze XIX-wieczne gotyckie w klimacie powieści o niemożliwej miłości – Wichrowe wzgórza, Dziwne losy Jane Eyre. Voilà!

Kiedy zbliżałam się do osiemnastki, po raz pierwszy w popularnym polskim dyskursie pojawił się melodramat o parze homoseksualnej. Tajemnica Brokeback Mountain pokazywała, że uczucie między dwoma mężczyznami może być równie przejmujące jak niegdyś losy biednej Stefci. Polacy, którzy dopiero co (w 2003 r.) mogli oglądać na billboardach pary nieheteronormatywne w akcji Kampanii Przeciw Homofobii „Niech nas zobaczą”, teraz oglądali losy takiej pary w hollywoodzkim blockbusterze na ekranach multipleksów.

Taka miłość wciąż nie mogła się większości pomieścić w głowach, ale ja i mnie podobni mogliśmy już chodzić do warszawskiego klubu Le Madame, gdzie uczyliśmy się słowa „queer” oraz tego, że płeć jest uwarunkowana kulturowo. Managerka Katarzyna Szustow urządzała tam imprezy, które przybliżały warszawiakom tajemniczy akademicki „gender”. To był pierwszy w Polsce azyl dla tych, którzy nie mogli się odnaleźć w heteronormie. Jak można było przeczytać w programie, skierowane były „do wszystkich lesb, pedałów, słodkich bi, femme fatale, tajemniczych transów, transgenderów, myślących heteryków”.

Harlequinami dla nieobawiających się płciowej płynności były z kolei wydawane wtedy po raz pierwszy w Polsce wampiryczne powieści Anne Rice – wampiry były wieczne, panseksualne, ich erotyzm był niebezpieczny i pociągający. Słowa „żyli (nieumarli) długo i szczęśliwie” nabierały nowego znaczenia. Wampiry były kulturowo wywrotowe. I przetrwały do dziś. Kilka lat później kolejne pokolenie dostało serial True Blood i przede wszystkim serię powieści Zmierzch Stephanie Meyer, gdzie opowieść o transgresji wiązała się z innym, popularnym gatunkiem opowieści o miłości – high school drama.

W słowie czy na ekranie – nastolatki chciały i chcą zakochiwać się wedle reguł własnej subkultury, a nie pożyczać od dorosłych. Kiedy dorastałam, z jednej strony była konserwatywna Jeżycjada Musierowicz, a z drugiej Beverly Hills 90210. Dziś z jednej strony na listach najlepiej sprzedających się książek young adult króluje empatyczny, tęczowy Heartstopper, ale z drugiej strony jest seria Rodzina Monet Weroniki Marczak, gdzie na pierwszy plan wychodzą bogactwo i aspiracje. Po jednej stronie opowieść o nienormatywnej miłości, a po drugiej stronie klasyczna bajka o kopciuszku, który trafia na bal. Jakiej miłości będą szukać dzisiejsze dzieciaki? Jedno jest pewne – nie ma bardziej wyrazistych figur miłosnych niż te nastoletnie. Nie ma większej miłosnej dramy. Wystarczy przytoczyć wydawniczy opis pierwszej książki z serii autorki o pseudonimie Pizgacz – Start a fire: „Victoria wiedziała, że nadchodzi w jej życiu moment, w którym będzie musiała podjąć decyzję. Bo choć mogła oszukiwać samą siebie, jej piękny chłopiec był destrukcją. Zachwycającą destrukcją, pełną kłamstw, mroku i żaru, ściągającą ją na dno piekła”.

Nigdy później nie kocha się już tak pretensjonalnie.

Figura 5. Pokój zabaw

Hiperbolizujące miłosne fantazje mają też swoje odsłony w poetyce erotyki BDSM. Kilka lat temu okazało się, że komedia romantyczna może się znudzić szerokiej publiczności. Nie tyle sam schemat kopciuszka i księcia – ale seksualność była tam zdecydowanie zbyt waniliowa. „Mamuśki” nowego pokolenia nie chciały harlequinów i róż, ale satysfakcji z seksu. Okazało się, że dzisiejszy romans musi być bardziej hardcore’owy – jak pisała o 50 twarzach Greya E.L James izraelska socjolożka Eva Illouz. Oto jak z grubsza przedstawia się ta literacka historia: Jest milioner Christian, z którym przeprowadza wywiad młoda studentka, Anastazja. Zakochuje się w nim, ale on odpowiada, że będzie mogła z nim być tylko wtedy, jeśli zgodzi się zostać jego seksualną…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości