Subskrybuj
Ilustracja: Basia Pospischil
Ilustracja: Basia Pospischil
Pisarka, dramaturżka, scenarzystka. Autorka zbioru opowiadań Kijanki i kretowiska oraz powieści Przypadek Alicji, Bura i szał, Sorge. Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody im. W. Gombrowicza i Nagrody Conrada

Bal gałganiarzy

Zuzanna przyklęka na jedno kolano i ostrożnie przygląda się powierzchni wody, byle nie wpaść. Jezioro niewinnie faluje, suche trzciny niewinnie falują, przy samym brzegu gdzieniegdzie widać liście nenufarów i nawet przez chwilę Zuzanna myśli sobie, że to nenufary, nie zaś ryby, pływają koło mola, ale tak nie jest.

Grzybnia (łac. mycelium) – ciało grzyba, zbudowane z rozgałęzionych strzępek, wielu bądź jednej, tworzących pod ziemią gęstą sieć połączeń, która służy do komunikacji, transportu zasobów, badania przestrzeni, poszukiwania pokarmu, przygód, innych grzybni w całym tym podziemnym świecie.
Grzybnia, z notatek

Każde wyrusza ze swojego miejsca po nitce, nitkę za sobą ciągnąc i wprowadzając inne w rezonans.

Zuzanna idzie boso po kamiennych schodach, prosto do przystani. Kaliban otwiera drzwi auta i od razu nie podoba mu się ani taksówka, ani kierowca. Zdenka wpatruje się w witrynę osiedlowego sklepu spożywczego i próbuje sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadła kokosowe draże. Kostia dotyka zasinionej powieki i w duchu cieszy się, że chociaż łuk brwiowy przestał krwawić. Pierwsza rocznica, odkąd nie ma Filipa.

Życie.

Zuzanna idzie boso po kamiennych schodach, prosto do przystani, choć „przystań” to za duże słowo dla krótkiego molo ze zbutwiałych desek. Trzeba wiedzieć, gdzie stanąć, żeby nie wylądować na jednej z nich, bo owo molo rozewrze szczęki i połknie aż do łydki, kolana albo brody, czego Zuzanna się obawia. Zuzanna bardzo nie lubi jeziora i zepsutego mola. Filip miał się tym zająć, Filip miał wszystko wymienić na wiosnę, ale wiosna zdążyła nadejść, przejść, zmienić się w lato, a Filipa już nie ma. Zuzanna będzie musiała zająć się remontem sama albo po prostu usiądzie na brzegu jeziora i popatrzy, jak molo butwieje do reszty i pokawałkowane, znika pod powierzchnią wody. Potem zniknie dom, myśli sobie Zuzanna, kto wie, może nawet i ona.

Wspaniałe perspektywy, dodaje w duchu i chce uciekać od tego jeziora, ciemnego, połyskującego jak rtęć, gdy jej wzrok przykuwają białe brzuchy ryb.

Kaliban otwiera drzwi auta i od razu nie podobają mu się ani taksówka, ani kierowca. W myślach denerwuje się na asystentkę, którą nazywa „Kaśką” tak jak wszystkie poprzednie, niezależnie od imion pierwotnych. Ona – Kaśka – nie była w stanie załatwić niczego lepszego, choć powinien się cieszyć, że udało się załatwić cokolwiek. Kaliban siada na tylnym siedzeniu i sądzi, że to wystarczający znak, iż nie jest zainteresowany rozmową, ale myli się boleśnie, gdy kolega znajomego od razu wyjeżdża z mocno spersonalizowanym small talkiem, jak gdyby doskonale wiedział, kogo wiezie. Na zewnątrz wieje, od pyłków Kalibanowi już zaczynają łzawić oczy, nawet to szklane, więc prosi o zamknięcie szyb, które chwilę wcześniej pospiesznie otwierał, próbując rozwiać wyimaginowany zapach, jaki go nie opuszcza na równi z dzwonieniem w uszach. Ciągle ma wrażenie, że jego ciało roztacza odór ryb, wybranych z morza nad ranem, gdy pierwsze fale przypływu omywają brzegi wyspy.

Wszystko źle, wszystko najgorzej.

Zdenka wpatruje się w witrynę osiedlowego sklepu spożywczego i próbuje sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadła kokosowe draże. Podejrzewa, że mogło to być dawno, a nawet bardzo dawno, celuje w jakieś święta Bożego Narodzenia, które spędzała z bratem i ojcem, i to ojciec właśnie przynosił w kieszeniach korsarze i myślał, że wystarczy, wcześniej rzeczywiście wystarczało, bo dzieci nie miały dużych wymagań, jednak gdy dorosły, wiele się zmieniło. Po egzaminach na doktorat to te draże stanęły jej w gardle, prawie się zakrztusiła, a potem zwróciła je na dywan w ojcowym salonie i wcale nie było jej wstyd, bo zdała, co miała zdać, i mogła wyprowadzić się z domu na zawsze.

Przez chwilę kusi ją, żeby wejść do osiedlowego sklepu, kupić batonik, czekoladę, choćby te durne draże, byle z cukrem, byle dużo, ale sklep zaraz się zamknie. Widać w środku sprzedawczynię, która nerwowo spogląda na Zdenkę i ostentacyjnie liczy pieniądze w kasie. Jeszcze kilka minut do końca, a niektórzy mają po co wracać do domu. Zdenka zaczyna się denerwować, znajduje w kieszeni cukierki z melisą i żeń-szeniem Mycelium. Liczy, że te ją pobudzą i uspokoją jednocześnie. Przez chwilę waży cukierki w dłoni, lecz wie, że przegrała.

Sprzedawczyni liczy pieniądze coraz szybciej, mierząc się ze Zdenką wzrokiem, kto pierwszy, ten lepszy.

Kostia dotyka zasinionej powieki i w duchu cieszy się, że chociaż łuk brwiowy przestał krwawić, co zajęło całe dwa dni, na szczęście z przerwami, ale spontanicznymi. Wystarczyło, że Kostia się skrzywił w sklepie, na przejściu dla pieszych albo po prostu w domu, jak zwykle, i już czuł, że rana nad okiem zaczyna się otwierać, a krew przesączać przez kompres gazowy. Powinien był iść prosto na SOR albo przestać się krzywić i wybrał to drugie, bo nie miał zamiaru siedzieć w kolejce na plastikowym krześle, między kolkami nerkowymi i zwichniętymi kończynami. Jest nieco zdenerwowany. Pogrzeby same w sobie są denerwujące, bójki na pogrzebach po dwakroć. Kostia ubiera się i dotyka czerwonej kreski nad okiem, sprawdzając, czy wytrzyma, bo tego wieczoru on bez krzywienia się na pewno nie.

Zuzanna przyklęka na jedno kolano i ostrożnie przygląda się powierzchni wody, byle nie wpaść. Jezioro niewinnie faluje, suche trzciny niewinnie falują, przy samym brzegu gdzieniegdzie widać liście nenufarów i nawet przez chwilę Zuzanna myśli sobie, że to nenufary, nie zaś ryby, pływają koło mola, ale tak nie jest.

Ukleje unoszą się na wodzie jak małe boje. Filip opowiadał kiedyś, że gdy był dzieckiem, ukleje skakały po powierzchni jak pająki pływaki, bo nie mogły się zanurzyć. W pęcherzach pławnych zwijały im się nitki tasiemców, a który z dzieciaków wyjął dłuższą, ten wygrywał, co brzmi trochę jak bajka, anegdota, notatka na marginesie albo jedna z tych strasznych opowieści przy ognisku. Zuzannie to nie przeszkadza, Zuzanna już lubi ukleje i tasiemce.

Te ryby są nieruchome.

Filip opowiadał również o meduzach, które zaczęły pojawiać się wraz z cieplejszymi latami i niektóre trafiały na jego biurko zamknięte w szkle. Zuzanna nachyla się, czuje w nozdrzach zapach starych desek, przeżartych przez pleśń i korniki, na który nakłada się ciężki smród wilgoci i błota, oto rozgrzana zupa z trupa, od brzegu do brzegu. Ukleja jest sztywna, przypomina pamiątkę, którą można kupić na deptaku w Sopocie i potem postawić w domu, żeby już zawsze zbierała kurz. Jej biały brzuch pokrywają czarne plamki. Kiedyś Zuzannie zebrałoby się na wymioty, jednak teraz nie. Skrobie paznokciem dziwne ślady i wtedy słyszy samochód.

Za wcześnie.

Kaliban przeciera oczy, bo kolega znajomego wprawdzie zamknął okno, ale widocznie za późno, skoro w powietrzu już wiszą niewidoczne pyłki, od których jego organizm dostaje histerii. Kaliban zaczyna przeszukiwać kieszenie garnituru, ale nie ma przy sobie ani kropli, ani inhalatora, ani tabletek, bo oczywiście, że się nie spodziewał, że horror będzie trwał jeszcze w sierpniu, więc tylko siedzi i bezgłośnie płacze, udając, że nic się nie dzieje. Kolega znajomego myśli, że to efekt jego poruszającej historii życiowej, którą zawzięcie opowiada od samego początku, robiąc stosowne pauzy na wypadek, gdyby Kaliban chciał wtrącić swoje trzy grosze, bo przecież tym się zajmuje, mówieniem ludziom, co mają robić, gdy sami nie wiedzą, a on, kolega znajomego, bardzo nie wie, lecz Kaliban w kieszeni znajduje portfel, w portfelu pieniądze, wyciąga je przed siebie, na co kierowca mówi, że za dużo i w ogóle jeszcze daleko, Kaliban zaś wyjaśnia, że to po to, żeby się zamknął. Koledze znajomego robi się przykro, po czym włącza radio.

W radio wróżka Kora z Ulicy Astronautów przepowiada dobrobyt, podróże i rozwiązanie problemów tych urodzonych pod znakiem Lwa.

Kaliban reaguje równie histerycznie jak jego organizm i wyciąga przed siebie kolejny banknot. Jadą zatem w ciszy. Kaliban myśli sobie, że wszystkie znaki mówią, iż powinien zawrócić.

Zdenka dalej się denerwuje, bo nie lubi, jak coś idzie nie po jej myśli, i nie po to umawiała się z dużym wyprzedzeniem, żeby teraz stać w gorącu pod jakimś sklepem i czekać, a potem na pewno się spóźnić. Wkłada do kieszeni kokosowe draże i uznaje, że się nie podzieli.

Wzięła służbowy samochód, zatankowała za służbowe i potem będzie musiała rozliczyć kilometry, ale choroby przecież nie śpią, nigdy nie mają wakacji, więc nikt się nie przyczepi. Zresztą nikt nigdy nie czepia się Zdenki, Zdenka jest najlepsza w swoim regionie, o czym świadczy stosowna nagroda, która zostanie jej na dniach wręczona podczas corocznej konferencji firmy Panaceum, co stanowi niemalże namaszczenie na wyższe stanowisko i oznacza własne biuro na jednym z najwyższych pięter. Zdenka jest najlepsza w swoim regionie i jeśli mówi, że to obowiązki zawodowe, kadry nawet nie mrugną okiem, choć to wyłącznie życiowe obowiązki, dla Zdenki nie najprzyjemniejsze.

Kostia spogląda na wnętrze mieszkania, bardziej przypominające pokój hotelowy niż miejsce, które można by nazwać domem. Mebli jest mało, niczym się specjalnie nie wyróżniają, na blatach i stołach nie zalegają żadne rzeczy osobiste, bo takich Kostia za wiele nie ma, jedynie na szafce z butami leży kilka lilii, które wyjął z bukietu przeznaczonego dla Ewy, jednej z pacjentek. Usychające płatki wpadały do leżącej nieopodal torby pielęgniarskiej, między tramadole i oksykodony.

Kostia przez chwilę duma, czy nie zebrać resztek kwiatów, nie zawinąć w jakieś celofany, żeby nie zjawiać się z pustymi rękami, lecz rezygnuje i wychodzi z mieszkania. Zastanawia się, po co w ogóle to robi, po co w ogóle to robią, skoro nie ma dla kogo, ale idzie, mija bramę osiedla, wychodzi na parking, a tam już Zdenka kręci się w kółko, stuka obcasem, zaciska ręce na piersiach i międli w ustach swoje dziwne cukierki.

Kostia wypowiada jej imię.

Zuzanna wspina się po kamiennych schodach, prosto w kierunku podwórka i domu w brzuchu wzgórza, jezioro zostawiając za plecami, choć tak naprawdę tutaj zostawić się go nie da, bo skąd popatrzeć, to je widać i ono samo otwiera się jak oko otoczone zwarto ostrokołem drzew. Doskonale widać stąd niebo, więc co roku przyjeżdżali oglądać Perseidy, bywali tu dużo wcześniej niż Zuzanna, byli tu od zawsze, a odkąd nie ma Filipa, ich bytność staje się nagle niepotrzebna, może poza jednym. Zuzanna mija kwiatki, krzewy, rabatki, nie zwraca na nie uwagi, bo też specjalnie nie ma na co. Niezabezpieczone rośliny przemarzły, skurczyły się i zbrązowiały, ich miejsce zajęły wybujałe chwasty, co widać dopiero teraz, latem, a lata bywały tu piękne. Zuzanna nie chce myśleć o latach, które były, ani o tych, które będą.

Wspina się na podwórko i patrzy na Kalibana.

Kaliban wygląda jak stojący węgorz, taki jest wysoki, splątany i chudy. Wydaje się, że nie do końca panuje nad własnym ciałem i gdyby nie garnitur, ciało wzięłoby się i rozlało tutaj na podwórku, wsiąkłoby w trawę i zniknęło na zawsze. Zuzanna wie, że to pozory, gdyż widziała już Kalibana na scenie i to, co z tym obłym ciałem zrobić potrafi, ale teraz zaczyna go żałować. Oto wylewa się z samochodu, z tej biednej hondy na lokalnych numerach, żegnany jakimś potoczystym wodospadem słów kierowcy, od którego opędza się, machając gwałtownie, możliwe, że w rękach ma banknoty. W końcu staje przed Zuzanną, poprawia garnitur, wygładza białą koszulę, przeciera załzawione oczy i wygląda jak zagubiony kaznodzieja.

Ich ostatnie spotkanie pozostawiło nie tyle niesmak, ile niepokój w stylu: fajnie, ale więcej nie. Teraz też nie jest lepiej, bo oto Kaliban patrzy na gołe stopy Zuzanny, dodaje dwa do dwóch i Zuzanna już wie, że właśnie utwierdza go w przekonaniu o własnym szaleństwie.

Kaliban najchętniej wziąłby i zawrócił, nieważna honda, nieważny kierowca, kazałby mu się po prostu zamknąć, wieźć z powrotem na dworzec, z dworca do dużego miasta, do normalnego życia, do dalszej trasy, bez Filipa, bez reszty gałganiarzy, w końcu bez Zuzanny, która stoi teraz przed nim w całej okazałości, jak złamana Matka Boska, co akurat doskonale się składa, zważywszy na przypadającą rocznicę.

Jest jednak za późno, samochód żwawo odjeżdża, ledwo się drzwi za Kalibanem zamknęły, i Kaliban w duchu żałuje, że jednak był nieuprzejmy, nagle kurczy się w sobie na samą myśl, że będzie musiał dzwonić do Kaśki, kazać jej szukać nowego samochodu, jeśli jeszcze istnieją nowe samochody w tej dziurze, albo wpraszać się do innego gościa, w ostateczności prosić Zuzannę. Nie chce nikogo urazić, nie chce być niegrzeczny, ponieważ w ogóle nie chce tu być, jego ciało również, kicha głośno jak dzwon równy dzwonieniu w uszach, na pohybel wszystkim pyłkom, które wysypały się z roślin przypadkowo i niepotrzebnie.

Zuzanna jest jak madonna, w długiej, jasnej sukience, bez swetra, bez butów, prawdopodobnie również bez bielizny, jak gdyby w ogóle nie istniała, to tylko Zuzanny powidok, który został po Filipie i nawiedza dom, przystań i pozostałych przy życiu przyjaciół. Ma jasne włosy, długie, wzburzone przez wiatr, i wygląda nawet ładnie w tym swoim oderwaniu od świata żywych, jak gdyby co rano szła brzegiem Styksu, ledwie balansując na granicy. Kaliban pamięta poprzednią Zuzannę z lata, gdy z nieba leciały Perseidy, a oni biesiadowali na tarasie domu, nie wiedząc, że to ostatni raz, że to właśnie dzieją się stare, dobre czasy, bo zwykle się nie wie takich rzeczy, chyba że jest się wróżką Korą z Ulicy Astronautów.

Słońce skapuje za horyzont, zaraz będzie ciemno, Zuzanna prosi na pokoje.

Zdenka może i nie jest najlepszą kierowczynią, lecz się stara, Zdenka zawsze się stara. Prowadzi samochód i próbuje się skupiać zarówno na drodze, jak i na Kostii, który wygląda jak ofiara wypadku i odmawia zeznań. Na szczęście ruch jest niewielki, normalni ludzie siedzą już w domach ze swoimi rodzinami, nie jeżdżą do innych domów, do grobowców, żeby celebrować nieprzyjemne rocznice, co to by się chciało je zamieść pod dywan, pod łóżko albo chociaż szafę, do szafy, między inne potwory.

Gdy byli wszyscy, to i wszystko działało, gałganiarze zawsze razem, od pierwszej klasy, a później może i nieregularny, ale jedyny stały, powtarzalny punkt w dorosłym życiu. Zdenka lubiła te spotkania, chociaż nie zawsze lubiła okazje, oglądanie gwiazd latem było w porządku, świąteczne wieczory, kiedy można się wymigać od obowiązków rodzinnych, również, ale pogrzeby nie. Od ostatniego pogrzebu tamten dom jest w jej oczach grobowcem właśnie, i to takim, jaki odwiedza się w Święto Zmarłych na końcu, bo jest w kącie cmentarza, w sumie to chce się zapomnieć, kto tam leży, i zostają tylko najgorsze znicze, takie, co wygrywają melodie niestosownie do okazji albo na jednej ściance mają portret Jezusa, któremu bliżej do martwych niż wstawania z martwych.

Nie dziwi zatem, że Zdenka mocno skupia się na Kostii, co Kostii wcale nie przypada do gustu.

Kostia nie wspomina słowem o pogrzebie, o żadnym z dwóch, gwoli ścisłości, nie wspomina o Ewie, nigdy Zdence słowem nie wspomniał o Ewie i nie zamierza tego zmieniać, a na pewno nie dzisiaj, nawet się nie denerwuje, choć mógłby, po prostu chce, żeby Zdenka dała mu spokój, nie powinna sobie na tyle pozwalać, jest jego starszą siostrą. Różnica roku między nimi liczyła się w szkole, jak trzeba było prosić o podręcznik, zeszyt z pracami domowymi albo chociaż odpowiedzi na sprawdzian z przyrody czy żeby mógł się bawić z nią, Kalibanem i Filipem, on smarkaty, ale teraz już nie, teraz różnica między nimi się zatarła, zatrą się wszystkie, co czasem przeraża Kostię, ponieważ nie chce stać się znerwicowaną Zdenką z plamami potu pod pachami. Ma własne problemy, przeto wyjeżdża z ojcem, co zawsze Zdence zamyka usta.

Zdenka zaciska palce na kierownicy i przyspiesza.

Coś miga na poboczu, w samym sercu zakrętu, przez chwilę Zdenka myśli, że to sarna albo rodzina dzików, więc nawet zwalnia, ale nie zauważa niczego, nie potrąca nikogo, jedzie dalej mimo Kostii i tej jego szpili, którą on zawsze potrafi wbić, kiedy Zdenka niczego się nie spodziewa.

Kostia mówi, że nazajutrz odwiedzi ojca, co roku odwiedza ojca, jedzą kawałek tortu z osiedlowego sklepu, bo ojciec piec nie umie, potrafi tylko sprawdzać napięcie w gniazdkach, kablach i wojskowych rosomakach.

Kostia czuje, że przesadził, i nawet przez sekundę żałuje, że nie wziął tych kwiatków, mógłby je dać Zdence na poprawę humoru, dołożyć bombonierkę, wiedział w końcu o mglistej nagrodzie kwartalnej, rocznej czy jakiej, która dla niego nie miała znaczenia, lecz wtedy myśli sobie, że pewnie by go siostra zrugała, że jak on może, jak on śmie podstawiać jej pod nos tego typu pokusy i wykorzystywać jej chwilę słabości, tym bardziej że Zdenka żadnych chwil słabości nie ma.

W końcu Kostia uznaje, że czas pomartwić się o siebie samego, o Ewę, i niech Ewa będzie jego tarczą na to, co czeka ich u kresu podróży, a ten już niedaleko. Kostia poznaje znak z nazwą wsi.

Wydaje mu się, że w cieniu drzew widzi sarnę albo rodzinę dzików, co go trochę dziwi, gdyż zwierzęta nigdy nie podchodziły tak blisko.

Zuzanna prosi na pokoje, a dom otwiera się na gości.

Stoi na końcu wsi otoczony lasem, wciśnięty w brzuch wzgórza, tutaj nikt nie zagląda w okna, panują pełna prywatność i spokój. Wprawdzie wszędzie daleko, a zimą, jak zasypie, nikt nie odśnieża, ale przecież to żaden problem, oboje z Filipem nie potrzebowali nigdzie się zbierać i dojeżdżać każdego dnia. Słuchali zatem szumu liści, śpiewu ptaków, pluskania jeziora, aż Zuzannę szlag trafiał i szła popracować w ogrodzie, gdzie słychać było tylko jej klątwy, rzucane w stronę stonek, mszyc i ślimaków. Zamiana sztucznych kwiatów na żywe miała dać jej tyle satysfakcji i radości, na miejsce kwiaciarki, specjalistki od funeralnych bukietów, miała nadejść kwiaciarka pełna życia, ale tak się nie stało.

Teraz Zuzanna prosi Kalibana do środka, wpuszcza go przez próg i zatrzaskuje drzwi, zanim ten zdąży uciec. Wyciera nogi o wycieraczkę, żeby nie zostawiać śladów ziemi, wsuwa się w białe pierzaste papcie i pcha gościa do kuchni, tutaj się wszystko rozegra, więc Zuzanna zastanawia się, jak zacząć, może lepiej nie z grubej rury, jak ostatnio w amfiteatrze, tylko małymi krokami. Jakoś musi podprowadzić temat Kory, zanim zjawi się reszta, i nawet otwiera usta, gdy oto słychać silnik samochodu.

Kaliban czuje się dziwnie w domu grobowcu. Bywał tu dawno, choć często jako dziecko, właśnie razem z Filipem po lekcjach, zaraz po swoim wypadku, zaraz po tym jak ojciec został astronautą, a matka zwariowała. Bywał tu nie rzadziej jako student, regularnie, choć od większego dzwonu w dorosłym życiu, ale po raz pierwszy to miejsce zaczyna go przerażać. Brakuje Filipa, jakby to nie fundamenty, ściany i stropy, lecz Filip stanowił tego domu kręgosłup i podstawę. Teraz są tu tylko duchy i ta wielkooka Zuzanna, która skrada się jak sowa, w tych cichych, pierzastych papciach, i zaraz go dorwie, porwie i połknie jak mysz albo ćmę.

Przygotowała wszystko na gości, w kuchni widać garnki pełne jedzenia, pachnie ciepłym ciastem i chrzanem, w salonie stół nakryty dla czworga, na środku bukiet świeżych polnych kwiatków. Zuzanna pewnie chciała, żeby było miło, jednak nie jest, jest jak w reklamie jogurtu albo na hali w Ikei, sztucznie i dziwnie.

Kaliban czuje się przytłoczony, stara się nie patrzeć na ściany, na obrazy Filipa, Filipowe ślady w powietrzu, tylko kicha, trze oczy, kątem tego zdrowego widzi pod stołem naczynie żaroodporne z nadpsutym jedzeniem, co wytrąca go z równowagi. Kaliban ucieka do łazienki.

Łazienki przeważnie są bezpieczne.

Zdenka parkuje w ogrodzie i wcale nie ma ochoty wysiadać, ale nie może się schować pod siedzeniem i zostać tam na zawsze, wyrosła z tej kryjówki. Myśli o drażach, czuje ich kształt w kieszeni i wie, że wsunie je sama w kącie kuchni lub nad zlewem, poza wzrokiem gości, niczym jakaś barbarzynka.

Słyszy, jak Kostia gramoli się na zewnątrz, i oto wysiadają oboje, a wita ich Zuzanna, wysoka i jakaś taka nierzeczywista, jak gdyby była częścią domu i nie funkcjonowała poza jego granicami jako osobna istota. Zdenka zatrzaskuje drzwi trochę za mocno, idzie w ramiona Zuzanny, czółenka zapadają się w spaloną słońcem zbrązowiałą trawę, jak gdyby wewnątrz ziemi tkwił czerw i chciał Zdenkę wessać w sam środek uzębionych szczęk.

Zdenka ściska gospodynię i trochę robi się jej głupio, że była gotowa wziąć nadgodziny nawet w weekend, byle nie musieć tutaj wracać, choć obiecała, wtedy, podczas tego ich karkołomnego pobytu w spa, ale proszę, oto jest, oto wraca, daje się zamknąć Zuzannie w ramionach i wydaje się jej, że ostatnio była tak blisko niej na pogrzebie, perfumy przypominają zapach funeralnych bukietów.

Wchodzą wszyscy do domu i jak wkrótce wychodzi, wszyscy już są.

Kometa Swifta-Tuttle’a zbliża się do Ziemi.

Zaraz się zacznie.


Powyższy fragment otwiera powieść, nad którą właśnie pracuję. Grzybnia rośnie powoli w swoim tempie, w wielu kierunkach na raz, od jednej małej spory, która zasiała się pewnego wieczora w domu w brzuchu wzgórza, między gałganiarzami.
Gdy w końcu zjawi się kometa, wszystko zostanie wyjaśnione.
Do zobaczenia.

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości