Subskrybuj
Olga Gitkiewicz (fot. Anna Liminowicz)
Redaktorka i dziennikarka. Autorka reporterskich książek Nie hańbi oraz Nie zdążę. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Fundamentalne pomyłki

Mężczyźni objaśniają mi świat wytrawnie i ze swadą przekonani, że mogą.

Opierałam się o stanowisko z automatem do kawy i czekałam na swoje zamówienie. Obok, jak to na stacji benzynowej, kręcili się ludzie, w tym mężczyzna, który wyraźnie czegoś szukał. Zerknął na mnie, w końcu chrząknął.

– Nie wie pani, gdzie tu są sól i cukier?

Akurat nie wiedziałam, ale bywam życzliwa. Rozejrzałam się i znalazłam saszetki w pojem­niku, wskazałam. Skinął głową, odszedł gdzieś, po czym zaraz wrócił. Zatrzymał się przed ekspresem i się zadumał. Stał tak i stał, popatrzył na mnie przelotnie, aż w końcu zapytał czekającego w kolejce do kasy mężczyznę o to, jak działa ten automat.

Mógł to być przypadek. Mógł już nie chcieć nadużywać mojej życzliwości. Mógł też w myślach powiązać mnie – kobietę – z zaopatrzeniem spo­żywczym, a mężczyznę – z obsługą sprzętów. To się często zdarza: pytania o codzienność kie­ruje się do kobiet, pytania specjalistyczne – do mężczyzn.

W podstawówce to chyba nie było jeszcze tak wyraźne, lecz wspomnienia z liceum mam już dość ostre: moi koledzy naprawdę lubili powtarzać, że dziewczyny są głupie. Głupsze. Że dziewczyny to idiotki. Wznosili przy tym znacząco wzrok do nieba. Niektóre z nas wtedy chichotały, niektóre milczały, inne próbowały to podważać. Wtedy tego nie rozumiałam, z czasem dotarło do mnie, że to schemat, który się utrwala w trakcie socjalizacji. Mimo że teraz, kiedy jestem dorosła, mało kto wprost nazywa kobiety głupimi, to i tak na różne sposoby próbuje się podważać nasze kompe­tencje albo zwyczajnie nie dopuszcza się myśli, że jakieś możemy mieć.

Na którymś ze spotkań autorskich jeden z czytelników zarzucił mi, że popełniłam błąd faktograficzny, przywołując w tekście lata funkcjonowania pewnej fabryki. Zdziwiłam się trochę, bo pamiętałam, że to kilkakrotnie sprawdzałam. Powiedziałam, że potwierdziłam te daty w paru źródłach, również w KRS­ie. Wyciągnęłam telefon, prze­cież dziś sporo można zweryfikować w internecie. Znalazłam nawet te informacje ponownie, próbowałam je zaprezentować. Człowiek był niewzruszony. Kręcił głową i powtarzał, że nie mam racji, fundamen­talnie się mylę, a on po prostu to wie.

Mężczyźni często dyskutują ze mną o kwestiach, w obszarze któ­rych posiadłam dość gruntowną wiedzę, i nic, że ich argumentacja sprowadza się zwykle do anegdot w rodzaju: kiedyś mojemu kuzynowi przytrafiło się to i to, oni wiedzą lepiej.

Najbardziej lubię tych, którzy zaznaczają: „Fun­damentalnie nie ma pani racji, pisałem o tym wiele razy”. Albo: „Myli się pani, zachęcam do przeczytania mojego tekstu na ten temat”. Nie: „Uważam inaczej”, nie: „Mam inne zdanie”. Nie. Pan ma rację, pani się myli, kropka.

Absolutnie surrealistycznym doświadczeniem było, kiedy jeden z mężczyzn – nieproszony – pouczył mnie w internecie: żebym mogła zrozumieć pewne zjawisko, powinnam przeczytać książkę napisaną przez – niespodzianka – mężczyznę. Tymczasem autor powoływał się w niej na moje teksty i cytował moje opinie. Piętrowość tego rozumowania rze­czywiście mnie przerosła, lecz była klasycznym przykładem mansplainingu. To angielski zwrot, rozpowszechniła go Rebecca Solnit, autorka książki Mężczyźni objaśniają mi świat (Wydawnictwo Karakter). Zdarzały się różne, niekoniecznie szczęśliwe, próby przełożenia tego pojęcia na język polski: panjaśnienie, męsplikacja, tłumaczyzm. Mansplaining panoszy się wszędzie, zwłaszcza w mediach społecznościowych. To tam regularnie mężczyźni wyjaśniają mi moje własne teksty. Wskazują, jakie mogę pisać książki i w jakim tempie. W jakich sprawach zabierać głos. Mężczyźni objaśniają mi świat wytrawnie i ze swadą przekonani, że mogą. Świat ich do tego przygotowuje od dzieciństwa, podczas gdy dziewczęta uczy słuchania i potakiwania, ewentualnie zadawania pytań.

Oczywiście wiem, że niektóre kobiety też mają tendencje do objaś­niania, lecz rzeczywistość nie jest symetryczna. Mansplaining nazywa się tak właśnie dlatego, że jest aktywnością typową dla patriarchatu, jedną z wielu uderzających w kobiety – w naszą pewność siebie, w nasze kompetencje. Ledwie wczoraj słyszałam w radiu debatę polityczną, w której udział brało kilku posłów i jedna posłanka. Kilkakrotnie zwrócili się do niej per „pani Kasiu”. To też jest schemat typowy dla mansplainingu: zdrabnianie, kolokwializowanie, skracanie dystansu.

Nie chodzi zresztą tylko o podważanie rzadkich, specjalistycznych kompetencji czy o klasowe oburzenie wykształconych kobiet. Całkiem niedawno podczas towarzyskiego spotkania znajomy objaśniał nam, kobietom, kwestie związane z zachodzeniem w ciążę i rodzeniem dzieci, a nawet pouczał nas w kwestii bólu menstruacyjnego. Niezależnie od tego, ile byśmy miały lat, ile doświadczenia, znajdą się dziesiątki mężczyzn patrzących na nas z wysoka i tłumaczących świat – który rozumiemy przecież całkiem dobrze. Warto to przyjąć do wiadomości, a jeśli aż tak trudno to znieść, może lepiej czasem po prostu milczeć.

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez patriarchatu