Kilka zdań, dalej już dam radę. Szybkim trikiem oszczędzę sobie czasochłonnych i męczących zmagań z pustą kartką. Wystarczy krótkie polecenie: „Napisz wstęp do eseju o kreatywności i sztucznej inteligencji”, a ChatGPT posłusznie nawlecze nić, żebym mógł ciągnąć wątek.
„Jedną z najbardziej satysfakcjonujących rzeczy jest sukces, jaki odnieśli ludzie używający go jako kreatywnego narzędzia, aby przezwyciężyć problem pustej kartki” – zachwalał GPT-4 Sam Altman, szef OpenAI, w podcaście Greymatter. Nie on jedyny w branży sztucznej inteligencji (SI) przyciąga konsumentów obietnicą leku na męki twórcze. W jednej ze swoich reklam Google pokazuje, jak SI odmieni codzienną pracę biurową. Napisze maila na podstawie wcześniejszych konwersacji. Wygeneruje szkic prezentacji. Stworzy osobiste zaproszenia na spotkanie dla członków zespołu, by dać im złudne poczucie przyjacielskiej relacji.
Brzmi dobrze? „Czy jesteś podekscytowany tym, że twoi współpracownicy staną się bardziej gadatliwi, zamieniając każde »Brzmi dobrze« w trzyakapitowy list?” – ironizował John Herrman w tekście The Nightmare of AI-Powered Gmail Has Arrived (Nadszedł koszmar zasilanego SI Gmaila) z „New York Magazine”. Korporacyjne narracje o twórczym potencjale sztucznej inteligencji więcej mówią o wadach współczesnego podejścia do kreatywności niż o zaletach nowej technologii.
Ja, jak widać, przewalczyłem trudność z zapisaniem pierwszych zdań. Udało mi się to bez wspomagaczy innych niż kawa, dotlenianie mózgu, przerwy na gry wideo i porady Howarda S. Beckera.
Zmarły niedawno socjolog w książce Warsztat pisarski badacza proponuje: „(…) nawet jeżeli czujesz, że to, co piszesz, nie zaprowadzi w chaosie logicznego i kompletnego porządku, to napisz to i tak, a przekonasz się, że nic strasznego się nie stanie” (tłum. P. Tomanek). Gdyby pisał ją dzisiaj, mając do dyspozycji ChatGPT, zapewne radziłby tak samo. Jednym z przewodnich wątków jego pracy jest bowiem przekonanie, że przez pisanie uczymy się myśleć. Pusta kartka to siłownia umysłu i jeśli boli, to znaczy, że rośnie. Nie da się osiągnąć tych samych efektów, sprowadzając się do roli redaktora czatbota.
Wiele wyzwań, które ChatGPT, Bard od Google czy Microsoftowy Bing AI gotowe są bohatersko pokonać, warto najpierw przemyśleć, a dopiero potem automatyzować. To świetnie, że z pomocą generatywnej SI łatwiej jest stworzyć firmowy blog, ale czy na pewno potrzebujemy kolejnych firmowych blogów? Hasła reklamujące czatboty jako sposób na problem pustej kartki zasługują z kolei na refleksję, czy czegoś nie tracimy, dając się wyręczyć. Do tego dochodzą pytania o samą sztuczną inteligencję. Jak nauczyła się generować teksty i obrazy? Gdzie leżą granice jej możliwości? I najważniejsze: co z ludźmi, którzy nagle zmuszeni są z nią konkurować? Wbrew pozorom to także pytania o kreatywność.
Kreatywność zautomatyzowana
Pojęcie to, jak tłumaczy w książce Odkrycie kreatywności socjolog Andreas Reckwitz, ma przynajmniej dwa znaczenia. „Po pierwsze, wskazuje na możliwość i realność wytwarzania tego, co nowe, w dynamiczny sposób. Kreatywność przedkłada więc nowe nad stare, odbieganie od normy nad standard, inne nad to samo. (…) Z drugiej strony kreatywność nawiązuje do modelu »kreacjonistycznego«, który wiąże ją z nowoczesną figurą artysty oraz ogólnie z tym, co artystyczne i estetyczne” (tłum. K. Kończal, Z. Sucharska). Tak rozumiana, nie jest ani jednoznacznie dobra, ani zła. Kreatywnym gotowaniem można się struć, a za kreatywną księgowość pójść do więzienia, choć obu praktykom nie można odmówić nowatorstwa czy artyzmu. Sam Reckwitz swoje stanowisko wobec opisywanych zjawisk charakteryzuje jako „oscylujące między fascynacją a dystansem”.
W cytowanej pracy odtwarza genealogię fenomenu kreatywności, zaczynając opowieść od końca XVIII w. Pokazuje, jak z niszowych praktyk artystycznych stojących w opozycji do ideologii racjonalności i pragmatyzmu wyewoluowała w ostatnich kilkudziesięciu latach do postaci powszechnego dążenia, pożądanej postawy, lecz także przymusu. Czyni ją jednym z czterech, obok racjonalizacji, ekonomizacji i medializacji, filarów późnej nowoczesności. Jako normatywny wzorzec, a także imperatyw, skłania do bezustannego wytwarzania. Nie tylko słów czy obrazów – za namową portali społecznościowych czy w ramach zawodowych obowiązków. Ideałem przestrzeni stały się, twierdzi Reckwitz, będące w ciągłym ruchu miasta kreatywne. Ideałem człowieka – zaangażowany w samorozwój „nowy ja”. Bądź kreatywny albo giń.
Z tej perspektywy sztuczna inteligencja nie jest antytezą kreatywności, ale „zautomatyzowaną kreatywnością”. Znaczy to po pierwsze, że ma w niej swoje źródła, po drugie, że służy jej praktykowaniu, i wreszcie po trzecie, że oddziałuje na istniejące dyskursy kreatywności.
Z twórczości powstałaś
Programy wykorzystujące sztuczną inteligencję zawdzięczają swoje zdolności ludzkiej twórczości. Nie chodzi tu o pracę autorów modeli uczenia maszynowego, ale ludzką twórczość sensu largo. To nie przypadek, że rozwój SI następuje w czasach, gdy z pomocą powszechnie dostępnego internetu publikujemy – także poprzez cyfryzację książek, obrazów – treści na niespotykaną wcześniej skalę. Ta skala to jedna z iskier, które spowodowały technologiczny boom.
– Scaling law to prawo mówiące, że im więcej zbierzesz danych i im większą liczbę parametrów będzie miał twój model, tym bardziej skokowo będzie spadać poziom błędu, jaki osiągasz – opowiada mi o rozwoju modeli SI Piotr Szymański, naukowiec z Katedry Sztucznej Inteligencji na Politechnice Wrocławskiej. – Okazało się, że wielkie firmy zebrały bardzo dużo danych i zaczęły trenować na nich swoje modele. My też zaczęliśmy publikować coraz więcej treści, więc coraz więcej lądowało w modelach. Ale powoli zbliżamy się do momentu, w którym naszym głównym ograniczeniem w obecnie stosowanych architekturach sieci neuronowych będzie to, że ludzie generują za mało danych, by przeskoczyć następną barierę.
Przepis na sztuczną inteligencję przypomina recepturę słynnego bigosu na winie: co się nawinie, to do bigosu.
Gdy dziennikarze „The Washington Post” zaczęli badać, co znalazło się w zbiorze danych, którymi swoje duże modele językowe karmili Google i Facebook, dokonali kilku niepokojących odkryć. „Znak praw autorskich – oznaczający utwór zarejestrowany jako własność intelektualna – pojawia się ponad 200 mln razy”, pisali w swoim artykule Kevin Schaul, Szu Yu Chen i Nitasha Tiku. Ponadto, mimo stosowania filtrów treści, na liście stron, którymi trenowano SI, znalazły się m.in.: portal nazistowski, strona znana z organizowania prześladowań osób transpłciowych, a także całe niesławne forum 4chan, gdzie łatwo natknąć się na treści rasistowskie i ksenofobiczne.
Problemy z danymi używanymi do rozwoju modeli sztucznej inteligencji nie ograniczają się do naruszeń praw autorskich czy posiłkowania się szkodliwymi treściami. W 2019 r. artysta i badacz Adam Harvey ujawnił, że wykorzystywana przez komercyjne przedsiębiorstwa baza MegaFace zawierająca obrazy twarzy co najmniej 700 tys. osób powstała na podstawie zdjęć publikowanych w serwisie Flickr. Portal ten służy do tworzenia prywatnych albumów fotograficznych i dzielenia się amatorską twórczością. Wszystkie zdjęcia udostępnione zostały na różnych wersjach licencji Creative Commons, większość wzorców umów nie dopuszczała jednak wykorzystania ich do celów komercyjnych. Tymczasem miliony fotografii roześmianych dzieci, rodzinnych portretów czy wspomnień z wycieczek przetworzone zostały dla celów trenowania systemów zdolnych do inwigilacji, szpiegowania, profilowania.
– Uważam, że twórcy powinni mieć prawo wyrazić sprzeciw wobec wykorzystania ich twórczości przez sztuczną inteligencję – mówi mi Zuzanna Warso, dyrektorka ds. badań w fundacji Open Future, współautorka (z Alkiem Tarkowskim) raportu AI Commons opisującego m.in. sprawę MegaFace. – Przepisy unijne dotyczące praw autorskich dają taką możliwość, tzw. opt-out pozwala zaznaczyć, że nie chcę, by moja twórczość, to, czym się dzielę, była wykorzystana do trenowania sztucznej inteligencji.
Masz prawo do bycia zapomnianym
Obecne starania, by chronić twórczynie i twórców, wydają się jednak mocno spóźnione. Nakarmione produktami ich kreatywności programy wykorzystujące sztuczną inteligencję okazały się świetnymi plagiatorami. Podrabianie stylu literackiego czy malarskiego jest przy tym o tyle banalne, że narzędziu można wprost polecić, by wygenerowało tekst bądź obraz na czyjąś modłę.
– Ciekawe, że gdy przepisy dotyczące praw autorskich były przyjmowane parę lat temu, niektórzy, choć było to niewiele osób, zdawali już sobie sprawę, że będą miały ogromny wpływ na rozwój SI – kontynuuje Warso. – Niestety kwestia praktycznej aplikacji tych przepisów została zaniedbana i przez twórców, i przez organizacje ich zrzeszające. Tak naprawdę nie wypracowano metod stosowania opt-outu i dopiero teraz wszyscy próbują nadgonić stracony czas, by powstały praktyczne narzędzia, które będą mogły np. zostać uwzględnione w kodzie. Tak jak można wykluczyć witrynę z wyszukiwania przez Google, powinno się móc wykluczyć i konkretne dokonania twórcze, i nawet całą stronę internetową z pobierania, a potem przetwarzania na potrzeby sztucznej inteligencji.
System opt–out rozwiązuje tylko część problemu, zabezpieczając przed tym na przyszłość. Wciąż pozostaje kwestia danych, na których cyfrowe korporacje zdążyły już położyć ręce. Oczywiście można próbować je za to pozwać – a potem otworzyć szeroko portfel, bo prawne ju-jitsu z Microsoftem czy Google to sport kosztowniejszy niż wspinaczka w Himalajach. Mimo to coraz częściej słychać o osobach, które po napotkaniu w wytworach SI śladów własnej kreatywności decydują się na konfrontację. Czy jest inna droga niż ścieżka sądowa?
– Można założyć, że modele są aktualizowane, że co parę lat ich treningi są powtarzane. Daje to nadzieję, że w przyszłych modelach lub ich przyszłych iteracjach, jeśli ktoś zasygnalizuje, że nie chce, by jego dane były wykorzystywane, taka prośba zostanie uwzględniona. Myślę, że powinno istnieć prawo do bycia zapomnianym przez sztuczną inteligencję, podobnie jak mamy je w wyszukiwarce Google – proponuje Zuzanna Warso. – W tym momencie to raczej ćwiczenie intelektualne, ale warto się nad nim zastanowić.
Kapitalizm estetyczny
Zasięg oddziaływania reżimu kreatywności sprawia jednak, że wpływowi sztucznej inteligencji – kreatywności zautomatyzowanej – podlega znacznie więcej profesji niż tylko pisarze czy graficy.
Dystopijną opowieść o samoodpowiadających mailach i tworzeniu kliknięciem dziesiątków slajdów, których nikt nigdy nie przeczyta, przedsiębiorstwa technologiczne kierują do określonej grupy zawodów. Według raportu Pew Research Center sztuczna inteligencja najsilniej wpłynie na prace opierające się na tzw. zdolnościach fundamentalnych (choć niekoniecznie je zastąpi) – krytycznym myśleniu, pisaniu, rozumieniu tekstów – oraz kompetencjach analitycznych. Wykonujące je osoby łączą ponadto wyższe wykształcenie i zarobki w okolicach krajowej średniej – wyższe niż u osób, którym wpływ SI nie zagraża.
W słowniku nauk społecznych jest kilka terminów pomocnych w opisie tej zróżnicowanej grupy zawodów. To np. odhaczacze – „(…) pracownicy, których stanowiska istnieją wyłącznie lub przede wszystkim po to, by organizacja mogła utrzymywać, że robi coś, czego w rzeczywistości nie robi” (tłum. M. Denderski) – opisani w Pracy bez sensu przez Davida Graebera. To także duża część profesjonalnej klasy menadżerskiej, kategorii ukutej przez Johna i Barbarę Ehrenreichów do opisu pozycji klasowej osób na stanowiskach kierowniczych niższego i średniego szczebla. To kognitariat, sproletaryzowani pracownicy wiedzy, gig workerzy wykonujący zdalnie fuchy czy wreszcie klasa kreatywna. Choć w korporacyjnych hierarchiach zajmują różniące się tytułami i zarobkami stanowiska, łączy je ciągłe siedzenie przed komputerem, za biurkiem. I nigdy nie jest to biurko prezesa.
Wbrew pozorom kreatywność przenika wszystkie te zawody. „To co, nazywam współczesnym »kapitalizmem estetycznym«, w swojej najbardziej zaawansowanej formie opiera się na modelach pracy, które porzuciły od dawna znany wzorzec rutynowych czynności robotników i pracowników oraz ich zestandaryzowany i uprzedmiotowiony stosunek do przedmiotów i podmiotów – opisuje wpływ hegemonicznej kreatywności na świat pracy Andreas Reckwitz. – Ich miejsce zajęły czynności, w których nieustanna produkcja nowatorskich treści – zwłaszcza znaków i symboli: tekstów, obrazów, komunikacji, sposobów postępowania, przedmiotów estetycznych, modyfikacji ciała – przed publicznością spragnioną oryginalności i zaskoczeń stała się najważniejszym postulatem w mediach i designie, edukacji i doradztwie, w modzie i architekturze”.
Wymóg kreatywności, choć często męczący, wydawał się przynajmniej chronić przed automatyzacją. Biurowa klasa średnia (jak lata temu nazwał opisywaną zbiorowość pisarz Michał R. Wiśniewski) długo żyła w przeświadczeniu, że robotem zastąpić można pracownika produkcji w Volkswagenie czy kasjera w McDonaldzie, ale nie nas, dumnych synów i córy Mordoru na Domaniewskiej.
Tymczasem pierwsze powody do niepokoju pojawiły się jeszcze przed początkiem szału na SI. „[Ludzie – dop. J.J.] nie do końca zdają sobie sprawę, że dwa lata pandemii całkowicie przeorały świadomość firm. Wiele z nich przekonało się, że zatrudnianie pracowników jest bez sensu” – opowiadał w październiku 2021 r. socjolog Karol Muszyński w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim pod znamiennym tytułem Koniec klasy średniej biurowej. Choć dotyczyła głównie outsourcingu, to pojawił się w niej także wątek automatyzacji pracy. Wówczas możliwości algorytmów mogły się jeszcze wydawać ograniczone, ale nadejście ChatGPT zmieniło wszystko. Przedsiębiorstwom w oczach zaświeciły sumy płynące z likwidowania kosztownych miejsc pracy – a przynajmniej zastępowania ich tańszymi, polegającymi na obsługiwaniu maszyny. Z kolei biurowej klasie średniej w oczy zajrzał strach, że kreatywność przestała być zaklęciem ochronnym przed automatyzacją.
Obawa przed wpływem SI, niczym mysterium tremendum et fascinans, może się jednak mieszać z nadzieją, że zautomatyzowanie kreatywności da wolność spod tyranii bycia twórczym na zawołanie. Kreśląc wcześniej panegiryk na cześć zmagań z pustą kartką, pisałem go z uprzywilejowanej pozycji. Deadline liczę zwykle w tygodniach, piszę o rzeczach, które mnie pasjonują. Treningi z pustą kartką uprawiam na poziomie przynajmniej półzawodowym. Tymczasem jeszcze kilka lat temu, by utrzymać się na studiach, zamiast socjologicznych teorii czytelniczkom papierowej prasy prezentowałem przedstawicielom branży motoryzacyjnej wyniki kampanii marketingowych. W tamtych czasach byłbym zapewne bardziej skory do kolaboracji ze sztuczną inteligencją, licząc, że wyręczy mnie z najbardziej żmudnych i nudnych zadań. O ile piękniejsza jest wizja świata pracy, w którym zaawansowane technologie służą jako odciążające narzędzia, a nie czyhają na nasz etat czy choćby jego ćwierć.
Twój prywatny cyfrowy sekretarz
Wiele zresztą wskazuje, że powtarzalne, czasochłonne, ale niezbyt zaawansowane zadania to szczyt możliwości generatywnej SI.
– Gdybyś kazał ChatGPT napisać ten tekst, parafrazowałby to samo przez ileś akapitów – mówi mi Piotr Szymański. – Od pewnego momentu jego zdolności kontekstualizowania są nadwyrężone. Umie konstruować powiązania między zdaniami, ale powiązania między dwudziestoma akapitami już niezbyt. Szczególnie gdy są po polsku, nie po angielsku.
Jestem gotów stanąć w szranki do pisarskich potyczek z dowolnym czatbotem. Wierzę, że mając odpowiednie zasoby (czas, dostęp do źródeł), pokonałbym go i w limerykach, i literaturze faktu. Nie dlatego, że uważam się za wybitnego twórcę, lecz przez świadomość ograniczeń dużych modeli językowych.
Dlatego dziwią mnie tezy pokroju stawianych przez Jacka Dukaja w eseju Jakie książki napisze nam AI? z „Książek. Magazynu do Czytania”. Relacjonując „stan zmagań” ludzi z SI, stwierdza m.in., że „AI pisze scenariusze seriali i filmów (do średniego poziomu konwencji) (…). AI pisze beletrystykę o nieskomplikowanej strukturze fabularnej”. A ja zastanawiam się, gdzie te treści można znaleźć. Sążnisty wywód autor konkluduje: „Tak jak po przyznaniu wyższości AI nad człowiekiem w grach logicznych (…) wycofaliśmy się na szańce empatii, emocji, tak przegrawszy w kulturowych grach symbolami, zrejterujemy w głąb (…)”. Ja zamiast rejterady proponuję rozmowę o konkretach.
Po tym, jak Dylan Budnick, konsultant SI, stwierdził na łamach „Rolling Stone”, że modele już dziś są w stanie wygenerować 50-stronicowy scenariusz, dziennikarz Adam Johnson, autor bloga „The Column”, poprosił go o podesłanie takiego utworu. W odpowiedzi otrzymał jedynie wykręty. Ja także chętnie otrzymałbym od Dukaja przykłady napisanych przez AI skryptów czy beletrystyki. W reportażu o „półautomatycznych” książkach Josh Dzieza, dziennikarz „The Verge”, stwierdza: „Nie dysponujemy jeszcze odpowiednią technologią, która samodzielnie zagroziłaby osobom piszącym – może za to radykalnie przyspieszyć ich pracę”.
Tam jednak, gdzie „wymaga znacznych poprawek” to wystarczający poziom jakości, a kluczowe jest tempo wykonania zadania, sztuczna inteligencja ujawnia swój potencjał.
– Model zna to, co zobaczył, co człowiek już napisał. Nie wygeneruje nagle nowego znaku, jakiegoś »ź« z trzema kropkami – kontynuuje Szymański. – Potrafi wygenerować rekombinację rzeczy, które były do siebie podobne albo występowały w tych samych kontekstach i widział przynajmniej jakieś fragmentaryczne powiązanie między nimi. I super, bo to znaczy, że nad wieloma kwestiami nie musimy się już zastanawiać, a kombinowanie istniejących rzeczy bywa męczące. Na przykład gdy ChatGPT generuje kod, zwykle popełnia błędy, ale ogólny schemat tego, co wygenerował, jest taki, że fachowiec może je sobie szybko poprawić.
Podobnie miejsce generatywnej SI w relacjach z ludźmi widzi Aaron Benanav, socjolog specjalizujący się w tematyce automatyzacji pracy. „Tym, czym ostatecznie mogą stać się czatboty, są cyfrowi personalni asystenci o znacznie większych możliwościach niż Siri od Apple. Cyfrowy towarzysz, który mógłby czytać maile, planować spotkania, przygotowywać komunikaty, wyjaśniać rzeczy, których nie rozumiemy, i dostarczać pomocnych przypomnień, przyniósłby ogromną zmianę w życiu ludzi – pisze w tekście zamieszczonym w »The New Statesman«. – Takie narzędzia pomogłyby też rozwiązać problem, który internet i inne technologie cyfrowe same stworzyły: jesteśmy przytłaczani informacjami”.
Optymistyczny scenariusz, który sugeruje Benanav, po raz kolejny odsłania skomplikowane relacje między starą, hegemoniczną kreatywnością a nową kreatywnością zautomatyzowaną. Reckwitz diagnozuje bowiem powszechne rozproszenie uwagi jako jeden ze skutków ubocznych towarzyszących rozwojowi „społeczeństwa estetycznego”. Nieustannie tworząc, dostarczając sobie i innym nowych doznań – nawet i drobnych, jak złośliwy tweet czy śmieszne zdjęcie psa na Instastory – czynimy skupienie towarem deficytowym. W ten chaos czatboty wchodzą z ofertą zaprowadzenia porządku. Ich rolą, podobnie jak w przypadku algorytmów rekomendujących portali społecznościowych, jest filtrowanie płynących wartkim strumieniem informacji, byśmy mogli skupić się na tym, co sztuczna inteligencja uzna za rzeczywiście dla nas ważne. Podporządkowany imperatywowi tworzenia „kapitalizm estetyczny” po raz kolejny okazuje się ustrojem, w którym bohatersko pokonuje się trudności gdzie indziej nieznane.
O kreatywność naszą i waszą
Choć coraz wyraźniej słychać glosy, że generatywna SI przynajmniej na obecnym etapie nie jest w stanie zastąpić ludzkich pracowników, to wciąż chętnie wykorzystywana jest jako straszak. Do hasła „na twoje miejsce mam dziesięciu imigrantów” używanego w negocjacjach przez januszów biznesu można dodać: „i trzy czatboty”. Co z tego, że to blef, skoro mało kto odważy się powiedzieć „sprawdzam”.
Benanav, polemizując z pesymistycznymi diagnozami nt. przyszłości rynku pracy, uspokaja: „Większość zawodów nie zniknęła wraz z postępem technologicznym. Zmieniła się natomiast ich treść. Dokerzy ładowali towary ręcznie; teraz obsługują dźwigi”. Opowieści dziwnej treści o sztucznej inteligencji tak zaawansowanej, że można nią zastąpić człowieka, to jednak dla branży technologicznej doskonała – także dlatego, że darmowa – reklama.
Trwające w Stanach Zjednoczonych strajki scenarzystek i aktorek stanowią pierwszą zorganizowaną reakcję ludzi pracy na próby osłabienia ich pozycji podobnymi groźbami. Pikiety pod siedzibami studiów filmowych i telewizyjnych to nie egzotyczna ciekawostka, intrygujący happening sprekaryzowanych hipsterów, tylko awangarda walki o prawa pracownicze. Postulaty strajkujących dotyczące SI z powodzeniem mogą posłużyć jako rozsądny standard dla innych branż. Sprzeciwiają się byciu sprowadzanymi do roli korektorów maszyn czy trenowaniu modeli ich twórczością. Regulacje mogłyby stworzyć przestrzeń do korzystania z nowych narzędzi przy jednoczesnej ochronie miejsc pracy.
Niestety, nawet tak podstawowe postulaty spotykają się z odmową szefów wielkich studiów. Brian Merchant, dziennikarz i autor książki Blood in the Machine: The Origins of the Rebellion Against Big Tech (Krew w maszynie. Źródła rebelii przeciwko Big Tech), wskazuje podobieństwa między obecnym momentem dziejowym a działalnością luddystów z początku XIX w. Owiany złą sławą luddyzm sprowadzany do bezmyślnej destrukcji maszyn nie był wszak ruchem przeciwko rozwojowi technologii.
„Powodem, dla którego 200 lat później wielu kreatywnych pracowników jest rozgniewanych i zdenerwowanych sztuczną inteligencją, nie jest obawa, że stanie się ona tak dobra, tak potężna, że równie dobrze mogą zrezygnować z pisania, rysowania lub grania” – pisze Merchant w tekście opublikowanym w „Los Angeles Timesie”. – „Chodzi o to, że podobnie jak luddyści, boleśnie zdają sobie sprawę z tego, jak szefowie wykorzystają SI przeciwko nim. Dla większości pracujących autorów (artystów, scenarzystów, ilustratorów itd.) strach przed sztuczną inteligencją nie jest filozoficzny; jest ekonomiczny i egzystencjalny”.
Skąd te obawy, skoro pogłoski o zastępowalności pisarzy maszynami do pisania są mocno przesadzone? Może się wydawać, że strajkujący mają wizję sztucznej inteligencji obarczoną paradoksem „imigranta Schrödingera” z ksenofobicznych narracji: jednocześnie nic nie potrafi i zabiera pracę. Światło na ten problem rzuca Adam Conover, jeden ze związkowych negocjatorów: „Osobiście uważam, że ta technologia jest całkowicie przereklamowana” – mówił w wywiadzie dla serwisu „Deadline”. – „Nie sądzę, by kiedykolwiek była w stanie zastąpić pracę pisarzy, ale nie wykluczam, że koncerny będą próbowały wymyślić jakiś idiotyczny system, w którym wygenerują tekst wyjściowy i zatrudnią scenarzystów, by go przepisali albo coś w tym stylu. Myślę, że publiczność tego nie zniesie. Sądzę, że byłaby to finansowa porażka, ale mogą próbować i skrzywdzić w ten sposób wielu pisarzy”.
Nie trzeba zresztą gdybać. Przykład podobnego fiaska mogliśmy zaobserwować już na polu dziennikarskim. Portal CNET w tajemnicy przed częścią swoich pracowników zautomatyzował produkcję prostych tekstów tworzonych pod optymalizację pozycji strony w wynikach wyszukiwarki Google. Ludzie zajmujący się „pisaniem pod SEO” robią to w robotycznym, wysoce schematycznym stylu, dlatego sztuczna inteligencja także dała radę generować je na podobnym poziomie. Były jednak pełne plagiatów i konfabulacji, co ściągnęło na CNET ryzyko prawne, nie mówiąc już o oburzeniu opinii publicznej i pracowniczek portalu. Wszystkie wytwory sztucznej inteligencji musiały zostać poddane weryfikacji przez ludzi, a osoby zatrudnione w wydawnictwie powołały związek zawodowy, by przeciwdziałać bezmyślnej automatyzacji. Portal ogłosił też, że zatrzymuje, przynajmniej na pewien czas, eksperyment pt. redaktor SI. To ważna lekcja na przyszłość i jednocześnie kluczowa różnica między konkurowaniem o pracę ludzi a współzawodnictwem z czatbotem: maszynę można po prostu wyłączyć.
Samo się nie zrobi
Ostatecznie ważniejsze niż to, co technologia potrafi, jest to, do czego zostanie wykorzystana. Czy gdyby za kilka, kilkanaście lat miesięcznik „Znak” za cenę subskrypcji najnowszej wersji ChatGPT mógł generować teksty brzmiące podobnie do tego, to powinien postawić krzyżyk na ludziach? Odebrać autorkom i autorom możliwość zarabiania na twórczych, ubogacających zmaganiach ze słowem pisanym, by oszczędzić, poprawić własne finansowe bezpieczeństwo? Od filozoficznych rozważań, czy generatywna SI jest kreatywna, bardziej interesują mnie pytania, kto na niej traci, a kto zyskuje. Czyją siłę wzmacnia, a czyją osłabia. Kto ponosi koszty jej rozwoju.
Te już dziś są liczne. Na ich szersze opisanie brak tu niestety miejsca, ale zasługują przynajmniej na wspomnienie. Mowa o kosztach środowiskowych, bo praca modeli sztucznej inteligencji wymaga ogromnych zasobów energii. O kosztach psychologicznych, bo pracowniczki z krajów globalnego Południa moderujące toksyczne dane, by czatboty nauczyły się je rozpoznawać, kończą z objawami stresu pourazowego (i tworzą związki zawodowe, jak African Content Moderators Union, by zadbać o swoje prawa). O kosztach ekonomicznych ponoszonych przez osoby, których twórczością bez ich zgody zasilono zasoby treningowe SI, a następnie kazano im z nią konkurować. Niestety mogą do nich dojść koszty w postaci zwolnień, słabnięcia pozycji pracowników – szczególnie tam, gdzie śmieciowe warunki zatrudnienia czy brak związków zawodowych pogłębiły asymetrię stosunków między zatrudnianymi a zatrudniającymi. Nie przez potęgę sztucznej inteligencji, ale potęgę władzy szefów, prezesów, posiadaczy kapitału.
Rozwiązanie tych wyzwań może uczynić narzędzia oparte na sztucznej inteligencji bardziej etycznymi. Może też wyrwać nas z kieratu kreatywności. „Być może dotychczas za bardzo koncentrowaliśmy się na własnej kreatywności i jednocześnie zbyt mało byliśmy kreatywni” – kończy swoją pracę Reckwitz. Dyskusje na temat SI to okazja do sprawiedliwej transformacji wielu sfer życia. Uwolnienia ich od przymusu bycia twórczymi, robiąc miejsce na radość tworzenia. Zaprzęgnięcie do niektórych prac nowych narzędzi może okazać się w tym pomocne. By nie odbyło się to kosztem ludzi, potrzeba jednak oddolnej samoorganizacji w walce o prawa i wolności. Mamy przyszłość kreatywności do wygrania.