Subskrybuj
Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres w obozie pod Annapurną na wysokości 3230 m n.p.m. obserwuje znikający obszar pokrywy śnieżnej Himalajów fot. Yunish Gurung / AP / East News
Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres w obozie pod Annapurną na wysokości 3230 m n.p.m. obserwuje znikający obszar pokrywy śnieżnej Himalajów fot. Yunish Gurung / AP / East News
Prof. międzynarodowej polityki klimatycznej w Norweskim Instytucie Spraw Zagranicznych oraz w centrum badań nad sprawiedliwą transformacją energetyczną INCLUDE na Uniwersytecie w Oslo, wieloletni członek redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”

Korzenie klimatycznego niedasizmu

„Zwijanie” takiego sektora gospodarki jak górnictwo to duże wyzwanie, ale przecież większość krajów Europy jeszcze nie tak dawno była uzależniona od węgla. Dlaczego Polska to wielki hamulcowy zmian w energetyce? 

Jeśli świat ma podążać względnie bezpieczną ścieżką ograniczenia globalnego ocieplenia do 1,5°C, wszystkie najwyżej rozwinięte państwa świata zrzeszone w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) – a więc także Polska – muszą zrezygnować ze spalania węgla do 2030 r. To dane Międzynarodowej Agencji Energetycznej. Mimo to podczas szczytu klimatycznego ONZ w 2018 r. w Warszawie prezydent Andrzej Duda stwierdził, że „nie mamy dziś planów całkowitej rezygnacji z węgla”, a polskie zasoby wystarczą na 200 lat. Dodał, że nie tylko nie będziemy z niego rezygnować, lecz że musimy walczyć na arenie międzynarodowej, by wciąż móc go palić.

Pomimo rozwoju odnawialnych źródeł energii, szczególnie fotowoltaiki, Polska pozostaje najbardziej uzależnioną od węgla gospodarką w Europie. Niewątpliwie trudna sytuacja Polski była argumentem na rzecz taryfy ulgowej w europejskich i globalnych wysiłkach na rzecz ochrony klimatu przez ponad dwie dekady. Czy powyższy punkt wyjścia rzeczywiście tłumaczy ograniczone ambicje klimatyczne, czy może klimatyczny niedasizm bierze się z czegoś innego?

Czarna owca

21 z 27 państw członkowskich Unii Europejskiej zobowiązało się odejść od węgla do 2030 r. w ramach Powering Past Coal Alliance, dobrowolnego zrzeszenia krajów, regionów i miast mającego na celu przyspieszenie dekarbonizacji. Tymczasem opublikowana w 2021 r. Polityka Energetyczna Polski do 2040 roku przewiduje wytwarzanie energii elektrycznej z węgla w 2030 r. na poziomie wyższym, niż zakładają plany Komisji dla całej Unii, a 11% polskiego prądu ma nadal pochodzić z węgla jeszcze w 2040 r.

Obecnie w UE tylko Polska i Bułgaria nie ogłosiły jeszcze daty odejścia od węgla. „Umowa społeczna” z górnikami zakłada zakończenie krajowego wydobycia dopiero do 2049 r. Dotyczy to tylko węgla kamiennego. Ten bardziej trujący, a przy tym tańszy – brunatny – nie jest objęty ustaleniami umowy.

Polska pozostaje też jedynym krajem UE, który nie zobowiązał się do osiągnięcia celu zerowej emisji netto do 2050 r., powołując się na „trudny punkt wyjścia polskiej transformacji oraz jej aspekty społeczne i gospodarcze”. Z całą pewnością wyzwanie „zwijania” bardzo istotnego sektora gospodarki, zatrudniającego tysiące ludzi, jest realne, ale przecież większość krajów Europy jeszcze nie tak dawno była uzależniona od węgla. Przykładem może być Wielka Brytania, która w ostatnich 40 latach najbardziej obniżyła emisję dwutlenku węgla. To samo dotyczy Niemiec, których koszyk energetyczny, czyli zestawienie wykorzystywanych źródeł energii, jeszcze niedawno wyglądał tak jak ten zaplanowany przez rząd PiS dla Polski po 2040 r. Węgiel spalała nawet Dania, dziś uważana za czempiona rozwoju odnawialnych źródeł energii. Pojęcie ekorozwoju pojawiło się w polskim ustawodawstwie już zaraz po transformacji ustrojowej. Wtedy też snuto ambitne wizje inwestycji w energetykę odnawialną. Jednak nawet kiedy ta ostatnia stała się wreszcie konkurencyjna w II dekadzie XXI w., państwo polskie zrobiło dużo, by hamować jej rozwój, a zamiast stawić czoła zmianom klimatu, za zagrożenie uznawało samą ideę polityki klimatycznej.

Czym jest obstrukcja klimatyczna?

Konsensus naukowy wokół zmian klimatu jako efektu działalności człowieka jest dziś niemal powszechny. Wynika zarówno z wagi danych i dowodów, jakie posiadamy, jak i z wagi samego problemu. Wobec zmian klimatu światowa nauka przeszła w swego rodzaju tryb alarmowy, a naukowcy, kojarzeni przecież z zamiłowaniem do długich dyskusji i budowania karier na podważaniu zastanych teorii, w tej kwestii „trzymają szyk” i bardzo pilnują, by wątpliwości dotyczące szczegółów nie przysłoniły gremialnej zgody dotyczącej planetarnego kryzysu.

Tak, klimat się zmienia; tak, te zmiany są niebezpieczne, i tak, powodem zmian są emisje gazów cieplarnianych, za które odpowiada ludzkość. Skoro wiemy to wszystko i mamy technologiczne rozwiązania pozwalające zapobiec katastrofalnym zmianom klimatu, czemu tego nie robimy? Tu nauki ścisłe są bezradne i od niedawna Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change, IPCC) zaczął poważniej przyglądać się kwestiom społecznym, źródłom oporu wobec dekarbonizacji i politycznej wykonalności różnych planów ratowania planety. Całość działań i zaniechań, które prowadzą do spowolnienia lub powstrzymania ochrony klimatu, zyskała nazwę. To „obstrukcja klimatyczna”, obejmująca zarówno otwarte zaprzeczanie (negacjonizm lub „denializm”), jak i opóźnianie polityki klimatycznej na wszystkich poziomach i z różnych powodów.

Oprócz szerzenia dezinformacji i podważania zmian klimatu oraz ich powiązania z działaniami człowieka – czyli otwartego negacjonizmu – mamy też wiele odcieni szarości. Pierwszy z nich to uznawanie antropogenicznych zmian klimatu za fakt, ale sugerowanie, że albo nic się z nimi nie da zrobić (bez niszczenia nowoczesnego świata, jaki znamy), albo działania pojedynczych krajów, firm, grup czy ludzi to za mało, nie ma więc sensu ich podejmować.

Subtelniejszą formą obstrukcji, wciąż groźną, jest ta, w której uznaje się kryzys klimatyczny za palący problem i deklaruje chęć działania, jednak… nie przekłada się to na wyraźną zmianę polityki. To zjawisko dość powszechne, stąd wielu aktywistom wszelkie polityczne szczyty klimatyczne wydają się festiwalami zorganizowanej hipokryzji.

Anatomia polskiej niewiary

 W przypadku Polski wszystkie formy klimatycznej obstrukcji występują naraz. Jeszcze dekadę temu negacjonizm panoszył się w polskiej debacie publicznej od prawa do lewa. To nie powinno dziwić, skoro Polska Akademia Nauk była jedną z ostatnich narodowych instytucji naukowych na świecie, która wydała oficjalne stanowisko na temat antropogenicznych zmian klimatu (zrobiła to dopiero w 2007 r.).

Wiele postaci życia publicznego w ostatnich latach głosiło zatrważające poglądy negacjonistyczne. Najlepszy przegląd daje lista nominacji do nagrody „klimatycznej bzdury roku” przyznawanej przez portal Nauka o Klimacie. Jednak zadziwiające stwierdzenia, jak to Zbigniewa Ziobry o nieszkodliwości dwutlenku węgla, „skoro spożywamy go w napojach gazowanych”, czy laureata ostatniej „bzdury” Jarosława Kaczyńskiego na temat podzielonych zdań „poważnych naukowców”, nie wyznaczają już kierunku debaty publicznej. Są raczej coraz bardziej egzotycznymi reliktami klimatycznej ignorancji.

Badania zawartości medialnych przekazów na temat zmian klimatu w latach 2013, 2015 i 2018, przeprowadzone przez Aleksandrę Wagner, Grzegorza Brydę i Wita Huberta z Uniwersytetu Jagiellońskiego w ramach projektu Anatomia niewiary, dowodzą, że otwarty negacjonizm jest w odwrocie, choć stanowi wciąż znaczący nurt debaty publicznej. W 2013 r., w czasie szczytu klimatycznego w Warszawie, 14% dyskursu medialnego zawierało poglądy zaprzeczające występowaniu zmian klimatu, ale do czasu szczytu w Katowicach w 2018 r. odsetek ten spadł do 6%. Głównym nurtem stała się obstrukcja „wtórna”, czyli ta uznająca zmiany klimatu za fakt, lecz szukająca uzasadnień dla niedziałania. Według badań zespołu prof. Wagner 40% dyskursu podczas warszawskiego szczytu w 2013 r. przyjmowało, że zmiany klimatu stanowią problem, jednak nie pociągają za sobą konieczności reakcji politycznej, lecz już w 2018 r. odsetek ten zmniejszył się o niemal połowę, do 21%.

Czołowy klimatolog Michael Mann w swojej niedawnej książce Nowa wojna klimatyczna stwierdza, że opóźnianie, czyli ta bardziej subtelna forma obstrukcji, jest dziś większym zagrożeniem dla polityki klimatycznej niż otwarty negacjonizm, który słabnie nie tylko w Polsce, ale też w skali świata. Ta przewrotna antyklimatyczna spychologia uznaje skalę problemu i konieczność podjęcia jakichś działań, niestety, odkłada reakcję na „w grudniu po południu”, bliżej nieokreślony moment w przyszłości: „kiedy pozwoli na to technologia” albo „kiedy wszyscy inni globalni gracze wykonają swój ruch”. Analiza mediów relacjonujących dwa polskie szczyty klimatyczne wykazała, że 50% wszystkich dyskusji koncentrowało się na działaniach, które należy podjąć nie teraz, tylko w przyszłości.

Porozumienie ponad podziałami?

Łatwo jest winą za sceptycyzm wobec dekarbonizacji obarczyć populistyczną prawicę. W końcu to politycy takich ugrupowań jak PiS, Konfederacja i Suwerenna (dawniej Solidarna) Polska wciąż najgłośniej negują możliwość i potrzebę odejścia od węgla. Ale powiedzmy sobie szczerze, przed 2015 r., gdy przy władzy były inne ugrupowania, nie było wcale lepiej.

Polska ma długą historię blokowania działań klimatycznych w UE.

Wraz z innymi państwami z Europy Środkowej i Wschodniej w 2009 r. zagroziła zablokowaniem unijnej Strategii 2020 na rzecz redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz rozwoju odnawialnych źródeł energii i efektywności energetycznej. W 2011 r. zawetowała plan działania Komisji Europejskiej obejmujący w tym temacie okres do 2050 r. Polskie władze sprzeciwiały się większości wezwań do podjęcia bardziej ambitnych działań na rzecz klimatu, w tym systemowi handlu uprawnieniami do emisji (ETS) i wiążącym celom w zakresie energii odnawialnej. Chociaż te polityki UE zostały ostatecznie wdrożone, były osłabione w wyniku oporu ze strony Polski. Mówiono nawet, że zamiast „europeizacji” polskiej polityki klimatycznej widzimy raczej „polonizację” europejskich celów klimatycznych, czyli ich rozwadnianie dla ratowania energetyki węglowej.

W 2014 r. rząd Ewy Kopacz długo groził Unii wetem Strategii energetyczno-klimatycznej 2030, a równocześnie w kampanii wyborczej Prawo i Sprawiedliwość obiecywało wycofanie się z unijnej polityki klimatycznej w ogóle. Po przejęciu władzy przez PiS politycy opozycji jeszcze wielokrotnie stawali po stronie rządu, kwestionując europejską politykę energetyczną i klimatyczną. Sugeruje to istnienie szerokiej ponadpartyjnej koalicji, która nie musi wcale zniknąć wraz z nowym parlamentarnym rozdaniem po 2023 r.

Ton strategiom najważniejszych firm i instytucji nadaje nie jakaś opcja ideologiczna czy grupa interesu. Ramy polskiej polityki klimatycznej wyznacza koalicja myślących podobnymi kategoriami ekspertów, decydentów i naukowców – zasiadających w spółkach energetycznych, państwowych agencjach, ministerstwach, związanych z nimi think tankach i mediach. Jest zakorzeniona w instytucjach rządowych, w szczególności w ministerstwach odpowiedzialnych za politykę klimatyczną i energetyczną (za ostatniej kadencji rządu PiS były to przede wszystkim Ministerstwo Aktywów Państwowych oraz Ministerstwo Klimatu i Środowiska). Ten rządowo-przemysłowy układ odpowiada za polski klimatyczny niedasizm – przekonanie, że szybka i skuteczna dekarbonizacja jest w polskich warunkach niewykonalna.

Węglowy fundament państwa

To nie dominacja węgla w polskim miksie energetycznym tłumaczy brak widocznych postępów w dekarbonizacji gospodarki. Ważniejsza jest rola, jaką państwowe spółki energetyczne odgrywają w systemie politycznym.

Po prywatyzacji i rozdrobnieniu lat 90. pod naciskiem Unii Europejskiej Polska skonsolidowała aktywa elektrowni w czterech wielkich firmach: Polskiej Grupie Energetycznej, Tauronie, Enerdze i Enei. Do tego trzeba dodać jeszcze krajowych czempionów naftowych: Orlen i niedawno wchłonięty przezeń Lotos, oraz gazowe PGNiG, a także – co ważne – w pełni kontrolowane przez Skarb Państwa Polskie Sieci Energetyczne, czyli operatora systemu elektroenergetycznego.

Nadzór własnościowy Skarbu Państwa, czyli de facto aktualnie rządzącej opcji politycznej, prowadzi do zatarcia granic między administracją publiczną, polityką a sektorem energetycznym. Jest to związane z szerszym problemem polskiej kultury politycznej. W czasie transformacji nie udało się wytworzyć silnej i profesjonalnej służby cywilnej, ponieważ większość instytucji publicznych pozostaje upolityczniona, a każda zmiana władzy przynosi zmiany kadrowe na wielu szczeblach. Dodatkowo opinia publiczna jest sceptycznie nastawiona do idei „profesjonalnych polityków”, których kariera rozpoczyna się w młodzieżówce partyjnej, a następnie przechodzi do parlamentu i rządu, ponieważ kojarzy się to z karierowiczostwem czasów PRL. Zamiast tego co jakiś czas pojawiają się apele o rząd ekspertów, bo według polskiego prawa ministrowie nie potrzebują bezpośredniego demokratycznego mandatu. O ile więc status posła czy senatora nie jest konieczny, o tyle doświadczenie zgromadzone w jakiejś dziedzinie jest dobrze widziane, dlatego często np. ministrami zdrowia zostają lekarze, a doświadczenie w sektorze energetycznym jest postrzegane jako istotne w ministerstwach zajmujących się energią.

Takie nastawienie sprzyja niestety krążeniu elit i zjawisku określanemu mianem „obrotowych drzwi” – czyli przechodzenia z sektora biznesu, który jest przez państwo regulowany, do instytucji regulujących i z powrotem. Dzięki temu zawiązywane są nieformalne kontakty, a wpływ lobby przemysłowego na polityków wymyka się spod kontroli. Oprócz tego państwowi regulatorzy przejmują niejako punkt widzenia regulowanych podmiotów, a interes państwa i społeczeństwa zaczynają błędnie utożsamiać z interesem tych firm.

Ponieważ spółki państwowe znajdują się pod kontrolą rządu, są one również wykorzystywane do różnych praktyk gratyfikacyjnych albo mówiąc dosadniej: synekur.

Choć ministrowie i ich zastępcy nie mogą zasiadać w radach nadzorczych spółek państwowych, dyrektorzy departamentów ministerialnych i inni urzędnicy państwowi już tak. Ich formalną rolą jest ochrona interesów Skarbu Państwa. Rekordziści w ministerstwach potrafili zasiadać w kilku radach nadzorczych w ciągu kilkunastoletniej kariery. Fotel w radzie jest często kotwicą dla przyszłych stanowisk w samej firmie, kiedy polityk lub biurokrata odejdzie z instytucji państwowych i będzie szukać zatrudnienia w biznesie.

Markowana ochrona klimatu

Możliwość dystrybucji intratnych stanowisk, a także wysokie dywidendy, jakie spółki energetyczne mogą wypłacać do budżetu państwa, prowadzą w efekcie do tego, że polityka energetyczna Polski pisana jest dla spółek energetycznych, a ambicje polityki klimatycznej ogranicza opłacalność zmian w portfelach tych właśnie firm. Siłą rzeczy rozwiązania problemów i wizje dekarbonizacji, na jakie opornie zgadzają się polscy decydenci, to te, które nie naruszą ekonomicznych podstaw rządowo-przemysłowego układu.

Aby wykazać się aktywnością i jednocześnie wpływać na międzynarodową politykę klimatyczną, Polska od początku była mocno zaangażowana w negocjacje UNFCCC. Jan Szyszko, nieżyjący już trzykrotny minister środowiska, został wybrany na przewodniczącego COP5 w Bonn w 1999 r., a Polska była gospodarzem trzech szczytów: w Poznaniu w 2008 r., w Warszawie w 2013 r. i w Katowicach w 2018 r. Sponsorami tych szczytów były krajowe koncerny energetyczne. Strona polska przedstawiała swoje propozycje jako racjonalną alternatywę dla „ideologicznie motywowanych” działań na rzecz klimatu. Wszystko to jednak głównie dyplomatyczne rytuały i pusta retoryka mająca odwrócić uwagę od sedna, czyli niedziałania na domowym podwórku.

Z punktu widzenia ochrony klimatu priorytetem Polski powinna być jak najszybsza dekarbonizacja. Czas jest tu bardzo istotny, bo emisje kumulują się latami. Wskazany przez naukowców cel stanowi neutralność klimatyczna (zerowe emisje netto) do połowy stulecia, przy czym warto pamiętać, że wyłączona w tym roku i zastąpiona bezemisyjnymi źródłami energii elektrownia węglowa jest „lepsza” niż dwie wyłączone dopiero w roku 2040 – bo przez 17 lat unikniemy dzięki jej wyłączeniu więcej wyemitowanego CO2.

Eksperci spoza rządowego układu wskazują zatem na odnawialne źródła energii jako najszybsze i najtańsze rozwiązanie, bo dzięki nim można szybko zmniejszać emisyjność energetyki. Dodajmy, że z punktu widzenia klimatu ważniejsze jest szybkie ograniczenie emisji o choćby 70–80% niż odłożona w czasie całkowita dekarbonizacja. A to właśnie niemożliwość oparcia całego systemu elektroenergetycznego jedynie na OZE jest kluczowym argumentem klimatycznego niedasizmu.

Jednak z punktu widzenia zastanego systemu rozwój rozproszonych OZE to problem, bo uderzają one w zyski spółek energetycznych. Właścicielami małych i średnich OZE mogą być firmy, spółdzielnie i nawet pojedyncze gospodarstwa domowe, a to oznacza, że kawałek tortu, jaki zostaje państwowym spółkom, jest z roku na rok mniejszy. OZE obniżają też hurtową cenę energii, zaś koszty stałe konwencjonalnych elektrowni oraz koszty emisji CO2 wciąż rosną. Stąd bierze się systemowy opór wobec szybkiego rozwoju energetyki odnawialnej, szczególnie wiatrowej. Zamiast konkretnych działań na rzecz dekarbonizacji opinia publiczna karmiona jest szeregiem ambitnych wizji zmian w nieokreślonej przyszłości umożliwianym przez tzw. technofixy – radykalne skoki technologiczne, które mają rozwiązać problemy emisji raz na zawsze. Polskie plany opierają się jednak na technologiach, które są jeszcze dalekie od wdrożenia lub nawet całkowicie hipotetyczne. Wizje przyszłości mogą odgrywać rolę narzędzia kontroli społecznej poprzez racjonalne planowanie, przedstawiając najlepszą drogę do pożądanych rezultatów, a także poprzez eksport problemów poza polityczne tu i teraz. Przegląd badań na temat sceptycyzmu klimatycznego, dokonany w 2015 r. przez Bruce’a Trantera i Kate Booth na łamach czasopisma „Global Environmental Change”, wskazuje, że technooptymizm – wiara, że postęp i nauka rozwiążą problemy ekologiczne – zwykle wiąże się z mniejszą troską o środowisko.

„Czysty węgiel” i „kropla drzew”

Pierwszym z takich panaceów były technologie „czystego węgla”, które miały zostać opracowane w ramach krajowych prac badawczo-rozwojowych i umożliwić Polsce utrzymanie sektora węglowego w okresie transformacji energetycznej. W 2013 r. polski Państwowy Instytut Badawczy GIG otworzył Centrum Czystych Technologii Węglowych, które otrzymało duże dotacje z budżetu państwa i funduszy UE. To, czym te technologie mogą być w praktyce, pozostało niejasne, ale nadal są one przywoływane przez niektórych ekspertów rządowo-przemysłowego układu jako argument przeciwko polityce klimatycznej UE i zmniejszaniu roli węgla.

Ze względu na wysokoemisyjną produkcję energii Polska była jednym z wczesnych liderów rozwoju technologii wychwytywania dwutlenku węgla (CCUS), a pierwsze projekty pilotażowe były planowane już za rządów Platformy Obywatelskiej w latach 2007–2011. Od tego czasu poczyniono niewielkie postępy, choć kontrolowane przez państwo spółki energetyczne (Lotos, Enea i Tauron) wspominają o projektach CCUS w swoich aktualnych strategiach. Wiele modelowanych ścieżek prowadzących do zerowej emisji netto opiera się na wdrożeniu CCUS na dużą skalę, co pozostaje hipotetyczne – problem ten nie dotyczy oczywiście wyłącznie Polski.

Drugi przykład podobnych rozwiązań pochodzi z 2016 r., kiedy to Lasy Państwowe przedstawiły projekt Leśnych Gospodarstw Węglowych z zamiarem przekształcenia przemysłowych plantacji drewna w pochłaniacze dwutlenku węgla. W tym samym roku na COP22 w Marrakeszu polska delegacja promowała ten pomysł wraz z koncepcją „bezodpadowej energetyki węglowej”. Leśne Gospodarstwa Węglowe zostały oficjalnie ustanowione rozporządzeniem w 2017 r., a państwowe spółki energetyczne były zachęcane do inwestowania w program i odliczania sobie dzięki temu emisji CO2 w ramach kreatywnej księgowości emisyjnej.

Idea ta była sprzeczna z krajowymi ekspertyzami naukowymi wskazującymi, że skala nasadzeń to kropla w morzu tego, o ile musimy zredukować emisje. Niemniej prorządowe media energicznie promowały ten pomysł i przedstawiały go jako wyjątkowy wkład Polski w globalne działania na rzecz klimatu oraz jako rozwiązanie, które pozwoliłoby krajowi utrzymać sektor węglowy, jednocześnie wypełniając międzynarodowe zobowiązania.

Atom „dla klimatu”

Najpopularniejszym z technologicznych panaceów jest energia jądrowa. Rola atomu jako elementu obstrukcji klimatycznej polega na tym, że chociaż jest teoretycznie kompatybilny z odnawialnymi źródłami energii, odwraca od nich uwagę, odciąga środki finansowe i wymaga innego kształtu sieci elektroenergetycznej. Tym samym zamiast redukować emisje równomiernie w ciągu kilkunastu czy dwudziestu lat, odkłada się redukcje w oczekiwaniu na uruchomienie reaktorów, których budowa zajmuje co najmniej kilkanaście lat i zwykle trwa dłużej, niż pierwotnie zakładano.

Według rządu i licznych ekspertów z nim związanych duże elektrownie jądrowe są jedynym realistycznym sposobem na głęboką dekarbonizację sektora energetycznego. Wspomniana już Polityka Energetyczna Polski do 2040 r. przewiduje aż 9 tys. MW zainstalowanej mocy jądrowej do poł. lat 40. XXI w., co czyni polski megaprojekt jednym z najbardziej ambitnych na świecie. Zaspokoi on jednak tylko 20%–25% krajowego zapotrzebowania na prąd, a jeśli zastąpi węgiel dopiero po 2040 r., kumulatywne emisje z polskiego sektora energetycznego znacznie przekroczą krajowy budżet węglowy.

Tymczasem praktycznie wszystkie polskie spółki energetyczne mają obecnie ambicje jądrowe. Oprócz odpowiedzialnej za rządowy projekt PGE do jądrowego wyścigu włączył się też Orlen, który w 2023 r. ogłosił plany budowy aż 76 małych reaktorów modułowych (SMR) w 26 miejscowościach, co daje łącznie 22 tys. MW, a pierwszy z nich miałby zostać uruchomiony w 2028 r. Problem w tym, że amerykański partner Orlenu nie wyprodukował dotąd jeszcze ani jednego reaktora i nie wiadomo, kiedy i czy będzie rzeczywiście w stanie osiągnąć produkcję seryjną reaktorów modułowych. Sumując wszystkie hurraoptymistyczne plany ogłoszone przez państwowych i prywatnych inwestorów w mediach, można doliczyć się 126 reaktorów różnych modeli – co nie wydaje się realistyczne nawet entuzjastom atomu i politykom PiS.

Nowa nadzieja

Wyzwanie stojące przed Polską w związku z odchodzeniem od węgla okazuje się realne. Jest to jednak również sytuacja, z którą wcześniej borykały się inne kraje europejskie. Trudność wyjściowa, często wykorzystywana do usprawiedliwiania opóźniania działań klimatycznych, nie stanowi bynajmniej wystarczającej wymówki. Nie tłumaczy też charakteru polskiej debaty o polityce klimatycznej.

Wyniki badań mediów wskazujące na zmianę punktu ciężkości w dyskusji o klimacie mogą cieszyć. Tak samo lekkim optymizmem może napawać widoczna poprawa percepcji tematu wśród polityków i urzędników państwowych w ostatnich latach, wynikająca z coraz bardziej dostrzegalnych zmian klimatycznych w Polsce. Urzędnicy ministerstwa klimatu zaczęli zwracać uwagę na rosnące znaczenie ich resortu i priorytetowość samej polityki klimatycznej mimo ideologicznego oporu ze strony PiS.

Niestety, dużo czasu, który można było wykorzystać na stopniową redukcję emisji w polskiej energetyce, już zmarnowano. Symboliczna była długotrwała „walka z wiatrakami”, jaką toczyli politycy partii prawicowych przeciwko lądowej energetyce wiatrowej. Ten najtańszy rodzaj energii odnawialnej udało się skutecznie zablokować, co przełożyło się na tysiące ton dwutlenku węgla wyrzuconych do atmosfery. Można było ich uniknąć. Pozostaje mieć nadzieję, że po październikowych wyborach nowy rząd będzie w stanie szybko i skutecznie przestawić polską transformację energetyczną na właściwe tory i nie zadowoli się jedynie nakreślaniem atrakcyjnych, ale czysto hipotetycznych wizji bezemisyjnej przyszłości.

 

Artykuł przywołuje wyniki badań z projektu Anatomia niewiary, finansowanego przez Oxford Noble Foundation i realizowanego przez Uniwersytet Jagielloński, Uniwersytet w Oslo i King’s College w Londynie, a także projektu Obstrukcja klimatyczna w Europie, wspieranego przez Brown University i międzynarodową sieć Climate Social Science Network, z udziałem dr Julii Szuleckiej i dr. Tomasa Maltby’ego 

Artykuł pojawił się w numerze: Rytuały. Jak zwolnić i żyć uważniej