Subskrybuj
Ilustracje: Aleksandra Stanglewicz
Ilustracje: Aleksandra Stanglewicz
Fotograf, podróżnik, profesjonalny skipper jachtowy, przez wiele lat prowadził bloga kawowego Kubik kawy

Odbieram mój czas

Wejście w dzień bez kawy oznacza konfrontację ze światem zewnętrznym bez potrzebnej mi tarczy. Jeśli jednak mam dobrą kawę, świat może ciskać piorunami – będę gotowy.

Nie jestem osobą, która dobrze funkcjonuje rano. Niewielu z nas jest. Według badań tylko 10% respondentów poniżej 65. roku życia skategoryzowałaby siebie w ten sposób. Te subiektywne odczucia korespondują z obiektywnymi danymi pochodzącymi z analizy funkcji poznawczych: m.in. myślenia analitycznego i tworzenia sądów, funkcjonowania pamięci i umiejętności wytłumienia nieistotnych myśli. W skrócie, jak wielu z nas, rankiem znajduję się w formie, którą najlepiej opisują kolokwialne zwroty: lekka tępota, rozedrganie, wrażliwość na bodźce, przeczulenie. Wyjście z niej zajmuje mi określoną ilość czasu. Na początku błądziłem po omacku. Nie mogłem zrozumieć tego stanu ani znaleźć na niego remedium. Od wielu lat wiem natomiast, że w momencie, gdy podążam ścieżką pewnych ustalonych czynności i rytuałów, dzień następujący po poranku będzie bardziej niż mniej znośny. Zawsze w centrum tych porannych rytuałów jest kawa.

Bez niej ani rusz. Pierwszą moją świadomą myślą po przebudzeniu, jeżeli w ogóle zamierzam wstawać z łóżka, jest to, że muszę zapewnić sobie kubek gorącej, możliwie smacznej kawy. Jeżeli jej nie ma – zdejmuje mnie przerażenie. Oznacza to konfrontację ze światem zewnętrznym bez potrzebnej mi tarczy, która zarówno mnie chroni, jak i uziemia, zakorzenia. Oczywiście nie bez znaczenia jest kofeina zawarta w napoju i jej właściwości. Przekracza ona barierę krew–mózg dosyć szybko i działa pobudzająco na obszary odpowiadające za sen, nastrój, koncentrację. To działanie zniknie po trzech–czterech godzinach. W moim przypadku jest to wystarczający czas, żeby wypić przynajmniej dwie kolejne filiżanki kawy i na koniec tego stanu być gotowym na śniadanie. Tego również dowiedziałem się na przestrzeni lat – posiłek może dla mnie nie istnieć do południa. Gdziekolwiek więc jestem, a moja praca skippera jachtowego i podróżnika zabiera mnie w najróżniejsze regiony i strefy czasowe, podstawą mojego porannego rytuału jest zorganizowanie sobie kawy. Jeżeli ją mam, czuję się już względnie bezpiecznie i domowo, niezależnie od miejsca. W idealnej sytuacji, wciąż lekko nieprzytomny, podążam do kuchni, szukam wagi, biorę ręczny młynek – sprawdzam grubość mielenia. Nie chcę przecież zaczynać dnia od napoju przygotowanego niechlujnie, co niewątpliwie zaowocuje raczej nędznym smakiem. Wciąż niedobudzony, przypominam sobie wtedy, że lubię rano posłuchać radia bądź muzyki. Nie znoszę natomiast, jak ktoś do mnie mówi, nie przyswajam wtedy informacji, nie planuję. Czytam gazety online. Ale nie otwieram kalendarza ani nie odpisuję na e-maile. Dzwoniący telefon traktuję jak śmiertelnego wroga. Może zmusić mnie do działania, na które nie jestem jeszcze gotowy. Potrzebuję do tego dojść we własnym tempie. Ubrać się wewnętrznie. W przeciwnym razie jestem nagi i bezbronny.

Popijając odrobinę wody, słuchając jakiś dźwięków, sięgam po paczkę z kawą. Najchętniej wybieram kawy z Afryki – Kenii, Rwandy, Etiopii. Nie szukam w kawie kofeiny, co często uważa się za najważniejszy powód, dla którego ludzie potrzebują kawowych zwyczajów. Szukam gestów, rytuałów, smaku – jak śpiewa Artur Rojek, a powtarza po nim neurobiolożka Joanna Podgórska: „Składam się z ciągłych powtórzeń”. I tak mój system nerwowy i moje zmysły uwielbiają dozować sobie regularnie napój ciepły, wyraźnie kwaśny, z małą nutą goryczy, pełen owocowych aromatów. Czarnej porzeczki, moreli, bergamotki, jaśminu. Świeżo zmielone ziarna z Rwandy mogą mieć zapach jagód, róży, cytryny. Już to informuje mój mózg, że może jednak znów mamy szansę przetrwać, że może nie będzie najgorzej.

Wciąż w piżamie i z tą muzyką bądź radiem w tle starannie przelewam papierowy filtr umieszczony w zaparzaczu świeżo przefiltrowaną i zagotowaną wodą. Odczekam zawsze chwilę, aby temperatura była właściwa, ok. 92°C, i starannym ruchem przeleję odpowiednią porcję wody przez moje świeżo zmielone ziarna. Na ogół do zaparzania wybiorę japońską kalitę. Lubię jej ryflowane filtry i czysty smak naparu, który wlewa się do szklanego dzbanka. Na początku wleję odrobinę wody, pozwolę kawie się odgazować, zamieszam, potem w dwóch–trzech ruchach wleję całą porcję. Wszystkie te czynności są precyzyjne i każda ma swoje znaczenie dla efektu końcowego. Często wykonuję je jednak bezwiednie, po omacku. To już automatyzm. Każda z tych czynności ustawia mnie do pionu, budzi, daje spokój i opiekę. Po paru minutach od skierowania swoich kroków do kuchni mogę ze swoim półlitrowym dzbankiem świeżo zaparzonej kawy i ulubionym kubkiem usiąść w jakimkolwiek miejscu się do tego nadającym. W domu to będzie kanapa – najczęściej naprzeciwko żony, która siada przy stole, z kotami obok – na jachcie moja kabina, w drodze przez Atlantyk na Karaiby albo w jakieś inne miejsce może to być przestrzeń przed namiotem z motorem zaparkowanym za plecami gdzieś w dziczy bądź tysiące innych miejsc – ważne, żeby dawały jeszcze chwilę względnej samotności i głębszego oddechu przed zanurkowaniem w dzień. Żeby być precyzyjnym – to zwykle ok. pół godziny relaksu, przeglądania prasy, powolnego zbliżania się do świata.

Potem będzie mi już wszystko jedno – świat może ciskać piorunami, a ja będę gotowy. Ale dopiero po tym pierwszym kubku. Często jednak troszkę oszukuję. Dlatego tak lubię półlitrowy dzbanek. To są dwa kubki kawy, a więc dwa razy więcej czasu.

Zauważyłem, że im jestem starszy, tym oszukuję bardziej. Odbieram pożyczonego mi czasu więcej. Jeżeli traktujemy go jak pożyczony. Kawa to w końcu zaprzyjaźniona używka kapitalizmu. Kolejki pracowników ustawiają się pod kawiarniami i przy biurowych ekspresach, chcąc się obudzić, zasygnalizować swój korporacyjny status, ale też oderwać na chwilę, jeszcze na chwilkę.

W sieci znajdziemy dziesiątki poradników, jak kawa może zwiększyć naszą produktywność, ustawić nasz dzień, zmienić jego jakość, żebyśmy byli lepsi w wykonywaniu zadań. Wszystkie te działania, porady mnie przerażają. Mają na celu stworzenie nadczłowieka, przodownika pracy dzięki magicznej filiżance. Jakbyśmy potrzebowali jej, żeby być jeszcze bardziej dostosowani do życia w konsumpcyjnym społeczeństwie, niż już się nas zmusza. Kapitalizm powtarza rytualne: zawsze możesz lepiej, bardziej.

Dla mnie natomiast poranek nie jest o byciu bardziej. Jest o byciu mniej, wolniej. Kawa ratuje mnie od przyjmowania do siebie wszystkiego, co wydarzy się potem. Wcale nie będę bardziej. Wcale nie będę szybciej ani lepiej. Będę tak samo. Będę się starał poradzić sobie ze wszystkim, bo nie mam innego wyjścia, lecz nie muszę użyć kofeiny, żeby się napędzać do odczłowieczenia.

Kiedy wdycham zapach bergamotki z filiżanki etiopskiej kawy, kiedy biorę pierwszy łyk – wtedy wiem, że mój rytuał się powiódł, że teraz jestem tutaj, żyję i nic mi już nie odbierze tej świadomości. Wszystko, co wydarzy się później, po prostu się wydarzy, nie mam nad tym kontroli. Ale dzięki kawie mogę skontrolować, jak na to odpowiem.

Artykuł pojawił się w numerze: Rytuały. Jak zwolnić i żyć uważniej