Podczas trzymiesięcznych badań terenowych prowadzonych w Białowieży Grzegorz Hebda, ornitolog z Instytutu Biologii Uniwersytetu Opolskiego, z powodu tempa, w jakim musiał wypełniać protokół badawczy w trakcie klucia się dzięciołów, tracił nawet 12 kg. Podczas dwóch–trzech najważniejszych dni, przedzierając się przez puszczę, po kilkadziesiąt razy przystawiał drabinę do drzewa, w którym znajdowała się dziupla z gniazdem. Wchodził na wysokość sześciu–siedmiu metrów, zapisywał, z ilu jaj wykluły się pisklęta. Schodził, składał drabinę i szedł do następnego drzewa. Gdy drabina nie wystarczała, by wsadzić nos w dziuplę, zakładał drzewołazy. I tak ze 30 razy w ciągu jednego dnia.
Na tym nie koniec, bo w sezonie lęgowym ornitolog wchodzi na drzewo co najmniej pięć razy.
Najpierw sprawdza postęp w budowie gniazda. W drugim podejściu liczy złożone jaja, w trzecim – ustala datę klucia i liczbę piskląt. Później obrączkuje osobniki gotowe do opuszczenia gniazda i jeszcze sprawdza, które faktycznie z niego wyfruną….