Subskrybuj
Eliza Mórawska-Kmita fot. Edyta Leszczak
Blogerka od 2006 r., tworzy whiteplate.com. Autorka książek kulinarnych, miłośniczka Azji i domowego wypieku chleba. Warszawianka mieszkająca od niedawna w Poznaniu. Mama trzech córek

Książki kucharskie, mon amour

Z każdego kraju, w którym byłam, przywoziłam przynajmniej jeden tytuł – znaleziony w lokalnej księgarni, kupiony w hotelowym lobby albo na targu, wyszperany gdzieś spomiędzy innych przedmiotów

Miałam kilka lat – pięć albo sześć, nie potrafiłam jeszcze płynnie czytać, dopiero zaczynałam składać litery w pierwsze słowa. Oprócz książeczek z serii „Poczytaj Mi, Mamo” znalazłam sobie inny obiekt westchnień. Była to Dobra kuchnia, którą wertowałam od A do Z, oglądając nieliczne zdjęcia i planując, co ugotuję, „kiedy już będę duża”.

Najmilej wspominam niedzielne poranki, gdy z książką wskakiwałam do łóżka rodziców i czekając na śniadanie, umilałam sobie czas przepatrywaniem proponowanych jadłospisów.

Roladę z kurczaka i jajek, gotowaną w czymś na kształt rajstopy, zapamiętałam najlepiej. Tak długo męczyłam mamę o zrobienie tego dania, aż pewnego dnia uległa i roladę przyrządziła.

Nigdy nie zapomnę emocji, kiedy po raz pierwszy w życiu odkryłam magię książki kucharskiej, widząc roladę identyczną z tą ze zdjęcia. Zupełnie jakby wyszła z niego za dotknięciem zaczarowanej różdżki. Dziś wiem, że to był właśnie ten impuls, który miał już na zawsze zaszczepić we mnie miłość do książek kucharskich.

Wychowałam się w szarych latach PRL-u, kiedy przepisy przekazywało się na kartkach wyrwanych z brulionu w kratkę. Zapisanych pospiesznie, często skrótami, które rozszyfrować potrafiły tylko zaprawione w kuchennych bojach mamy, ciocie, babcie i sąsiadki. Szybko odkryłam, że to one są źródłem kulinarnej wiedzy, skarbnicami receptur na torty, marynaty i domowe faworki.

W wieku 13 lat założyłam specjalny kajet. Nosiłam go zawsze przy sobie i kiedy zdarzyło mi się trafić na kogoś, kto piekł moim zdaniem dobre ciasta, nabierałam odwagi i prosiłam o przepis. Mam ten zeszyt do dziś. Pełen receptur, przy których notowałam imiona ich autorek: Papryka Pani Róży, Sernik Pani Wandy… Wystarczy, że przeczytam tytuł, by wrócić wspomnieniami do tamtych smaków.

Potem zbierałam książki z serii Kowalskich: Obiady u Kowalskich, Kolacje u Kowalskich… Czarno-białe, bez zdjęć, z przepisami raczej prostymi i przystępnymi, idealnymi dla nastolatki uczącej się gotować.

W liceum wymarzyłam sobie tytuł anglojęzyczny. Halo, halo, wielki świat! I kiedy mój chłopak wrócił z wakacji w Stanach i wręczył mi The Silver Palate Cookbook, radości nie było końca. Ledwo mówiłam po angielsku, ale z zapałem godnym większej sprawy wzięłam do rąk słownik i tłumaczyłam przepisy na polski. I gotowałam. Nowe połączenia, nowe dania, zupełnie nieznane mi wcześniej składniki i smaki. Tę książkę mam do dziś. Zdarza się, że przeglądam zapisane na marginesach…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii