Subskrybuj
„Aktywność fizyczna jest niezwykle istotna, bo nasze ciało w bezruchu staje się nieżywe i trudno nawiązać z nim kontakt”. Na zdjęciu ćwiczenia wzmacniające mięśnie brzucha fot. George Karger/Getty
Redaktorka miesięcznika „Znak”, recenzentka, absolwentka krytyki literackiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opiekunka rubryki "Wśród możliwości"

Ciało jest od życia, nie od wyglądania

Zadbane ciało to ciało zdrowe, takie, którego potrzeby są zaspokojone. Wiemy, kiedy potrzebuje jeść, kiedy brakuje mu ruchu, kiedy pragnie bliskości i dotyku, a kiedy relaksu i odpoczynku

Robi się coraz cieplej, wkrótce rozpocznie się okres wakacyjny. To czas, kiedy mocniej powraca temat ciała i wiążących się z nim często wstydu i kompleksów. Pamiętam, jak bliska osoba właśnie w takie ciepłe miesiące wyznała mi, że pierwszy raz od dzieciństwa odważyła się włożyć szorty. Czy brak akceptacji dla swojego wyglądu to powszechny problem?

Bardzo, zwłaszcza wśród kobiet, choć być może to przekonanie wynika z faktu, że pracuję głównie z nimi. Myślę, że nie mamy łatwych czasów dla ciała. Oprócz tego, że towarzyszą nam kompleksy, żyjemy w kulturze narcystycznej, która sprowadziła ciało do aspektu wyglądu. Przyjęło się, że ciało ma być ładnym obrazkiem. I to jest zwykle pierwszym kryterium oceny człowieka.

Jak to wpływa na naszą relację z ciałem?

Niejednokrotnie sprawia, że albo jesteśmy z ciałem w relacji przedmiotowej i przemocowej, albo pielęgnujemy i afirmujemy je wręcz w obsesyjny sposób, niekoniecznie tak, jak by tego rzeczywiście potrzebowało. Problem braku akceptacji dla własnego wyglądu oczywiście mocno podkręcają kultura i media społecznościowe, w których jesteśmy osadzeni. Wraz z koleżankami po fachu zastanawiamy się czasem, co takiego się wydarzyło przez ostatnie dekady, że kobietom udało się już często wyzwolić z więzienia, jakim były przypisane im na sztywno role społeczne matek i żon, a trafiły do więzień związanych z obrazem swojego ciała.

To znaczy?

Chodzi o to, że łatwo ulegamy kompleksom, frustracjom, obsesji piękna kreowanej przez branże modowe czy kosmetyczne. Mimo swojej wiedzy, długoletniej pracy nad sobą i osadzenia w sobie nadal czasem mierzę się z tym, że pojawia się w mojej głowie myśl: „Masz 48 lat, może to najwyższy czas, żeby coś w sobie zmienić, ulepszyć”. Muszę się pilnować, żeby jej nie ulegać.

Na ile remedium na te bolączki mogłaby być ciałopozytywność? Ten ruch, zakładający, że każdy człowiek powinien mieć pozytywne wyobrażenie o swoim ciele, choć korzeniami sięga lat 60. XX w., kiedy to zaczęto zauważać rosnącą dyskryminację związaną z niewpisywaniem się w tzw. kanony piękna, zdążył już zadomowić się w naszym myśleniu. Na pewno jest mocno obecny przynajmniej od 2012 r., gdy w sieci po raz pierwszy pojawił się hashtag #bodypositivity.

Założenia ciałopozytywności z pewnością są bardzo potrzebne, zwłaszcza że kartezjański podział na umysł i ciało nadal ma się dobrze. Ciągle promujemy intelekt i mieszkamy w swoich głowach, a nie w ciałach, co prowadzi do przedmiotowego traktowania ciała. Patrzymy na nie z poziomu obserwatora i zapominamy, że to my jesteśmy tym ciałem. Nawet w języku rzadko używamy sformułowania: „Jestem swoim ciałem”. Mówimy raczej: „Mam ciało”.

Jak tutaj pomaga ciałopozytywność?

Pozwala zauważyć, że ciało to nasz dom, i przywrócić do niego szacunek, który należy się wszystkim, bez względu na wygląd, noszony rozmiar, chorobę. Przypomina, że każdy z nas ma prawo do życia: do pasji, związku, dobrej pracy, realizowania siebie. Nasz wygląd nie zmienia niczego w żadnym z tych aspektów.

Ciałopozytywność wpłynęła na różne aspekty naszego życia. Sprawiła np., że pojawiło się wiele marek plus size, a znane sieciówki zwiększyły swoją rozmiarówkę.

Z jednej strony zapewne ruchy ciałopozytywne wpłynęły na tę zmianę, z drugiej – spowodowała ją też pandemia otyłości. Trzeba zaznaczyć, że aż 25% społeczeństwa w Polsce choruje na otyłość, a ponad połowa ma nadwagę. Już u trzylatków stwierdza się nieprawidłową masę ciała, bo dzieci są przekarmiane.

Dobrze, że marki modowe reagują na potrzeby różnych ciał, ale wydaje mi się, że może nas to też zbliżać do wpadnięcia w pułapkę, którą będzie normalizacja otyłości. Pozwolimy sobie na jeszcze dłuższe pasy w samochodach, większe siedzenia w samolotach i właśnie większą rozmiarówkę. Jednak to nie jest jednoznacznie dobry kierunek, bo otyłość to choroba, która ma mnóstwo powikłań.

Istnieje jeszcze inna strona problemu. Zapominamy czasem, że otyłość może mieć wiele różnych przyczyn, towarzyszy np. chorobom tarczycy, przysadki mózgowej czy insulinooporności. I w takich przypadkach nie wystarczy prosta i powtarzana jak mantra rada: „Jedz mniej i więcej się ruszaj”. Takie uproszczenia oraz podejście fatfobiczne nie są wcale niczym rzadkim nawet w środowisku lekarskim, co pokazuje chociażby raport Vingardium Grubiosa przygotowany przez Natalię Skoczylas i Urszulę Chowaniec. Jak wykorzystać ciałopozytywność, by próbować zaradzić otyłości, lecz bez stygmatyzowania osób, które się z nią borykają?

Głównie przez psychoedukację. W ostatnich latach jest jej już na  szczęście więcej. Sama współpracuję z lekarzami, którzy przyznają, że ich sposoby leczenia nie są skuteczne, bo brakuje im przede wszystkim czasu dla pacjenta. Jeśli wizyta trwa 10 min, to przecież trudno wykazać się empatią. Lekarze często nie rozumieją w pełni choroby otyłości, bo pomijają lub bagatelizują czynniki psychologiczne, które niejednokrotnie są w tym przypadku najistotniejsze. Pracują na objawach, a nie zgłębiają problemu. Brakuje działań prewencyjnych.

Ostatnio współpracowałam przy tworzeniu poradnika dla lekarzy, mającego pomóc im wspierać pacjentów z otyłością. Chcemy pokazać, jak unikać opresyjnego języka oraz poszerzać świadomość na temat tego, z czym się mierzy osoba z otyłością, która często jest ze swoim problemem bardzo samotna. Należy reagować wcześniej, czyli wtedy gdy ktoś ma nadwagę, a nie wtedy gdy waży już 150 kg i często jedynym wyjściem jest operacja bariatryczna. W swoim gabinecie spotykam osoby, które nie badają się latami, bo mają przykre doświadczenia z wizyt u lekarza. Lęk przed kolejnym upokorzeniem i zawstydzeniem jest tak duży, że wolą tkwić w martwym punkcie, niż zwrócić się po pomoc.

Niejednokrotnie zapewne przydałaby im się pomoc terapeutyczna. Przecież bywa i tak, że ich obecny styl życia wynika ze sposobu wychowania. Czasem śmieciowe jedzenie staje się jedynym dostępnym sposobem, by zrekompensować dziecku trudną sytuację w domu. I rodzic tę metodę wykorzystuje, czyli np. daje dziecku duże ilości słodyczy, by choć na chwilę odsunąć prawdziwe problemy na dalszy plan.

Zgadza się. Osoby zmagające się z otyłością są często w kilkuletniej terapii, zanim naprawdę wyzwolą się z choroby. Dopiero gabinet terapeutyczny jest tym miejscem, gdzie wreszcie ktoś jest ciekawy ich historii, dostrzega ból i cierpienie, pomaga zrozumieć mechanizmy obronne.

Więcej osób z nadwagą i otyłych jest wśród mężczyzn niż wśród kobiet. A jednocześnie temat ciałopozytywności i akceptacji swojego ciała wydaje się częściej podejmowany przez kobiety. Dlaczego tak trudno wyobrazić sobie ciałopozytywnego mężczyznę?

Myślę, że wynika to z kultury Zachodu, która koncentruje się na ideale kobiecego ciała. Fizyczna atrakcyjność łączona jest z szeregiem pozytywnych cech. Nadal często stosuje się takie uproszczenie, że szczupłość jest tożsama ze szczęściem, inteligencją, odnoszeniem sukcesów. Społeczne oczekiwania wobec kobiet są też większe, dlatego ruchy ciałopozytywne, które mają im pomóc wyzwolić się z tej opresji, kierowane są głównie do nich. Chociaż powoli zaczyna się to zmieniać. Dostrzegam jednak ciekawą zależność. Gdy trafiają do mojego gabinetu mężczyźni, to najczęściej przyczyną wizyty są problemy ze zdrowiem lub karierą zawodową. Natomiast kobiety zgłaszają się po pomoc ze względu na towarzyszące im kompleksy, brak poczucia atrakcyjności, lęk przed odrzuceniem, rozpadem związku, utratą pracy.

Dlaczego tak się dzieje?

Myślę, że od kobiet oczekuje się spełnienia kulturowego wzoru piękna. Kobiece ciała na każdym kroku nawołuje się do intensywnej pracy. Robią to media, robi to przemysł kosmetyczny. Dyscyplinowanie kobiecego ciała ma jednak odbywać się w bardzo komfortowych warunkach, głównie poprzez przyjemność. Tak to pokazują Instagram i kolorowe czasopisma, które zamykają nas w przyjemnym więzieniu nieustannej pracy nad sobą. Z jednej strony mamy więc tę ciągłą pracę, a z drugiej – wręcz bezwzględny nakaz akceptacji swojego ciała.

 Byłam nastolatką, kiedy ta dwoistość zaczynała być rozgrywana. W 2006 r. marka Dove wypuściła filmik Prawdziwe piękno, w którym wystąpiły kobiety z różnych krajów, o różnym typie urody, w różnym wieku. Dla mnie, dziewczynki, przekonanej, że modelkami mogą być tylko bardzo szczupłe i wysokie kobiety, to był ważny sygnał pokazujący, że może nie ma jednego piękna. Od tamtego momentu powstało mnóstwo takich akcji skierowanych do kobiet, do mężczyzn zaś prawie wcale.

Zgadza się, ale proszę też zwrócić uwagę, że społecznie nikogo nie dziwi mężczyzna z siwymi włosami, brzuszkiem, zmarszczkami na twarzy. Łatwiej nam przyjąć mężczyzn takimi, jacy po prostu są. Natomiast kobiece ciało musi być nieustająco poddawane zabiegom upiększającym. Mimo ruchów ciałopozytywnych nadal trudno jest zaakceptować kobiecą naturalność. Świadczy o tym medialny szum, który pojawia się za każdym razem, gdy znana aktorka lub modelka publikują w mediach społecznościowych zdjęcie bez makijażu.

Ciekawym przypadkiem są tutaj instagramerki prowadzące konta dietetyczne. Przychodzi mi do głowy przykład Ireny Owsiak. Zawsze gdy opublikuje w sieci zdjęcie bez makijażu, odsłaniając zmiany skórne na swojej twarzy, spotyka się z komentarzami, że nie powinna mówić o zdrowym odżywianiu, skoro jej cera tak wygląda. Zarzuca się jej też niezadbanie, gdy pokazuje nieogolone pachy.

Bo panuje przekonanie, że zadbane ciało równa się ładnie wyglądające ciało. Tymczasem ciało jest od życia, nie od wyglądania. Zadbane ciało to ciało zdrowe, takie, którego potrzeby są zaspokojone. Wiemy, kiedy potrzebuje jeść, kiedy brakuje mu ruchu, kiedy pragnie bliskości i dotyku, a kiedy relaksu i odpoczynku.

Często zastosowanie diety odczytywane jest przez środowiska ciałopozytywne jako zdrada założeń ruchu. Gdy kilka lat temu Adele prezentowała swoją sylwetkę po tym, jak schudła prawie 50 kg, zarzucano jej, że sprzeniewierza się ideałowi body positive.

Tylko co tak naprawdę ona zdradziła? Chorowanie na otyłość? Takie myślenie wynika z niewłaściwej interpretacji ruchów ciałopozytywnych, dla których przecież punktem wyjścia był szacunek do ciała. Jeśli Adele zrobiła to, żeby zadbać o swoje zdrowie, pewnie dobrze odczytała sygnały płynące z ciała, które odczuwało pewien nadmiar.

Zastanawiam się też nad drugą stroną tej skali, czyli nad problemami osób bardzo szczupłych, które zmagają się np. z anoreksją. Jak ciałopozytywność może im pomóc? Czy nie ma tutaj ryzyka, że nawet jeśli poradzą sobie z chorobą, będą nadal nadmiernie skoncentrowane na swoim wyglądzie?

W takich przypadkach zdecydowanie bezpieczniejsze byłoby neutralne podejście do ciała, które pozwoli uniknąć zniekształcenia poznawczego, mówiącego, że od tego, jak wyglądam, zależy całe moje życie. Podejście neutralne nie oznacza, że mamy ignorować ciało, tylko nie fiksować się na jego wyglądzie. Osobom z zaburzeniami odżywiania, zresztą nie tylko im, trzeba przypominać, że mamy takie ciało, jakiego potrzebujemy, a niekoniecznie takie, o jakim marzymy. Nawet jeśli odłożyło się nam trochę tkanki tłuszczowej, to zapewne ona jest po coś.

Ciało zawsze robi wszystko na rzecz mojego przetrwania, jest tu i teraz, słucha moich nieświadomych potrzeb. Jest jak mapa. To, w jaki sposób oddychamy, jak się poruszamy, gdzie gromadzą się nam napięcia, oddaje całą naszą historię od momentu narodzin. Te sygnały mówią o naszych uczuciach, często wypartych, zamrożonych, niewypowiedzianych. Jeśli w końcu nie dopuścimy ich do siebie, będzie nam towarzyszył lęk, będziemy wstrzymywać oddech, napinać przeponę, zaciskać pośladki, mieć przewlekłe bóle głowy itd.

Mechanizm napinania i zaciskania, który np. pod wpływem przewlekłego stresu będzie zachodził przez lata, może sprzyjać odkładaniu się w ciele tkanki tłuszczowej.

Czyli tłuszcz na brzuchu może być wyrazem nieprzepracowanych emocji?

Oczywiście, może świadczyć o niewyrażonej złości, która przerodzi się w uśpiony gniew „mieszkający” właśnie w naszym brzuchu. W taki sposób organizm się zabezpieczy, złagodzi ból. Bywa tak, że dziecko jest wychowywane przez matkę, która nie umie adekwatnie zaspokajać jego potrzeb, nie szanuje jego emocji. Wtedy jego ciało zacznie robić zapasy. I to dziecko będzie tyło. Wówczas nadwaga może być efektem porzucenia, poczucia samotności, niezrozumienia przez rodzica.

Prawie co druga kobieta, która trafia do mojego gabinetu, ma na koncie mniejszy lub większy epizod doświadczenia nadużycia seksualnego. W takich przypadkach odkładanie się tkanki tłuszczowej może wynikać stąd, że próbujemy chronić się przed kolejnym nadużyciem nieświadomie szukamy więc sposobu, żeby wysłać do otoczenia sygnał: jestem nieatrakcyjna, proszę się do mnie nie zbliżać. To oczywiście jest materiał na psychoterapię. Często te kobiety chcą schudnąć, być zdrowe, ale nie może się to wydarzyć, zanim nie uświadomią sobie tego, co się w ich ciałach wydarzyło na poziomie nieświadomym i że tkanka tłuszczowa jest ich mechanizmem obronnym.

Wspomniała już Pani trochę o ruchu ciałoneutralności, który zwraca uwagę na funkcje ciała, a nie ciągłe afirmowanie każdej fałdki. Koncentruje się na tym, jak traktujemy swoje ciało, a nie jakimi emocjami je darzymy. Czym jeszcze jest ciałoneutralność?

Ciałoneutralność zaprasza nas do tego, żeby spojrzeć, ile ciało robi na rzecz naszego przetrwania, i zauważyć, że ono jest naszym przyjacielem, który dyskretnie działa po naszej stronie. Zwykle nie zastanawiamy się nad tym, czy nasze serce bije prawidłowo, jak odbywa się perystaltyka jelit, a w nocy zachodzą procesy naprawcze sprawiające np., że tam gdzie wieczorem była krosta, rano pojawia się już tylko niewielki strupek. Prowadzę co jakiś czas warsztaty Historia twojego ciała, które polegają na tym, że kobiety na olbrzymich kartonach odrysowują swoje ciała i symbolicznie – za pomocą farb, kredek, pisaków – nanoszą na te wizerunki wszystko to, co ich ciała przeżyły: nadużycia, trudne momenty, porody, poronienia, blizny. Całą historię. Gdy stają przed tym obrazem, zaczynają dostrzegać cud, bo widzą, ile ciało zrobiło na rzecz ich przetrwania. Pojawiają się wówczas wzruszenie, współczucie. Ich relacja z ciałem przestaje być przemocowa: krytykująca, oceniająca, wymagająca. Łatwiej im zauważyć pierwsze sygnały, które sugerują, że powinny zwolnić i odpocząć.

A jak uczyć się zdrowej relacji ze swoim ciałem na co dzień?

Pierwszym krokiem jest zatrzymanie się i sprawdzenie, czy w ogóle mamy kontakt ze swoim ciałem. Budowanie relacji jest już wyższym poziomem, który wymaga czasu i nakładu pracy.

W jaki sposób możemy zatem sprawdzić, czy mamy ten kontakt?

Przyjrzyjmy się temu, czy załatwiamy swoje potrzeby fizjologiczne wtedy, kiedy one się domagają załatwienia, czy wiemy, kiedy jesteśmy syci, a kiedy głodni, czy rozpoznajemy zmęczenie. Czy umiemy odpoczywać? Czy zdrowo się odżywiamy? Czy mamy zaspokojone potrzeby kontaktu, dotyku, bliskości? Czy kiedy jesteśmy smutni, to nie zaglądamy do lodówki i nie jemy, tylko pozwalamy sobie przeżywać ten smutek? Czy kiedy jesteśmy zmęczeni, to odpoczywamy, a nie dajemy sobie tabliczkę czekolady?

Gdy zadamy sobie takie pytania, dopiero wtedy możemy zacząć coś zmieniać. Może się wówczas okazać, że nawet jeśli na różnych obszarach nie jest najlepiej, dostrzeżemy, że mimo to ciało ma się całkiem dobrze, nie choruje, radzi sobie. To pomoże odczuć wdzięczność, ale też zrozumieć, że nie możemy wymagać od ciała nie wiadomo czego, skoro nie zaspokajamy jego podstawowych potrzeb. To przecież tak, jakbyśmy oczekiwali od dziecka, żeby świetnie pisało i czytało, a nie pomogli mu wcześniej nauczyć się liter. To jest po prostu nie w porządku wobec ciała, jeśli my ufundujemy sobie całą masę wymagań, krytyki, ocen, w dodatku bez odpowiedniego zadbania o najprostsze sprawy.

To chyba częsty scenariusz. Biorę tabletkę, bo kolejny raz w tym miesiącu boli mnie głowa.

I nie zastanawiam się nad prawdziwą przyczyną. Nie zauważam, że jestem przemęczona, przepracowana i żyję tak, jakbym odhaczała kolejne punkty do zrealizowania na niewidzialnej liście. Uruchamiam tym samym tryb przetrwania. I jeśli nawet pozwalam sobie na chwilowe ładowanie akumulatorów, robię to tylko powierzchownie, bo za chwilę wracam do opresyjnego systemu, szybkiego tempa życia, perfekcjonizmu.

A gdy uprawiam aktywność fizyczną, która w założeniu ma mi służyć, zadręczam się morderczymi treningami. Jak robić  to inaczej, w zgodzie ze swoim ciałem?

Najpierw trzeba zauważyć intencję, zrozumieć, dlaczego decyduję się na daną aktywność. Jeśli chodzi tylko o wygląd, to wtedy trudno będzie uniknąć traktowania ciała przedmiotowo i czynienia ze sportu narzędzia opresji. Szybko okaże się, że gdy mieliśmy bardzo trudny dzień w pracy, zostaliśmy robić nadgodziny, to po powrocie do domu, zamiast zauważyć, że powinniśmy po prostu położyć się i odpocząć, udamy się na siłownię na trening, tylko dlatego, że taki był plan.

Ważne, żeby znaleźć taki rodzaj ruchu, który będzie zawierać element przyjemności. Nie od razu musimy więc chodzić na siłownię, jeśli nie lubimy miejsc publicznych i zamkniętych przestrzeni. Możemy zdecydować się na bieganie w pobliskim parku. Kolejną ważną kwestią są stawiane sobie wymagania. Trzeba realnie ocenić swoje możliwości. Nie od razu to musi być wystartowanie w maratonie, na początek wystarczy spacer po okolicy. Równie dobra jest tzw. aktywność spontaniczna, która wkomponowuje się w naszą codzienność. Warto wykorzystać np. to, że mieszkam na dziesiątym piętrze i codziennie i tak muszę się jakoś dostać do mieszkania. Wystarczy, że najpierw wyjdę na trzecie piętro, a dalej podjadę windą. Za jakiś czas wejdę już na szóste, a w końcu i na dziesiąte, bo stanie się to dla mnie naturalne, wpisze się w mój rytm. Aktywność fizyczna jest niezwykle istotna, bo nasze ciało w bezruchu staje się nieżywe i trudno nawiązać z nim kontakt. Wolność, której przecież wszyscy pragniemy, nie dotyczy tylko głowy, lecz również ciała. Możemy powiedzieć, że jesteśmy naprawdę wolni tylko wtedy gdy jesteśmy żywotni i spontaniczni.

Podobnie jak relacja ciało– ruch, ważna jest też relacja ciało–jedzenie. W sieci ogromną popularnością cieszą się profile dietetyków i dietetyczek, którzy dzielą się przepisami, jadłospisami, analizują składy produktów, mówią, co i jak suplementować. Czy dieta to zawsze coś zdrowego?

Zacznę od tego, że nie lubię słowa „dieta”. Gdy Hipokrates je definiował, miał na myśli po prostu zdrowy styl życia, a nie koncept, który może okazać się odklejony od kontaktu z ciałem. A tym dieta dzisiaj niestety bywa. Przecież kiedy idziemy do eksperta i on bez pogłębionego wywiadu narzuca nam pewne ramy żywieniowe, które oczywiście odwołują się do tego, co powszechnie uznane za zdrowe, jest to rodzaj przemocy. Przecież wtedy ja jak potulne dziecko staram się realizować zalecenia, nie zwracając uwagi, że coś mi nie służy, bo mam wzdęcia, po którymś posiłku czuję się nadal głodna, wreszcie: coś mi po prostu nie smakuje. Tak naprawdę nikt oprócz nas samych nie wie, co jest dla nas optymalne. Sztuką jest nauczyć się to rozpoznawać. Czasami potrzeba do tego pomocy eksperta, ale takiego, który będzie prowadził z nami dialog, a nie narzucał nam sztywny jadłospis.

Pewien reżim żywieniowy wprowadzają też popularne diety pudełkowe. Ich zaletą jest dostępność, szybkość, odpowiednie zbilansowanie kaloryczne i składnikowe. Istnieje jednak ryzyko, że nie pomogą nam one nauczyć się zdrowego odżywiania, bo w danej chwili będziemy dostawać coś, na co najzwyczajniej w świecie nie mamy ochoty.

Oczywiście plusem diety pudełkowej będzie to, że jeśli ktoś naprawdę żyje w szalonym tempie albo kompletnie nie wie, jak się odżywiać, to regularne, zdrowe jedzenie będzie dla niego dużo lepsze niż zamawiany po całym dniu niejedzenia fast food. To może być też dobry sposób, żeby odkryć, w jakich odstępach czasu jesteśmy głodni, co i o jakiej porze nam smakuje, co nam służy, a po czym czujemy się źle. Jeśli będziemy uważni na te sygnały, to gotowy jadłospis możemy zmodyfikować, wsłuchując się w potrzeby swojego ciała.

Istnieje jednak pułapka, że staniemy się niewolnikami diet pudełkowych i będziemy trochę jak małe dziecko oczekiwać, że dostaniemy wszystko pod nos. Wtedy gdy np. zabraknie pieniędzy albo z różnych powodów nie będziemy mogli pozwolić sobie na dietę, szybko wrócimy do starych zwyczajów żywieniowych.

Dobrej relacji z ciałem należałoby się zapewne uczyć od najmłodszych lat. Jak sprawić, by dziecku szybko nie zaczęło się ono kojarzyć z czymś wstydliwym?

Bardzo ważne jest to, jak rodzice patrzą na ciało dziecka i jak sami mówią w jego obecności o swoich ciałach. Jeśli mama nieustająco przegląda się w lustrze i narzeka na cellulit, to trudno, żeby pięcioletnia córka, która tego słucha, miała potem dobrą relację ze swoim ciałem. Ona nauczy się jedynie, że szczęście jest zależne od wyglądu. Istotne są też proste, codzienne sprawy: dotykanie, głaskanie, przytulanie ciał naszych dzieci. To jest przyjemne, ale pomaga również w osadzeniu się w „ja” cielesnym. Ważne jest także wspólne, rodzinne budowanie nawyków. Jeśli dziecko ma jeść zdrowo, a rodzice w ukryciu podjadają słodycze, ono i tak odkryje to prędzej czy później i zacznie robić to samo. Talerz nie może stać się obiektem przemocy. Trzeba pamiętać, że dzieci mają własne kompetencje w zakresie tego, czego i w jakich ilościach potrzebują. Odpowiedzialnością rodzica jest natomiast to, żeby na talerzu było zdrowo i kolorowo. Jeśli zbudujemy odpowiedni fundament, to nawet gdy dziecko na późniejszym etapie zetknie się z fast foodami i czasem zdarzy mu się po nie sięgnąć, będzie wiedziało, co jest podstawą zdrowego odżywiania.

Współprowadzi Pani Fundację Kobiety bez diety. O co chodzi z tym brakiem diety?

Fundacja Kobiety bez diety walczy z opresyjnymi skojarzeniami, które narosły wokół jedzenia, a także wobec ciała. Bardzo chcemy, żeby powszechnie funkcjonował przekaz społeczny, że jedzenie ma moc, może dodawać zdrowia, energii, poprawiać nastrój, po prostu leczyć. Pomaga też budować relacje i celebrować codzienność. Jest po prostu czymś przyjemnym.


Elżbieta Lange Psychoterapeutka Gestalt i psychodietetyczka, współzałożycielka Fundacji Kobiety bez diety, autorka książki Emocje na talerzu. Jak odbudować zdrową relację z jedzeniem

Artykuł pojawił się w numerze: Jak żyć w ciałopozytywnym świecie