Zamówienie na osobisty tekst o zaburzeniach odżywiania przyjęłam z oporem, nie miałam ochoty odsłaniać się, przedstawiać się jak ktoś z kłopotem ani wracać do przeszłej, zamkniętej już sprawy. Zaciekawił mnie jednak ten opór, nie wiedziałam, czy związany był z obawą, że uruchomię coś, co miało być już martwe, że sprawy przeszłe wciąż są obecne i żywe, że przyprawię sobie tożsamościową łatę, a w końcu że doświadczenia bywają takie banalne, takie typowe. „Nic osobistego” to niezła dewiza, rodzaj ochronnej peleryny, najczęściej działa. Ale ciekawość, by sprawdzić (a gdzie lepiej niż w pisaniu), dokąd mnie ta opowieść zaprowadzi, zrobiła swoje. Pewnie w miejsca podatne na zranienie; jeśli jednak wrażliwość potraktować jak siłę, nie słabość, to – w drogę.
Spadek (skąd ja to mam?)
Zacznę bezpieczniej, czyli nie od razu od siebie. Po Chłopkach Joanny Kuciel-Frydryszak zostanie nie tylko pamięć sukcesu wydawniczego budzącego u jednych podziw, a u innych zazdrość, ale i pamięć o odsłoniętym problemie głodu. Wcześniej tuszowany, wypierany, jakby należało się go wstydzić bardziej niż przynależności do grupy czy klasy społecznej. Nawet niedobory finansowe dawało się do tej pory ogrywać, z niedożywieniem ta sztuczka się nie udała. Chłopki wypowiadają głód powszechny, głód, który nie tyle był odstępstwem od normy, ile był normą. Co to znaczy dla potomkiń przeżywców? Można próbować policzyć, ile osób dawniej żyło w chronicznym niedożywieniu, ile ospałych, zbyt drobnych i niskich na swój wiek dzieci dożyło dorosłości. Samo ich przetrwanie głodu powszechnego jest rodzajem triumfu, niesionego w milczeniu i wstydzie.
Zacznę od tego, że moi rodzice byli dziećmi, które doświadczyły takiej biedy, jaką mogę już sobie tylko wyobrażać, choć oboje urodzili się w 1952 r.
Znaczenie wysiłku wkładanego przez nich w zapewnianie swoim dzieciom dostatku czytelniejsze stawało się dopiero z czasem. Ich dzieciństwo z moim miało niewiele wspólnego, choć oba doświadczenia dzieliło niewiele ponad dwie dekady. Światy, w których urodziliśmy się, uczyliśmy się chodzić, żyliśmy jako dzieci, były tak różne, że trudno byłoby znaleźć przystające czy łączące je elementy – oprócz tych ludzkich elementów, rzecz jasna, czyli ich samych, ich rodzeństwa i ich rodziców, których czasem odwiedzałam, oprócz pewnych dziedziczonych dziwactw (jak kiedyś bym je nazwała), oprócz milczenia.
Muszę uważać, by się nie zagalopowywać, to ostatnie nie jest pełną prawdą, wiedziałam całkiem sporo o dzieciństwie mojej mamy, ojciec raczej wykonywał szeroko zakrojone narracyjne gesty emancypacyjne: wymyślał siebie na nowo, bywało, że z powodzeniem, nawet jeśli krótkotrwałym. Oboje urodzili się w małych wsiach, spotkali się dopiero jako nastolatkowie, w szkole; oboje mieli po pięcioro rodzeństwa, mama jako późne, ostatnie dziecko niespodzianka (moja babcia miała wtedy 45 lat, za to niewiele sił, czasu i cierpliwości), ojciec jako przedostatnie, czyli prawie najmłodsze. Prace domowe dla nich znaczyły coś zupełnie innego niż dla mnie. Kiedyś nie byłam w stanie zdobyć się na wysiłek przekładu między naszymi doświadczeniami, np. noszenie wody ze studni przez moją kilkuletnią mamę było tak abstrakcyjne, że nie potrafiłam powiązać go z ciężarem, bólem, było jak ilustracja do baśni, jak scena z teatrzyku dla młodego widza. Oboje wyprowadzili się do miast, ojciec uciekł, gdy tylko było to możliwe, do szkoły zawodowej i wpadł (jak na moje oko) z deszczu pod rynnę, bo jako 14-latek trafił do raczej brutalnego świata, w którym nie było dyskusji z przydzielonymi rolami; nauka w szkole zawodowej trwała tylko trzy miesiące, a resztę roku zajmowała fizyczna praca. Ale jeśli dla niego to była zmiana na korzyść, to jak źle musiało wyglądać jego dzieciństwo? Nigdy nie lubił wracać do domu, nawet gdy rzeka przestała już odcinać go od reszty świata na sporą część roku. Bywało, że w ogóle nie przyznawał się do pochodzenia, zupełnie inaczej niż mama. Gdy przeprowadziliśmy się do swojego domu, chciał mieć tylko trawnik, jakby z obawy, że ogródek go zdradzi, że warzywa i kwiaty zniszczą jego autoprezentacyjny wysiłek. Przegapił przy tym, że z powodzeniem wykonywał ten wysiłek sam.
Życie mojego ojca kręciło się wokół jedzenia i picia, a może inaczej: picia i jedzenia, w tej kolejności – jasne, można się uśmiechnąć, jak nas wszystkich, tylko w tym przypadku jednak jakoś bardziej. Kiedyś pewnie powiedziałabym, że kręciło się wokół nadmiaru i niedoboru, teraz nawet w tych nadmiarowych działaniach widzę niedobór. Nadużywanie alkoholu było dla niego rodzajem pańskiego gestu, popisu, marnotrawstwa, do którego zdolny jest ktoś dobrze urodzony. Stać mnie, mawiał. Można było dać się przekonać, że wszystko jest pod kontrolą, że to celowe działania, że żyje, jak chce, nawet gdy przez alkoholizm tracił pracę, płynność finansową, to szedł dalej i ciągnął na dno.
Picie szybko stało się przymusem (pewnie gdy jeszcze był nastolatkiem, pewnie jeszcze w tej objazdowej szkole), działało jak sprężyna: pewnie z początku pomagało mu wybijać się, z czasem nakręcało do samozniszczenia (i wszystkiego, wszystkich wokół), dlatego potrzebna była pozorna dyscyplina żywieniowa.
Gdy byłam mała, podziwiałam go z wielu powodów, nie tylko dlatego, że potrafił nurkować w dzikiej Warcie i że potrafił złowić rybę na samodzielnie zrobioną wędkę, że potrafił podsumowywać jednym trafnym żartem (wtedy jeszcze umykało mi okrucieństwo) cudze zachowanie, że potrafił mówić śmiesznymi językami (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jeden z nich to rodzimy dialekt), że śpiewał piętnaście po czwartej rano „już późno, a nam się wcale nie chce spać”, gdy w łazience szykował się do wyjścia na autobus, a potem ćwiczył dla zdrowia i dobrego wyglądu, że mówił z głowy tren po trenie, gdy chodził do szkoły wieczorowej, że w największy upał nosił lniany garnitur, jakby w kontrze do koszulek z placu budowy (rok w rok mama gasiła pożary na jego plecach, wyglądały jak wielka rana), a wszystko to w imię dobrego wyglądu, ale najbardziej podziwiałam jego silną wolę przy stole. Pokarmy miały znaczenie, takie np. kluseczki były jedzeniem podłym, za to mięso zawsze zasługiwało na uwagę. Nauczyłam się od niego, jak ważna jest umiejętność samoograniczania, bo to zdolność do stawiania granic, zdolność do odmowy miała określać osobę, brak tej umiejętności miał ją skreślać. Ciekawe, że takie reguły wprowadzał tylko przy jedzeniu, picie odbywało się w osobnym, a nawet odwrotnym trybie. Bardzo też smutne, że sam się gdzieś tego wcześniej nauczył, że ktoś wbił mu te zasady do głowy.
Wtedy zupełnie nie potrafiłam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, dziś łatwiej mi dostrzec połączenia tamtych kategorii pokarmów z kategoriami ludzi w myśl zasady „jesteś tym, co jesz”. Mączne potrawy (czy jak chcą inni: mączyste) musiały kojarzyły się z biedą, z brakiem możliwości wyboru, z piętnującym niedostatkiem, zapach naleśników potrafił wyprowadzić go z równowagi (wiele razy w ostatnich latach w ramach tzw. zwrotu ludowego czytałam o zakazach dla tzw. zdrowych potraw, o ostrych reakcjach na brukiew czy modną sałatkę z pokrzywą, musiały to być powszechne urazy), a ciężar anegdoty z pracy o koledze, który przyniósł kanapki ze „schabowym”, czyli plackiem ziemniaczanym (z daleka wygląda podobnie), pojęłam z kilkuletnim poślizgiem.
Początek lat 80. to moje najwcześniejsze wspomnienia, to też czas zapaści gospodarczej – kartki żywnościowe dyktowały warunki, choć tak naprawdę organizacją i zdobywaniem jedzenia zajmowała się moja mama. Jedzenie jako manifestacja dobrego życia: jakoś rozumiem potrzebę pokazania się z jak najlepszej strony (choć sama mam ciągoty w drugą stronę) na zewnątrz, zaglądanie sobie do kanapek miało miejsce przecież i w szkole, ale ciekawa jest ta potrzeba trzymania fasonu przed najbliższymi, przed małymi jeszcze dziećmi, przed żoną. Z podziwem dla silnej woli wiązał się niepokój, że przecież może zabraknąć mu sił, że może zasłabnąć. Wiedziałam, że fizyczna praca wykonywana przez mojego ojca na budowie, w spiekocie, w deszczu, przez wiele godzin jest trudnym doświadczeniem. Widzieliśmy z matką i bratem jego pokaleczone, pokryte odciskami dłonie, zniszczone stopy, wiedzieliśmy o udarze cieplnym z czasów prac remontowych w hucie, słyszeliśmy o poszkodowanych czy poturbowanych kolegach, o upadkach ze źle zabezpieczonych rusztowań. Ale też jakoś zdawałam sobie sprawę, że moja wyobraźnia jest ograniczona, że ciężar tej pracy nie mieści się w głowie; wtedy przyjmowałam, że musi być większy od codziennej udręki wychowawczej, opiekuńczej, aprowizacyjnej i chałupniczej pracy mojej mamy. Pewnie podziw łączył mi się z przeczuciem, że musi tutaj chodzić o jakieś nadludzkie moce, które nie tylko pozwalają mu utrzymać równowagę na wysokim rusztowaniu, lecz i żywić się energią słoneczną.
Dopiero jakiś czas później odkryłam, że jeśli je się, gdy nikt nie widzi, to tak również można utrzymać bilans energetyczny i zachować kreowany wizerunek (albo przynajmniej mieć na to nadzieję).
„Kupilibyście sobie coś do jedzenia”, mawiał, gdy ze złością odkrywał w domu nowy komiks, gazetę, książkę, i to w czasach najgłębszej domowej zapaści finansowej. Wtedy chciało mi się śmiać, teraz nie jest mi do śmiechu. Lepiej rozumiem, jak wielka różnica zaszła między dzieciństwem moich rodziców i moim, jaki skok jakościowy został dokonany, a właściwie: jakiego oboje dla nas dokonali. Dzięki temu wysiłkowi, który długo był wyzwaniem dla mojej wyobraźni, mogliśmy (ja i mój brat) pragnąć innych rzeczy, dzięki ich wysiłkowi obecność artykułów pierwszej potrzeby wydawała się nam oczywistością (nawet gdy ich nie było). Wzmacniani przez mamę, kierowaliśmy się w stronę półek z artykułami zbędnymi, którymi nie dało się najeść, ale bez których nie wyobrażaliśmy sobie już życia. Oboje dawali nam to, czego im brakowało. W czasach prosperity, czyli mojego wczesnego dzieciństwa, ojciec przywoził z zagranicznych delegacji drogie zabawki i mnóstwo słodyczy. Jasne było, że cieszą go te prezenty może nawet bardziej niż nas, my z bratem bardziej pragnęliśmy jego obecności, ale takiej bez dram. Było też jasne, że na niewiele więcej niż te wyjątkowo kosztowne rzeczy go stać, że brakuje mu środków. Teraz widzę wyraźniej – choć nie jest to żadne usprawiedliwienie – że nie był w stanie przeskoczyć granicy między „ja” a „my”, granicy budowanej ze stosu czekolad, zdalnie sterowanego czołgu, gum do żucia, resoraków czy gadającej lalki, bo język przedmiotów okazał się niewystarczający. Ta granica dla mnie, jak teraz rozumiem, stała się kładką do trochę innego świata. Ponieważ dostałam tyle dóbr, mogłam już ich nie chcieć, mogłam pragnąć czegoś innego. Każde z nas było głodne, przy czym zaspokajanie tego łaknienia odbywało się na innych zasadach.
Zastanawiałam się na początku, dokąd zaprowadzi mnie ten tekst. Podejrzewałam, że w obszary ryzykowne, i tak rzeczywiście się stało – wracam do domu, choć nie od razu mówię o sobie. Używam nawet liczby mnogiej, bo przez kilka pierwszych lat żyłam w domowym „my”, na które składał się mój starszy brat i moi rodzice, choć każde z nich w inny sposób. Trudno byłoby mi się wtedy oddzielić, nawet pewnie powiedzieć w szczegółach, jak wyglądam, choć rozumiałam, że jestem odrębną osobą. Kiedyś pewnie opowieść o jedzeniu zaczęłabym od mamy, która zajmowała się zaspokajaniem kaprysów wszystkich, tylko nie własnych, która obdarzała troską, bliskością, która karmiła, ale też dzieliła się opowieściami o swoim dzieciństwie, była szczodra pod każdym względem.
Znam zaledwie kilka zdjęć mamy z czasów, gdy była dzieckiem – wykonanych w szkole czy przy większej uroczystości rodzinnej. Wśród nich jest to, na którym moja dziewięcio- może dziesięcioletnia mama stoi na tle rodzinnego drewnianego, otoczonego płotem domu jak z innej epoki, z innego stulecia, a przecież był to jakiś 1962 r. Wtedy wystrzelono kilka sond księżycowych, powstawał zespół The Rolling Stones, a tutaj nie było prądu, wody, elektryczności, do końca podstawówki mama odrabiała lekcje przy lampie naftowej. Uśmiech tamtego dziecka zawsze mnie poruszał i trudno było mi uwierzyć, że ta istota o nogach chudych jak patyki (chyba nigdy na żywo nie widziałam tak dużych, tak wystających kolan, moje wyglądały na pewno inaczej) to moja mama. Nie znam ani jednego zdjęcia ojca z dzieciństwa, na najstarszym mi znanym ma 17 lat. Mogę na tę pustkę rzutować wyobrażone, takie, na którym wyciąga spod wody młodszego brata, na którym przeprawia się łódką na drugi brzeg rzeki, na którym wsiada w autobus do dużego miasta. Ten brak skłania do myślenia, zwłaszcza przy okazjach takich jak ten tekst, w ramach którego namyślam się nad spadkami, niechcianymi, bo krępującymi. Za nic nie miałam ochoty na wskazywanie, po kim co mam, wolałabym tego nie robić. Z czasem zaczęłam widzieć, że głód, którego skutki z czasem zaczęłam odczuwać, miał inne źródło czy raczej: źródła, bo ta wycieczka obejmuje więcej niż jedną trasę. Chyba teraz czas na skręt w moją stronę.
Mniej znaczy lepiej
„Dobrze wyglądasz”. Strach pomyśleć, a co dopiero usłyszeć. Bo co to niby znaczy? Co się za tym komentarzem kryje? „Dobrze wyglądasz” może zabrzmieć jak zaszyfrowana krytyka (wypowiadana z uśmiechem czy z przekąsem), jak szyderstwo z pobłażliwości wobec samej siebie, folgowania sobie. „Dobrze wyglądasz” może znaczyć, że się wygląda źle. A kto by chciał wyglądać źle? Aż kręci się w głowie od rekonstrukcji tego odwracania, ten kołowrót jest męczący.
„Mniej znaczy więcej” – ta złota zasada dobrego stylu przekłada się na przepis na dobry wygląd.
Ale jeśli wirówkę zatrzymać i pomyśleć spokojniej, to cały ten nacisk, by było mnie mniej, by zajmować mniej miejsca, jest grubą przesadą. Uszczypliwa uwaga „dobrze wyglądasz” znaczy, że zajmuje się za dużo miejsca, jakby dosłowne umniejszanie siebie było wartością. Dla kogo niby? Że niby dla mnie? Przecież ten pomysł stoi na głowie, lecz wcale nie po to, by wzmocnić kręgosłup, ręce, nogi, tylko żeby osłabić. A jednak możliwe, że można go przyjąć, że można się nim przejąć. Na różnych etapach życia ujmowanie, umniejszanie siebie miało dla mnie różne znaczenie: a to było manifestacją samodyscypliny („weź się w garść!”), a to samozniszczenia. Najpierw jednak musiałam odkryć, że mam ciało w inny, niezależny ode mnie sposób, że jest ono nie tylko dla mnie, ale i dla innych, że jest postrzegane w oderwaniu ode mnie i jego ocena bywa ważniejsza niż obiektywna miara, a zaraz potem że oceny są zmienne i umowne, przy czym konsekwencje oceniania zostają z nami na długo.
Przez jakiś czas nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mam ciało.
Byłam w nim, składało się ze mną, nie miałam z nim problemów innych niż siniaki, poparzenia słoneczne, czułam je przez język przyklejony do zmrożonej balustrady przed sklepem, bolący przy wyrywaniu mleczak, strzaskaną maszyną do szycia kość palca, omdlenia, mdłości, plączące się włosy, podbite oko czy festiwal chorób górnych i dolnych dróg oddechowych. Byłam skocznym, ruchliwym, gibkim dzieckiem, mogłam się ścigać, a nawet bić się z innymi, mogłam wisieć na trzepaku, wchodzić po piorunochronie i przez okno do domu, musiałam być mimo wszystko silną, w jakiś sposób niestrudzoną osobą, choć zawsze czułą na cudze słowa, na cudze emocje. Jeśli myślałam o tym, jaka jestem fizycznie, to raczej w kategoriach niedostatku, gdy nie mogłam sama czegoś dosięgnąć, gdy nie mogłam czegoś sama dźwignąć, ze złością, że się za mało staram. Trudno mi było zrozumieć, że dotyczą mnie ograniczenia, na które nie mam wpływu. A mimo to byłam zgodzona ze swoim ciałem, wtedy jeszcze niepokawałkowanym. Na pytanie: „jaka jestem?”, odpowiadałabym, że „śpiąca”, „zadowolona”, „smutna”, „zmęczona”, pewnie miałabym coś do powiedzenia o tym, co lubię, a czego nie, czego się boję, za czym tęsknię i – tyle. I w jednej chwili – bo opowieści lubią takie zwroty – coś się zmieniło. Opowieść lubi takie uspójniające gesty, zwłaszcza opowieść, która ma przedstawiać jakąś drogę, jakiś proces: coś następuje z czegoś, coś wynika z czegoś innego; jeśli pododawać składowe, wszystko się zgadza, suma wypadków przynosi określony wynik. Gdy opowieść osobistą zawiesi się na jednym z takich gwoździ, można odetchnąć z ulgą, zamknąć ją, podsumować: to wtedy, to dlatego, to przez nią. Dzisiaj ostrożniej podchodzę do tych miejsc olśnień czy raczej zaciemnień, tych chwil, w których miało dojść do przełomu. Patrzę na te zdarzenia nie tyle jak na przełomy wewnętrzne, ile jak na zmiany dekoracji, na tle których stawałam się kimś innym.
Uderza mnie siła umowności, która zadecydowała o tym, że zostałam grubą dziewczynką.
Kończyłam wtedy pierwszą klasę podstawówki i w osiedlowym klubie „Tęcza”, którego sercem była biblioteka, słuchałam pani Hani, dającej nam, dziewczynkom z kółka tanecznego, ostatnie wskazówki przed występem. Słowa tej pięknej plastyczki z wykształcenia, pewnie trochę wkurzonej, że to jej mąż, nie ona pracuje w zawodzie i na dodatek w sąsiedniej sali, miały szczególną wagę, dlatego właśnie namówiłam mamę na kupno baletek, miesiącami ćwiczyłam równowagę, chodząc wzdłuż krawężnika, a w domu kładłam na głowie woreczek z grochem, by w ten sposób pracować nad postawą. W przeddzień występu pani Hania przypominała nam, żeby jeszcze przed snem przećwiczyć układ, a potem zwróciła się do mnie i nie zmieniając tonu głosu, powiedziała, że nie wezmę udziału w pokazie, bo grube dziewczynki nie mogą występować publicznie. Wyświetlam teraz tamto wspomnienie, jest takie jasne, jakby oświetlone scenicznym reflektorem, i mroczne zarazem. Widzę tamtą siebie, chciałam wtedy zniknąć, nie od razu mi się to udało, ale z czasem zaczęłam odnosić na tym polu sukcesy.
Gdy teraz myślę o tamtym czerwcowym popołudniu, to już wiem, że cała sytuacja nie powinna się wydarzyć, że dorosła osoba nadużyła władzy nade mną, wtedy byłam raczej ogłuszona, zaskoczona. Ciekawi mnie jednak łatwość, z jaką w jednej chwili stałam się kimś innym. Już wcześniej poznałam moc ciężkich słów, wiedziałam, jakich zniszczeń potrafią dokonać. Tutaj odkryłam coś więcej: mechanizm działania oceny w grupie. Niewielkie – jeśli w ogóle – znaczenie ma prawda, patrzę na zdjęcie z tamtego okresu i widzę, że nie odstawałam od tzw. normy: mam drobną twarz, ogromne oczy, jestem wysoka, nigdy też wcześniej nikt nie umieszczał mnie w tej groźnej (bo tyle wiedziałam) kategorii. Grupa działa na tajemniczych zasadach pisanych przez przemoc, cudzy kaprys, czyjeś poczucie władzy. Już tam nie wróciłam, za to wystawiona wtedy ocena została ze mną na wiele lat, może i na zawsze.
To jeden z możliwych kierunków zwiedzania tego prywatnego i interaktywnego muzeum pamięci, można tę sytuację uznać za główne wejście. Przemierzałam przeszłe zdarzenia wielokrotnie, trochę porządkując, opowiadając raz po raz, ale i godząc się z nieporządkami, ucząc się po drodze, jak z nimi żyć, skoro już tutaj jestem. Dla dobra opowieści można ten moment uznać za założycielski, lecz niekoniecznie mam na to ochotę, wolałabym wypisać się z podporządkowania innym. Kto to słyszał, by inni mieli na mnie taki wpływ, wolałabym nie być tak podatna na cudze opinie, cudze emocje. W końcu przestałam jeść, żeby się uwolnić. Kto by pomyślał, że to prosta droga do utraty kontroli i wymarzonej wolności.
Supergirl
Dekadę później, po tym jak wypadłam z kółka tanecznego, odkryłam, że jestem w stanie znikać. Triumf woli przynosił nie tylko wewnętrzną satysfakcję, bo nareszcie przeszłam do działania, zamiast marnować energię na gadanie o bezsilności, marudzenie, męczące również dla mnie, utrzymujące mnie w poczuciu niemocy. Szybko okazało się, że im mnie mniej, tym więcej dostaję pochwał: dyscyplina, jakiej się poddawałam, budziła zazdrość, budziła podziw. Zgadzałam się ze wzorem na dziewczynę: kruchą, czyli atrakcyjną (ostre kategorie oceny niewiele złagodniały w ostatnich latach), ale niefolgującą sobie, nie leniwą, tylko konsekwentną, silną. Im było mnie mniej, im więcej sobie zabierałam, tym więcej uznania otrzymywałam, jednak takiego pokręconego – nie od razu łączyłam poczucie mocy rosnące z odmowy przyjmowania pokarmów z konsekwencjami, jaką była utrata sił.
Z początku fascynowało mnie to. Odkrycie, że można się nie zgadzać, że można wykazywać nieposłuszeństwo, może zakręcić w głowie.
Pierwsze miesiące czy nawet lata niejedzenia to były czasy przypływu mocy, wyostrzenia uwagi, skupienia.
Głód z wyboru pozwalał mi ograniczyć liczbę godzin snu, wzmóc aktywność fizyczną, nie tylko szybciej chodziłam i jeździłam, ale kojarzyłam, czytałam, uczyłam się, jakby z samoograniczenia wynikał nieznany mi wcześniej rodzaj energii. Mam gdzieś jeszcze takie zdjęcie, na którym płoną mi oczy, prawie nie widać mi tęczówek. Ale ta euforia nie mogła trwać wiecznie, przyszło zmęczenie, przewlekłe zmęczenie, nad którym już nie mogłam panować, przyszła senność odcinająca prąd w najmniej oczekiwanym momencie. Kontrola wymknęła się spod kontroli, znikanie jak pożoga szło przez mięso, kości, skórę, organy wewnętrzne, kres przyjęłabym wtedy z cichą, choć wyraźną ulgą. Jednak nie przyszedł. Jednak tutaj jestem. Moje ciało okazało się zaskakująco wytrzymałe, ale też pamiętliwe, przypomina regularnie, że działania (tak jak zaniechania) mają konsekwencje. Staram się je (czyli też siebie) bardziej szanować, jednak ta jego mściwość zalazła mi za skórę, daleko mi do doskonałości. Godzę się z tym, że jest ona, doskonałość, poza moim zasięgiem.
Czy jeszcze marzę o znikaniu? Czasem. Często. Wraca tęsknota za tamtym uderzeniem energii, wraca tęsknota, żeby znowu nie być człowiekiem. To ciekawe, jak wiele sprzeczności można w sobie obejmować, że można je widzieć, można o nich wiedzieć, ale nie można ich wyeliminować. Nie mogę powiedzieć, że zaprowadziłam i utrzymuję porządek, ograniczam się do uznania tego bałaganu, raczej staram się żyć z tymi skrajnymi i uwodzicielskimi pragnieniami, tylko nie działać na nich, nie poddawać się im. Zachowywanie równowagi jest jak chodzenie po krawężniku w czasach zapatrzenia w panią Hanię z osiedlowego klubu „Tęcza”. Teraz staram się trzymać równowagę nie po to, by zdobyć czyjeś uznanie, lecz by sprawdzić możliwości tego kruchego, wciąż nowego dla mnie stanu. Coś tutaj jest jeszcze do odkrycia, coś tutaj jeszcze jest do przeżycia.