Przyszłam porozmawiać o sztuce życia.
To brzmi poważnie. Obawiam się, że po takiej rozmowie jeszcze bardziej mogę zwątpić w swój obraz jako osoby, która coś wie o sobie i świecie i może podjąć decyzję o tym, jak żyć. A jednak art of living wydaje mi się wciąż warta rozmowy, refleksji, nawet jeśli przyjdzie po niej chandra. Zwykle przecież i tak dopadają nas obawy, czy takie życie, jakie wybraliśmy, jest w ogóle warte przeżycia. Wyobrażamy sobie różne scenariusze: jak mogłoby wyglądać moje życie, gdybym podjęła inne decyzje? Choć ostatnio mniej we mnie przestrzeni na utrzymanie powagi tych pytań.
Co się zmieniło?
Chyba mam gorszy kontakt ze swoją wewnętrzną Anią z Zielonego Wzgórza, która – jak pamiętamy – była nieco egzaltowana i brała wszystko na serio. W liceum taka byłam i nieco później, kiedy jeszcze całymi dniami czytałam Dostojewskiego, a wieczorami oglądałam Siódmy kontynent i inne filmy Michaela Hanekego. A potem jakoś ta pojemność na powagę mi się wyczerpała. Na co dzień wybieram to, co potrafi mnie nie tylko wzruszyć, ale i rozśmieszyć.
Lubię płakać przez łzy.
Nie chodzi mi oczywiście o to, co niektórzy psychiatrzy nazywają paragelią – panicznym śmiechem obronnym w…