Subskrybuj
Ilustracja: Nataliia Nosova
Redaktorka miesięcznika „Znak”, recenzentka, absolwentka krytyki literackiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opiekunka rubryki "Wśród możliwości"

W naszej historii nie ma winnych

Opowieści rodzinne mogą być dobrą podpowiedzią dla naszych dalszych decyzji. Uświadamiają, co było trudnością w pokoleniach wcześniejszych, pozwalają odrzucić obciążające mechanizmy, za którymi nie chcielibyśmy pójść.

Mówi się często: jaka matka, taka córka, jaka mać, taka nać. Czy rzeczywiście można powiedzieć, że upodabniamy się do swoich rodziców?

Nie nazwałabym tego upodabnianiem, bo podobieństwo charakteru czy pewnych zachowań często na pierwszy rzut oka nie jest jednoznaczne. Tłumacząc te powiedzenia na gruncie psychologii, powiedziałabym raczej tak: wszystko, co się zadziało od chwili naszych narodzin i jeszcze wcześniej, w życiu naszych rodziców i dziadków, ma znaczenie. Historie osób, które były naszymi opiekunami i tworzyły strukturę społeczną, dzięki której mogliśmy się wychowywać, stanowią naszą spuściznę i my ją niesiemy, czy tego chcemy, czy nie. Raczej przejmujemy jedynie pewne wzorce, niż w pełni upodabniamy się do jednej postaci.

Zatem jeśli ktoś mi powie, że jestem jak moja matka, znaczy, że być może wśród kobiet w mojej rodzinie działa silny mechanizm przekazu określonego wzorca zachowań, emocjonalnego reagowania, wchodzenia w relacje bądź unikania ich.

Czy tym właśnie są skrypty międzypokoleniowe?

Skrypty międzypokoleniowe to trwające w rodzinie z pokolenia na pokolenie wzorce funkcjonowania dające jej członkom siłę przetrwania, umożliwiające adaptację do różnego rodzaju warunków.

Mają swój cel i sens w określonym kontekście, w którym powstają. Pojęcie to wywodzi się z analizy transakcyjnej – modelu stosunków międzyludzkich, opracowanego przez psychiatrę Erica Berne’a.

Skrypty pokazują, jak wzorce są często powielane mimo zmieniającej się sytuacji zewnętrznej. A przecież może być tak, że to, co kiedyś było funkcjonalne, chroniące lub wzmacniające, już nie stanowi dobrego zasobu, tylko nas ogranicza.

Na przykład?

Mój syn wyłapał tego typu mechanizm w naszej rodzinie. Zwrócił mi kiedyś uwagę, że zapełnianie lodówki tylko po to, żeby nie była pusta, nie jest działaniem korzystnym dla naszego funkcjonowania, zarówno od strony ekonomicznej, jak i od strony zdrowotnej czy ekologicznej. Gdy żywności jest za dużo, zwykle po prostu się marnuje. Potrzeba zapełniania lodówki wynika z faktu, że w historii mojej rodziny było doświadczenie głodu. Zarówno moja babcia, jak i moja mama kiedy tylko się dało, gromadziły różnego rodzaju przetwory, żeby mieć je na czarną godzinę. Dopóki syn nie wyłapał mojego zachowania, nie podlegało ono żadnej weryfikacji. Teraz łatwiej mi je dostrzec i nad nim pracować.

Dzisiaj coraz więcej osób chce poddawać refleksji spadek międzypokoleniowy, zrozumieć, dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Uznaję to za bardzo pozytywne zjawisko, tym bardziej że Polacy są jednym z najbardziej zestresowanych narodów w Europie.

Jak pokazują badania psychologa Marcina Rzeszutka z UW, w naszym kraju odsetek osób z objawami zespołu stresu pourazowego wynosi aż 19%, podczas gdy w Europie średnio objawy te są zauważane u 5–10% populacji.

Zapewne wiąże się to z nieprzepracowaniem różnego rodzaju traumatycznych historii, które wydarzyły się w naszych rodzinach.

W ostatnich latach sporo mówi się właśnie o traumie międzypokoleniowej. Z jednej strony to pewnie dobrze, bo niewypowiedziane doświadczenia przestają być sferą tabu, ale z drugiej: czy nie ma Pani wrażenia, że zyskaliśmy wręcz przekonanie, że w każdej rodzinie zadomowiła się jakaś traumatyczna historia?

Zdarzenia traumatyczne zawsze oznaczają jakiś rodzaj cierpienia. Kiedy trwa ono przez dłuższy czas, mówimy o tzw. złożonej sytuacji traumatycznej. Często ludzie, którzy faktycznie przeżywali traumy, nie epatują za bardzo swoim bólem czy smutkiem. Taką postawę obserwujemy wśród pokoleń powojennych, które nie mówiły o swoich przeżyciach z czasów wojny. Dokonałabym zatem rozróżnienia między osobą, która nieustannie szuka przyczyn swojego cierpienia i przypisuje sobie najstraszniejsze doświadczenia, wszystko, co trudne nazywając traumą, a taką, która rzeczywiście była w sytuacji zagrożenia życia, porzucenia, niezaspokojenia podstawowych potrzeb.

Trzeba zaznaczyć, że każda rodzina ma też swoje mechanizmy radzenia sobie z cierpieniem.

Bywają rodziny, w których w trudnej sytuacji kluczowe było przetrwanie. Osoby dorastające w takim środowisku w dorosłym życiu mogą mieć różnego rodzaju problemy, np. zaburzenia depresyjne. Istnieją jednak też takie rodziny, w których nieustannie przyjmuje się rolę ofiary, co odbiera sprawczość i zwalnia z odpowiedzialności za swoje czyny i decyzje.

Czy tak jak wyróżniamy określone typy osobowości, możemy też wskazać pewne typy rodzin?

Raczej jestem przeciwna klasyfikacjom, które próbują zamknąć złożone historie i procesy w jeden schemat. Możemy natomiast powiedzieć, że rodziny różnią się od siebie m.in. tym, czy mają jasno określone granice, a tworzące ją osoby sztywno przypisane role: czy rodzice są w nich rodzicami, czy też może następuje odwrócenie ról i to dzieci przejmują funkcję rodziców; jak rozwiązują problemy i napięcia: czy dążą do eskalacji konfliktu czy też jego wyciszenia, czy szukają kozła ofiarnego; w jaki sposób okazują bądź tłumią emocje.

Każdą rodzinę można opisać przy pomocy procesów wewnętrznych, które w niej dominują. Te procesy w wielu rodzinach są podobne, natomiast mogą dawać odmienne skutki. Dobrze widać to na przykładzie rodzin alkoholowych, gdzie dziecko może odgrywać bardzo różne role: od bohatera, przez maskotkę, po ratownika.

Ciekawym wyznacznikiem tego, jak kształtują się relacje w rodzinie, wydają się jej granice. Kiedy się usztywniają, a kiedy uelastyczniają?

Dużo zależy od historii wcześniejszych pokoleń, od tego, w jaki sposób budowało się poczucie przynależności do rodziny. Bywa, że sztywne granice wyznaczają, z kim osoby z danej rodziny mogą wchodzić w związki, wskazują, że ktoś z majątkiem nie może się wiązać z biedną osobą. To myślenie nadal nie jest tak odległe, jak mogłoby się wydawać.

Rodziny o sztywnych granicach wyznaczają również historie kolejnych pokoleń. Określają, co wolno, czego nie wolno, co trzeba, a czego nie trzeba robić. Przekazuje się w nich np. przekonanie, że żeby coś osiągnąć, należy ciężko pracować. W uproszczeniu są to komunikaty typu: jak jesteś Kowalskim, to masz żyć i działać jak Kowalski. Taki przekaz sprawia, że ludzie mają w dorosłości problem z podjęciem autonomicznych decyzji. Nadal są rodziny, gdzie panuje – czasem nie w pełni wypowiedziana, ale odczuwalna – presja: masz zostać architektem, prawnikiem czy lekarzem.

Zdarza się, że mam w terapii ludzi, którzy wyznają: „Przez całe życie nie zastanawiałem się, dlaczego wykonuję swój zawód. Po prostu czułem, że taka rola jest mi przypisywana, że muszę się w nią wpasować”.

Największy kłopot pojawia się wówczas, gdy w dorosłym życiu ci ludzie doświadczają kryzysu, który wymusza na nich przedefiniowanie swojego miejsca w świecie. A oni tego nie potrafią, bo tkwią w przejętym schemacie.

Takie osoby często pochodzą z rodzin, w których wymaga się lojalności i panuje nakaz: przecież jesteś z naszej rodziny, jesteś nasz, więc nie wolno ci robić pewnych rzeczy, np. nie ma mowy, żebyś nie skończył studiów czy wziął rozwód. Niejednokrotnie są to jednostki tak szczelnie otoczone oczekiwaniami innych, że nie potrafią właściwie powiedzieć, czego potrzebują, co jest dla nich wartością, w jakim kierunku chciałyby pójść, jakie są ich potrzeby i pragnienia.

Bywa, że dziecko słyszy w domu sprzeczne komunikaty, np. jedno z rodziców opłakuje jego wyjście z domu, a drugie mówi, że to już dawno powinno się było wydarzyć. Jak to na nie wpływa?

Sprzeczne komunikaty kierują naszą energię na jakiś rodzaj konfliktowości, wahania, niemożności rozwiązania sytuacji. Być może przekaz matki jest podpowiedzią wynikającą z jej historii, a ojca z jego. W takich sytuacjach zwykle każdy z rodziców ma pozytywną intencję: chce albo zabezpieczyć dziecko, albo uzbroić je w siłę. Ważne, żeby obydwoje zauważyli, że istotne jest wspieranie zasobów dziecka, a niekoniecznie tworzenie dla niego konkretnej wizji przyszłości. To o tyle trudny moment, że gdy dziecko dorasta, rodzice uruchamiają strategie znane im z ich młodzieńczego wieku, w tym przypadku albo lęk, albo przyzwolenie: idź, próbuj, świat stoi przed tobą otworem. Warto się wówczas zatrzymać i zastanawiać, czy rozwiązania, które proponuję, rzeczywiście są życzliwą sugestią dla mojego dziecka, czy też kiedyś po prostu były dobre dla mnie i nadrabiam „psychologiczną zaległość” z własnej historii.

Czy zdarza się tak, że dzieci wychowywane w tej samej rodzinie wynoszą z niej odmienny przekaz? Jaką rolę odgrywa w tym kontekście kolejność przyjścia na świat?

Najstarsze dzieci najmocniej zderzają się z wyobrażeniami i oczekiwaniami rodziców. Na nich rodzice dopiero próbują swej rodzicielskości, a wobec młodszych łatwiej jest im odpuszczać w różnych kwestiach. Gdy na świat przychodzi drugie dziecko, rodzice nie są już tacy sami, mają zebrane pewne doświadczenia z rodzeństwem, widzą też, jak zmieniła się dynamika ich związku.

Może być tak, że najstarsze dziecko dostanie przekazy w stylu: wysilaj się, bądź doskonały, spełniaj oczekiwania, a młodsze otrzyma więcej przyzwolenia na bycie dzieckiem: próbowanie różnych rzeczy, śmianie się, odkrywanie.

A jak na losy rodzin wpływają takie wydarzenia jak poronienie albo śmierć dziecka? Czy bywa tak, że kolejne dziecko, które się rodzi, jest traktowane jako to zastępcze?

Wszystko zależy od tego, jak rodzina poradziła sobie ze stratą, czy się o tym mówiło, czy był czas, żeby nadać znaczenie temu doświadczeniu, aby je zintegrować między sobą i w sobie. Często, niestety, taka strata przynosi przedłużającą się depresję matki, a kolejne dziecko może żyć w emocjonalnym niedosycie, odbierać tę sytuację jako odrzucenie. To oczywiście wiąże się z pytaniem, co rodzina robi ze smutkiem, w jaki sposób trudne wydarzenie staje się obecne w jej historii. A z tym bywa różnie: są rodziny, gdzie takie sytuacje stanowią temat tabu i np. dopiero 60-letnia kobieta dowiaduje się, że przed nią była jeszcze zmarła przedwcześnie siostra, a są też takie, gdzie historia ciągle powraca we wspomnieniach, jest na stałe włączona w rodzinną opowieść.

Tak jak w niektórych rodzinach istnieją tematy tabu, tak w innych za wszelką cenę nie dopuszcza się do siebie smutku lub radości, gdzie jak mantrę powtarza się: „Nie ciesz się przedwcześnie” czy „Nie bądź takim pesymistą”.

Zakazy – podobnie jak nakazy i przyzwolenia – stanowią jeden z elementów przekazu skryptowego. Nakazy mówią, jaki mam być, jakie życie wieść, jak pracować, aby być kochanym, chcianym, widzianym; a przyzwolenia dotyczą m.in. tego, czy mogę próbować, czy mogę się mylić, stanowią bezwarunkowe potwierdzenie: „Niezależnie od tego, jak wybierzesz, jesteś okej”.

Zakazy często funkcjonują na poziomie niewerbalnym. Dotyczą zwykle tego, za co członek rodziny będzie w pewien sposób ukarany czy dostanie symboliczną wypłatę w postaci nieakceptacji, odrzucenia albo wykluczenia.

Bardzo często wiążą się one z funkcjonowaniem emocjonalnym, czyli z tym, jak wyrażać emocje, na które nie ma w danym domu miejsca. Są zatem rodziny, gdzie – tak jak Pani zauważyła – nie można wyrażać radości lub smutku. A przecież smutek jest naturalną reakcję na stratę – kogokolwiek czy czegokolwiek. Nieustannie tracimy: bliskich, nadzieję, siły, pozycję, pracę, młodość, potencjał, zdrowie… Są też takie rodziny, gdzie nie ma miejsca na złość, bo powtarza się komunikaty: „Nie ma powodów do złości”, „Złość piękności szkodzi”, „Dlaczego się tak denerwujesz?”.

W Czym to skutkuje? Jeśli pojawia się zakaz wyrażania danej emocji, często zostaje ona zastąpiona inną, np. zamiast się złościć, płaczemy, bo jest to jakaś forma ekspresji, lub zamiast ujawnić swoje lęki, dostajemy nerwowego ataku śmiechu, który może zostać odczytany jako radość. My w Polsce stosujemy dużo nakazów i zakazów, a rzadziej posługujemy się przyzwoleniami, na podstawie których mogą się budować skrypty dające więcej wolności oraz przestrzeni na kreatywność i twórczość.

Zakazy i nakazy prowadzą do wychowania w grzeczności, a – jak pisał Marshall B. Rosenberg, autor Porozumienia bez przemocy – „depresja to nagroda za grzeczność”.

Niewyrażane emocje mogą oczywiście skutkować problemami ze zdrowiem psychicznym. Potwierdzają to badania dotyczące zjawiska parentyfikacji, czyli tych sytuacji, gdy dziecko wciela się w rolę dorosłego, np. gdy umiera ojciec, syn staje się dla matki zastępczym partnerem, jej ratownikiem i powiernikiem. Gdy matka nie wychodzi z depresji po odejściu męża, jej syn rezygnuje z własnych potrzeb, by ją wspomagać, ale w jego późniejszym życiu nie znika podskórnie ukryte przeświadczenie: „Nigdy nie mogłem być dzieckiem, musiałem zbyt szybko dorosnąć. Przetrwaliśmy jako rodzina, lecz nie doświadczyłem prawdziwej opieki, bycia chronionym i ważnym. To ja musiałem obdarowywać uważnym spojrzeniem innych”.

Objawy depresyjne mogą mieć bardzo różne przyczyny i dynamiki. Niejednokrotnie są efektem strategii przystosowawczych w dzieciństwie, które odcinają, izolują własne pragnienia dziecka i nakierowują jego uwagę na sprawianie przyjemności dorosłym, niesienie im pomocy i ochrony, a nieotrzymywaniu od nich tego samego w zamian.

Często w pokoleniu naszych rodziców lub dziadków obserwujemy pewien chłód emocjonalny, postawę, która opiera się na przekazywaniu informacji, a nie uczuć. Wyrazem miłości staje się np. karmienie, a nie czułe gesty. Jaki przekaz to kształtuje?

Przede wszystkim powinniśmy zrozumieć, że kiedyś nie pisano, nie uczono o emocjach tak jak teraz. Emocjonalność stanowiła sferę bardzo intymną, czasami była uznawana za rodzaj słabości czy brak kontroli. Dodatkowo gdy ludzie w pokoleniach poprzednich doznawali silnych przeżyć, nie mieli narzędzi, by sobie z nimi poradzić, więc jedyne, co mogli zrobić, to się od nich odciąć. U osób będących w obozach czy tych, które miały bardzo ciężkie wojenne doświadczenia, nastąpiły procesy izolacji i dysocjacji. W związku z tym mogły być określane jako chłodne, nieprzytulające, niebędące blisko, ale zwykle to nie dlatego, że rzeczywiście nosiły ten chłód w środku, tylko dlatego, że tak chroniły same siebie czy partnera. Przestrzegam zatem przed jednoznaczną oceną pewnych zjawisk, bez wcześniejszego zrozumienia, jak mogły się one kształtować.

A co się stało z tymi niewypowiedzianymi emocjami?

Bardzo często emocje „zatrzymane” w jednym pokoleniu zostają „wypuszczone” (czasami ze znacznie większą siłą) w pokoleniach kolejnych. Tak działa w naszych rodzinach system dynamicznej równowagi. Młode osoby nie rozumieją niekiedy, skąd się bierze ich lękowa postawa. W gabinecie zadają pytania: „Skąd we mnie ten lęk? Przecież nie mam żadnych powodów, żeby aż tak się bać”. Bywa, że odpowiedź mogą znaleźć w rodzinnej historii, okazuje się, że ich rodzice i dziadkowie nieświadomie przekazali im pewne lękowe sposoby zachowań. W kolejnym pokoleniu mogą zostać one poddane refleksji i skorygowane.

Często w pokoleniu moich rówieśników: milenialsów, lub młodszym, wśród zetek, którzy doświadczają trudności w dorosłym życiu, pojawia się chęć, by – zwłaszcza w początkowych etapach terapii – winę za swoją obecną sytuację zrzucić np. na niedostępną emocjonalnie matkę czy pijącego ojca. Czy takie zachowanie nie jest zatrzymaniem się w pół kroku?

Bez wątpienia jest. Trzeba pamiętać, że w naszych historiach nie ma winnych. W rodzinach pewne rzeczy zawsze działy się z jakiegoś powodu i niektóre schematy zostały zachowane. To, że my żyjemy, oznacza, że rodzina przetrwała i na swój sposób poradziła sobie z trudnościami. Szukanie winnego oznacza przypisanie winy, oskarżenie.

A przecież nasi rodzice też mieli swoich rodziców i to, jak nas wychowywali, opierało się w dużej mierze na tym, co sami otrzymali, na jaki rodzaj wsparcia i opieki mogli liczyć. Zdarza się, że kiedy sami zostajemy rodzicami, uruchamia się w nas nieświadome pragnienie, które nie zostało zaspokojone we wcześniejszych pokoleniach.

Pojawiają się pretensje, czujemy żal. Żeby sobie z nimi poradzić, dobrze jest spróbować zobaczyć cały obraz, przeanalizować, jak to się stało, że mój rodzic był taki, a nie inny.

Czy to nie jest trochę usprawiedliwianie rodziców?

Nie chodzi o usprawiedliwianie ani wymazywanie czyichś błędów i złych decyzji, zachęcam do zamiany oceny na rozumienie. Nie mamy przecież uznać, że z chłodną matką czy z agresywnym ojcem nie było nam aż tak trudno, że nie doświadczaliśmy cierpienia. Systemów rodzinnych nie wyjaśnia prosta zależność przyczyna– skutek. Działają one na zasadzie wzajemnych sprzężeń zwrotnych, procesów, które wzajemnie na siebie zachodzą – coś wzmacniając albo coś zatrzymując. Nie jest dobrze rozumieć własną sytuację rodzinną poprzez przypisanie intencji lub pewnych stałych cech osobom z systemu. To zatrzymuje, klasyfikuje, szufladkuje. Tworzy ocenę. A my potrzebujemy rozumienia – siebie i innych. Uruchomienie takich procesów związane jest z refleksyjnym obszarem mózgu, a nie z emocjonalnym, jak ciągłe obwinianie. Dzięki temu możemy zaznać ukojenia. Poczuć ulgę i zobaczyć, że zawsze mamy przed sobą wybór.

Ostatnie lata to duża popularność terapii indywidualnej. Autorzy książki Rodzinna karuzela zauważają, że często jednostkowe spojrzenie może być niewystarczające, że pacjent zyskuje dzięki niemu wgląd w siebie, ale nadal trudno mu funkcjonować w systemie relacji. Brakuje całościowego, systemowego oglądu.

Dlatego ważne jest, aby również w terapii indywidualnej brać pod uwagę cały system, ciągle przywoływać go jako tło i kontekst do zrozumienia tego, co się dzieje w naszym życiu, jakie podejmujemy wybory.

Zawodowo zajmuję się m.in. prowadzeniem warsztatów, podczas których analizujemy skrypty międzypokoleniowe. Tego rodzaju praca podpowie np., że czyjeś zmęczenie, brak poczucia zadowolenia z życia, przekraczanie własnych możliwości fizycznych mogą być kontynuacją roli ofiary, w którą od pokoleń wchodzą kobiety w tej rodzinie. To zwalnia je z jakichkolwiek decyzji, powoduje, że ich narzekanie nadaje im moralnej wyższości i chroni przed złością ze strony innych.

Czasami uczestnicy warsztatów są zadziwieni, jaką siłę ma osoba w pozycji ofiary, jak bardzo „nie chce” zmienić swojej roli.

Dopiero rozszerzenie obrazu rodziny na cały system może pokazać, jak tę rolę przyjmowała babcia (ciągle smutna, ale też umęczona), jak kontynuowała ją matka, którą szybko po ślubie opuścił ojciec, bo wolał rozrywki. A ona nie ułożyła sobie życia na nowo, bo ciągle rozpamiętywała, jaki on był idealny i pewnie czegoś mu nie dała albo jak okrutnie ją traktował i przez to ona teraz nikomu nie ufa.

Co może dać wychwycenie tego wzorca?

Zobaczenie, że jestem osobą pasywną, poddającą się i nieszukającą lepszych rozwiązań. Narzekam, że jest mi źle, a nic nie zmieniam, bo żyję złością i bólem, które rozpamiętuję latami. Dostrzeżenie tego schematu w rodzinie pozwala dokonać weryfikacji. Znam osoby, które doznały dzięki temu poczucia mocy, zobaczyły, jak wiele energii wkładają w to, by tkwić w tej sytuacji, i przekierowały tę energię na to, by w końcu ruszyć z miejsca.

Opowieści rodzinne mogą więc być dobrą podpowiedzią dla naszych dalszych decyzji.

Uświadamiają, co było trudnością w pokoleniach wcześniejszych, pozwalają odrzucić obciążające mechanizmy, za którymi nie chcielibyśmy pójść.

Czy w odtwarzaniu historii rodzinnych pomocne mogą być genogramy, czyli graficzne schematy przekazów transgeneracyjnych w rodzinie, podobne do drzew genealogicznych?

Tak, wykorzystuję je zresztą w swojej pracy, równolegle z analizą skryptów międzypokoleniowych. Rozrysowanie genogramu pomaga dostrzec relacje, które zachodziły między członkami rodziny, uwypukla kluczowe wydarzenia kształtujące dynamikę danego systemu. W genogramie zaznacza się śmierci, samobójstwa, wypadki, wczesne utraty dziecka. Spojrzenie na schemat może stymulować pojawienie się pewnych emocji, ale też daje możliwość spojrzenia z dystansu, postawienie niezadanych dotąd pytań, zastanowienia się, co z tego obrazu możemy wziąć dla siebie. To bardzo dobra i sprawdzona metoda pracy nad sobą.

Może być pomocna dla osób, które wchodzą w związki i próbują uporządkować swoją przeszłość, dokonać refleksji nad dotychczasowym życiem. Amerykańsko-belgijska psychoterapeutka w jednym ze swoich wykładów mówiła: „Powiedz mi, jak byłeś(-łaś) kochany(-na), a powiem ci, jak kochasz”. Czy na to, w jaki sposób dobieramy sobie partnerów, mają wpływ doświadczenia wyniesione z domów rodzinnych?

Oczywiście, choć faktycznie w psychologii przez dość długi czas uważano, że na dziecko wpływa to, co dostaje od matki i od ojca, mniejsze znaczenie przypisywano natomiast relacji, jaka ma miejsce między rodzicami. W tej chwili wyraźnie podkreśla się, że szczególnie w okresie dorastania obserwacja związku naszych rodziców czy opiekunów jest kluczową podpowiedzią dotyczącą albo tego, co dalej robić, kiedy spotyka się miłość romantyczną, albo czego kategorycznie unikać. Dzieci uczą się, czym jest związek, na podstawie tego, jak realnie funkcjonują w nim ich rodzice, a nie dzięki temu, co im mówią o miłości. Rodzice są dla nich modelami, zachodzi tutaj proces uczenia przez modelowanie.

Coraz częściej przychodzą do mnie młode pary, które chcą zrobić analizę swoich rodzinnych skryptów, zrozumieć, jakie języki miłości są dla nich punktem odniesienia, czy w ich rodzinach miłość okazywano przez uczynki czy gesty, a może czułe słowa.

Przyjrzenie się przekazom pozwala im dostrzec, jak chcą tworzyć to swoje wspólne życie, żeby nie powtarzać schematów, które niekorzystnie działały w ich rodzinach pochodzenia.

Zachęca Pani często młodych ludzi, którzy myślą o sformalizowaniu związku, do odwiedzenia domów dziadków. W czym takie odwiedziny mogą pomóc?

Często jesteśmy w opozycji wobec naszych rodziców, staramy się nie być tacy jak oni. Tymczasem dziadkowie to skarbnica wzorców, które prawdopodobnie nieświadomie mogliśmy przejąć. Podczas takiej wizyty możemy poczuć klimat konkretnego domu, zaobserwować, jak dziadek odnosi się do babci, a babcia do dziadka, jak pierwszy raz przyjmuje się tam nową osobę. To spotkanie może dać duży wgląd w to, z czym nasza partnerka lub partner mają problemy, a co jest dla niej lub niego łatwe, bo zostało zakotwiczone w rodzinie. To jest lepsze niż czysto teoretyczne ustalanie, czy dla kogoś wartością jest np. rodzina i pielęgnowanie relacji.

 Amerykańscy badacze Marshall Duke i Robin Fivush z Emory University w latach 90. zaczęli przyglądać się systemom rodzinnym. Zadawali 20 pytań, które miały wskazywać na stopień znajomości rodzinnej historii. Okazało się, że im silniejsza była tzw. tożsamość międzypokoleniowa, tym mocniejsze było wśród badanych poczucie własnej wartości. Jak znajomość rodzinnej historii – nawet tej trudnej – może nas wzmacniać?

Wspiera nas, ponieważ daje poczucie przynależności, świadomość, że wiemy, jaka historia za nami stoi. Natomiast oczywiście nie jest to jedyny czynnik wpływający na nasze poczucie własnej wartości. Dla naszej tożsamości niezwykle istotna jest odpowiedź na pytanie: „Skąd przychodzę?”. Bez względu na to, czy będziemy się z nią identyfikować, czy nie, ważne jest, jakie nadamy jej znaczenie.

Dlatego w skryptach pokoleniowych chodzi nie tyle o odtworzenie prawdziwej historii, ile zrozumienie, jak ona żyje w danej osobie: co się opowiada w rodzinie, jakie barwy i odcienie nadaje się konkretnym wydarzeniom.

My, terapeuci, nie występujemy w roli sędziów, tylko raczej archeologów, którzy próbują razem z pacjentem złożyć obraz jego historii, lecz ostatecznie znaczenia są w osobie, która jest jej bohaterem.

Czy na co dzień również możemy budować nowe skrypty, czy są one raczej czymś, co dostrzegamy post factum?

Nieustannie budujemy swoją historię przez to, że jesteśmy uczestnikami naszych systemów rodzinnych i cały czas albo coś powtarzamy, albo jesteśmy w opozycji, albo tworzymy swoją autonomię. Znaczenie ma tutaj refleksyjność wobec codziennych zachowań. Możemy wybrać tak jak mama, możemy również wybrać podobnie jak babcia, ale możemy też iść swoją własną drogą. Chodzi o to, żeby nie odcinać możliwych rozwiązań, tylko nieustannie poszerzać perspektywę i sprawdzać, jak różne opcje działają w naszym życiu. Trzeba wsłuchiwać się w siebie i sprawdzać, czy decyzje, które podejmujemy, rzeczywiście są w zgodzie z nami, czy wynikają z tego, że słyszymy w sobie głosy i podpowiedzi innych. To jest również ciągły dialog: ze sobą, z partnerem, z przyjaciółką. A kluczowe jest w nim pamiętanie o tym, że mamy wpływ na to, co wybierzemy i jaki nadamy temu sens. Ważne jest widzieć w życiu różne opcje.

Artykuł pojawił się w numerze: Historie, z których się składasz