Subskrybuj
Załozyciele Hecy: Emilia, Maks, Paulina. fot. Rafał Mrozinski
Załozyciele Hecy: Emilia, Maks, Paulina. fot. Rafał Mrozinski
Dziennikarka, reporterka i ekspertka ds. komunikacji. Publikuje m.in. w „Krytyce Politycznej”, „Tygodniku Powszechnym” oraz Miesięczniku ZNAK

Zarabianie na zmianie

Kiedyś teściowa Pauliny zapytała, czym właściwie zajmujemy się w pracy. Gdy usłyszała odpowiedź, skwitowała: „A to heca!”. Oto jesteśmy.

Maksymilian Flemming, prezes spółdzielni socjalnej Heca z Tczewa: – Chcemy pomóc zbudować ludziom stabilne i sensowne życie, ich personę i ścieżkę kariery, a później wypuścić ich w świat.

Paulina Kremer, członkini zarządu Hecy: – Zarabianie pieniędzy przez organizację społeczną dla pewnej części społeczeństwa wciąż jest co najmniej niezrozumiałe, a może nawet podejrzane. Staramy się mówić otwarcie o tym, na czym zarabiamy i jak wydajemy te pieniądze, komunikować nasze działania społeczne na równi z biznesowymi.

Emilia Garska, socjolożka, artystka, menedżerka społeczna Hecy: – Obecnie mamy sześć linii biznesowych. Najstarszą są Tczewscy Kurierzy Rowerowi. Przez ponad sześć lat daliśmy w niej pracę kilkudziesięciu osobom zmagającym się z różnymi problemami: uzależnieniami, bezdomnością, niepełnosprawnością czy uchodźstwem.

Z trojgiem przyjaciół, założycielami Hecy, spotykam się w klubokawiarni Jasna w Tczewie – przestrzeni kulturalnej, którą stworzyli w ramach działania spółdzielni.

Wnętrze w niczym nie ustępuje modnym wielkomiejskim kawiarniom. Jest jasne, dobrze zaprojektowane, ma wysoki bar z krzesłami, nieduże kawiarniane stoliki, gdzieniegdzie kolorowe fotele, poduszki, tkaniny i kwiaty w doniczkach. Z sufitu zwisają oryginalne lampy. Na ścianie, tuż po prawej stronie od wejścia, wisi czarna rama a w niej „Zasady Jasnej”. Czytam: „Każdy, kto potrafi uszanować zasady Jasnej, jest tutaj mile widziany”. I dalej: „Dostępność kultury jest ważna, dlatego znakomita większość naszych wydarzeń jest bezpłatna. Nasz zespół jest różnorodny, łączymy ludzi w różnym wieku, różnej płci, różnego pochodzenia i orientacji. Taka jest heca z nami, że daje nam to radość i energię”. W kolejnych zdaniach założyciele informują, że w Jasnej nie ma akceptacji dla agresji słownej i fizycznej, i o tym, że menu oraz playlista są ustalane przez ekipę Jasnej i żeby zostawić je w spokoju. Jest też prośba o szacunek dla sąsiadów i ciszę przy wychodzeniu z wydarzeń kulturalnych, niewnoszenie własnych napojów i jedzenia, a także dbanie o ład i stan techniczny lokalu.

Zamawiam flat white z owsianym i po chwili kawę przynosi mi Michaił – Rosjanin, który do Polski przyjechał w 2018 r., a do Hecy trafił niespełna cztery lata później.

– Dzień po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie Michaił wraz z żoną Anastazją przyszli do Hecy i zapytali, co mogliby zrobić, żeby z tego miejsca pomóc Ukrainie. Tak ich poznaliśmy – wyjaśnia mi Maks. Spółdzielnia prowadziła wtedy punkt pomocy dla osób uciekających przed wojną zza wschodniej granicy: zbierała i rozdzielała odzież, jedzenie, organizowała noclegi oraz pomoc prawną dla Ukrainek i Ukraińców.

Anastazja: – Jesteśmy za Ukrainą i nie wyobrażamy sobie, że można inaczej. Z powodu wojennej sytuacji rozstaliśmy się z wieloma rosyjskimi znajomymi i przyjaciółmi, którzy popierali inwazję. To oni przestali się z nami kontaktować. Nie mam żalu, jeżeli bez nas czują się lepiej, to ich prawo. Każdy może wybrać. Chcielibyśmy zostać w Polsce na zawsze, ale teraz cały czas żyjemy w strachu przed deportacją. Słyszeliśmy o takich przypadkach. Głośno sprzeciwiamy się wojnie w Ukrainie, wysyłamy też pieniądze na pomoc ukraińskim schroniskom dla zwierząt. Ślady tego zostają na naszych kontach bankowych. Gdybyśmy przekroczyli rosyjską granicę, mogłoby być naprawdę źle.

Anastazja od 25. roku życia choruje na cukrzycę typu pierwszego i to również z tego powodu zdecydowała się sześć lat temu na emigrację do Polski: Tutaj warunki otrzymania leków są nieporównywalnie lepsze niż w Rosji. Tam nie ma dostępu do europejskiej insuliny, a o tę innego pochodzenia oraz o paski testowe jest bardzo trudno. Jeżeli gdzieś się je znajdzie, wszystko trzeba kupić za własne pieniądze.

– Kiedyś próbowałam leczyć się rosyjską albo hinduską insuliną, lecz nie działały, a nawet szkodziły. Dla mnie powrót do Rosji to śmierć. Gdy mieszkałam w kraju, nie korzystałam nawet z pompy insulinowej, bo kosztowała tyle, ile nigdy bym nie zarobiła. Byłam na penach, a to bardzo źle, pompa jest najlepszym rozwiązaniem dla cukrzyków i daje szansę na normal­ne życie. Gdy przyjechaliśmy do Polski, pieniądze na jej zakup pożyczyłam od przyjaciółki i oddawałam w ratach. Spłata zajęła mi tylko pół roku. W Polsce nawet jak zarabiasz minimalną krajową, to możesz sobie pozwolić na jej kupno. To był dla mnie bardzo ważny wskaźnik.

W Hecy Anastazja zajmuje się rozliczaniem faktur, dotacji i projektów. Pomaga też w obsłudze kasy pracownikom Korby, czyli linii biznesowej Spółdzielni, zajmującej się naprawą rowerów. Pracują tam głównie osoby uchodźcze, które w przeciwieństwie do niej nie po­­trafią mówić po polsku. Jest też dyspozytorką Tczewskich Kurierów Rowerowych (kolejnej linii bizneso­­wej Hecy), którzy przyjmują, a później dostarczają listy i paczki, np. od urzędu miasta czy MOPS-u. Przekazuje przesyłki do kurierów, ale tak, by cała logistyka była jak najbardziej efektywna i jeden kurier nie musiał dwa razy jeździć w to samo miejsce czy – przeciwnie – gonić z jednego krańca miasta na przeciwległy.

Czy ma dużo pracy? Przyznaje, że jest intensywnie, ale nie wyczerpująco.

Anastazja: – Gdy tuż po przyjeździe do Polski pracowałam w jednej z firm w Gniewie, wstawałam o godz. 4.00, by dojechać do zakładu na 6.30. Po powrocie do niczego się już nie nadawałam, padałam z nóg. I tak dzień za dniem. Moje zdrowie na tym ucierpiało. W Hecy jest inaczej. Dzisiaj będę pracować do godz. 18, a później mam czas na wszystko, czym chciałabym się zajmować w swoim życiu.

Anastazji zapalają się oczy. Opowiada, że od dziecka chciała być aktorką, a od kilku dni wreszcie udaje jej się to marzenie realizować – zapisała się do szkoły aktorskiej. Oprócz tego chodzi na taniec współczesny. Rozpoczęła też terapię psychologiczną, bo od lat zmaga się z syndromem DDA.

– Nie miałam dobrego życia. Relacje w rodzinie były trudne i myślę, że stres z tym związany stał się jedną z przyczyn mojej choroby. Mieszkałam z alkoholikiem. W naszej rodzinie to było tabu. Nie zgadzałam się z takim podejściem. To przecież choroba, a my nie wybieramy tego, w jakiej rodzinie się wychowaliśmy. Jedynym wyjściem z tej sytuacji była dla mnie ucieczka. Jeśli człowiek sam nie chce się leczyć, to nie da się za niego podjąć takiej decyzji ani go do tego przymusić.

Wśród pracownic i pracowników Hecy, których spotykam w klubokawiarni Jasna, Anastazja nie jest jedyną osobą z historią ucieczki. Poznaję jeszcze Olenę, Ukrainkę chorującą na stwardnienie rozsiane, i Fadhiego, 20-letniego Sudańczyka z Ombady. Trafił do Hecy z ośrodka dla cudzoziemców w Łukowie. Tam usłyszał o Paulinie Kremer, która poza zarządzaniem Hecą regularnie jeździ pomagać na granicę polsko-białoruską. Jej numer telefonu rozchodzi się pocztą pantoflową wśród osób potrzebujących pomocy.

Olena jest drobną kobietą, na jej twarzy widać zmęczenie, jednak oczy ma bardzo żywe i cały czas się uśmiecha. Rozumie większość moich pytań, ale odpowiada po ukraińsku i rosyjsku. W rozmowie pomaga nam jej przyjaciółka, także pracownica Spółdzielni. Przed wybuchem pełnoskalowej wojny Olena mieszkała w Połtawie z dwoma psami. Jej jedyny syn wraz z synową od kilku miesięcy byli już w Polsce. Na wspomnienie dnia ataku Rosji na Ukrainę przez jej twarz przebiega grymas niepokoju. Połtawa leży między Kijowem a Odessą, w tamtym czasie najbardziej bombardowanymi miastami. Do Oleny wracają tamte emocje.

Opowiada: – Gdy tylko wybuchła wojna, spakowałam się, zabrałam psy i przyjechałam do Tczewa, do syna. W Ukrainie nie miałam już nikogo. Pamiętam tamten chaos, na początku nie wiadomo było, jak to wszystko poukładać. Choruję na stwardnienie rozsiane, mój układ odpornościowy zjada sam siebie. Tracę koordynację wzrokowo-ruchową i czucie. Zdarza mi się nagle upaść, często mam nogi jak z waty.

Jej przyjaciółka tłumaczy mi, że po przyjeździe Oleny i jej dwóch psów na szybko trzeba było załatwić wszystkie potrzebne leki, by mogła normalnie funkcjonować i jak najszybciej znaleźć pracę.

Olena: – Żeby mieć pieniądze, trzeba pracować. Ale ja to uwielbiam. Chcę czuć się potrzebna i mieć sens w życiu. Praca pomaga mi też zachować sprawność. Przed wybuchem wojny pracowałam jako krawcowa. Szyłam codzienną odzież, zajmowałam się też przerabianiem futer. Miałam jednoosobową działalność gospodarczą. Później pracowałam jako sprzedawca w sklepie wielobranżowym. Po przyjeździe do Polski zaczęłam pracę na akord w firmie, która szyje odzież dla księży. Było bardzo szybko i stresująco. Przy mojej chorobie nie powinno się tak pracować. Spędziłam tam dwa lata jako krawcowa, a później jeszcze jako sprzątaczka. Przenieśli nas do większego lokalu, sama nie nadążałam go sprzątać. Szefostwo nikogo do pomocy nie dało. Wtedy znowu przyszłam do Hecy i powiedziałam, że szukam pracy.

Zaproponowano jej stanowisko pieszego kuriera doręczyciela w Tczewskich Kurierach Rowerowych. Z powodu choroby Olena nie powinna jeździć na rowerze. Kilka razy zdarzyło się, że upadła, na szczęście obyło się bez większych urazów. Dzięki pracy robi kilkanaście tysięcy kroków dziennie. Poza doręczaniem paczek Olena wciąż szyje. W klubokawiarni Jasna obicia kanap i poduszki są jej roboty. Wyszywa też ikony. Na ekranie telefonu pokazuje mi jedną z nich: Matka Boska w błękitnej szacie, z Dzieciątkiem na ręku. Zdjęcie jest zrobione z bliska, widać na nim każdą nitkę, która dopiero w połączeniu z innymi, precyzyjnie przeplecionymi, tworzy piękny, utkany żywymi kolorami obraz.

Gdy pytam Olenę, co najbardziej lubi w swojej pracy, uśmiecha się szeroko i wykrzykuje: – Ludzi. Oni tacy różni! Z jednym trzeba tak, z innym tak i to jest fascynujące.

Biznes nie jak zwykle

Działalność takich inicjatyw jak Heca reguluje w Polsce Ustawa z 27 kwietnia 2006 r. o spółdzielniach socjalnych. Według informacji o ich funkcjonowaniu za okres 2020–2021, zamieszczonej na stronie Departamentu Ekonomii Społecznej Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce na koniec 2021 r. liczba spółdzielni socjalnych zarejestrowanych w Krajowym Rejestrze Sądowym wynosiła 1503. Najwięcej było ich w województwach wielkopolskim, śląskim i mazowieckim, a najmniej w opolskim, świętokrzyskim i podlaskim.

Pracę znalazło tam łącznie ok. 10 tys. osób. Wśród nich zdecydowana większość to kobiety. Było ich ponad dwukrotnie więcej niż mężczyzn i stanowiły prawie 70% wszystkich pracujących.

Wspomniany dokument ministerstwa obok przytaczanych danych podkreśla długą historię spółdzielni: „Tradycja ruchu spółdzielczego jest w Polsce silnie zakorzeniona. Idea spółdzielczości opiera się na niezmien­­nych filarach, takich jak: zasada współ­­uczestniczenia członków w zarządzaniu wspólnym przedsięwzięciem, zasada solidarności społecznej oraz włączanie drobnych wytwórców w system gospodarczy”.

O to, czym właściwie są spółdzielnie socjalne, pytam Maksymiliana Flemminga.

– Najkrócej mówiąc, to podmioty ekonomii społecznej, które łączą w sobie cechy przedsiębiorstwa i organizacji pozarządowej – tłumaczy. – Wytwarzają produkty lub świadczą usługi na wolnym rynku i pod tym względem podlegają wszelkim jego rygorom. Muszą być konkurencyjne i zarabiać co najmniej tyle, by pokrywało to koszty produkcji. Równolegle realizują cele społeczne, takie jak przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu, np. osób z uzależnieniami czy niepełnosprawnością, ludzi bezdomnych czy uchodźców.

Maks, Paulina i Emilia poznali się ok. 10 lat temu w jednej z tczewskich fundacji. Prezes Hecy zaczynał od bycia animatorem w klubie młodzieżowym, który spełniał funkcję interwencji kryzysowej dla młodzieży z uzależnieniami albo w kryzysie bezdomności. Organizowali przeróżne warsztaty dla młodych, pomagające im wyjść z uzależnień, zbudować pewność siebie, przejść przez terapię, zapewnić pomoc w nauce. Nierzadko dawali im też schronienie po ucieczce z domu.

– To byli ludzie w wieku 18–19 lat, kończyli technikum czy liceum albo wychodzili z pieczy zastępczej i wtedy następowało tąpnięcie.

Wtedy jako organizacja zaczęli budować pierwsze partnerstwa, tworzyć miejsca pracy we współpracy z większymi podmiotami, np. tczewskim McDonaldem. Dzięki takiemu zatrudnieniu młodzi mogli stanąć na nogi i zacząć normalne życie. Wielu z nich nigdy wcześniej nie miało doświadczenia pracy. Nie tylko dlatego, że sami nie pracowali, ale przede wszystkim nie mogli nawet przyglądać się swoim bliskim w tej roli, bo ci tkwili w bezrobociu. Nie mieli więc skąd czerpać wzorców, obserwować rodziców, jak wcześnie ubierają się i przygotowują do pracy, a to wszystko rzutowało na późniejsze życie.

Paulina Kremer i Maksymilian Flemming podkreślają, że niektóre z tych partnerstw, jak współpraca z popularną siecią restauracji, były udane, a ich podopieczni zostali potraktowani godnie, pracodawca rozumiał ich ograniczenia, przy czym dostrzegał też lepsze strony i dzięki temu dużo się nauczyli. Jednak w wielu przypadkach młodzi wracali straumatyzowani – czuli się pomiatani, pracowali za najniższą stawkę lub, co gorsza, byli oszukiwani i wyzyskiwani przez pracodawców.

Wtedy poważniej zaczęli myśleć o tym, by samemu stać się takim pracodawcą, jakiego potrzebują ludzie z niepełnosprawnością, uzależnieniem czy z historią bezdomności i uchodźstwa. Mieli już doświadczenie „przywracania” do życia społecznego z fundacji. Zastanawiali się, rozpisywali, przegadywali, jakiego rodzaju miejsca pracy najbardziej sprawdzą się w poszczególnych trudnościach i jak przekuć to w biznes.

– Skonsultowaliśmy to z terapeutami, którzy powiedzieli, że np. osoby z uzależnieniem czy w kryzysie psychicznym potrzebują zwykle dużo ruchu na świeżym powietrzu i wysiłku fizycznego, które sprzyjają produkcji endorfin. Służą im też powtarzalne czynności o umiarkowanym stopniu trudności, bynajmniej niezupełnie łatwe, żeby szybko się nie znudzili – tłumaczy mi Paulina Kremer.

Tak powstał pomysł na historycznie pierwszą linię biznesową Spółdzielni Heca, czyli Tczewskich Kurierów Rowerowych. Na początku sami ustawiali pracownikom trasy przejazdów z listami do doręczenia i nie przywiązywali do tego większej wagi. Jednak z czasem zauważyli (i dowiedzieli się od psychoterapeutów), że trasa przejazdu kuriera jest kluczowa dla jego motywacji i wewnętrznego systemu gratyfikacji.

– Najważniejsze jest, by pierwszy przejazd kuriera w danym dniu miał najdalszy dystans, bo wtedy następuje wyrzut endorfin i satysfakcji, które później podtrzymuje krótszymi kursami, a one są już w kierunku naszej „bazy”, gdzie musi się rozliczyć po danym dniu – wyjaśnia Maks. – Na początku o tym nie myśleliśmy i bywało tak, że po ostatnim kursie kurier musiał jechać ponad pięć kilometrów tylko po to, by się odmeldować, a to nie było dla niego motywujące.

Wymyślili również wewnętrzny system gratyfikacji pożądanych zachowań.

Pracownicy zbierają pieczątki, a ich określoną liczbę mogą później wymienić np. na bilety do kina. System jest ustalany indywidualnie z każdą osobą, w zależności od jej osobowości i tego, co jest dla niej największym wyzwaniem. Może być np. tak: przyjdziesz na ósmą do pracy – pieczątka, dostarczysz wszystkie paczki danego dnia – pieczątka.

– Kurierzy wystartowali w 2017 r. Rzadko się tym chwalimy, ale to był pionierski pomysł. Niestety, kilka miesięcy później pojawiło się Glovo, firma z ogromnym kapitałem, która początkowo też dostarczała przesyłki czy zajmowała się załatwianiem spraw dla ludzi. To nas zjadło – przyznaje Emilia.

Maks: – Włożyliśmy w tę linię biznesową dużo czasu i serca, no i kapitał początkowy pozyskaliśmy. Za 8 tys. zł kupiliśmy pierwszy rower. Kolejne to był prezent od Hultaja, firmy z Wrocławia, która ręcznie wytwarza jednoślady. Po prostu do niej napisaliśmy z naszym pomysłem i opisem tego, jakie cele społeczne będziemy realizować. Podobnie było z kurierskimi plecakami, wspomógł nas Blachol, który ręcznie wytwarza plecaki i sprzedaje je już na całym świecie, nawet w Nowym Jorku.

Paulina: – Zależało nam również na tym, żeby te rzeczy, dobrej jakości i etycznie wykonane, pokazywały, że jak u nas pracujesz, to jesteś spoko ziomek. Zadziałało.

To, co zarobili w Kurierach, przez wiele miesięcy pokrywało jedynie bieżące koszty działalności.

Maks: – Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w przypadku przedsiębiorstw społecznych koszty działalności są wyższe niż w „normalnych” firmach. Oprócz tego, że płacimy pensję kurierom zatrudnionym na umowy o pracę, to płacimy jeszcze np. psychologowi, który pracuje z nimi i nami. Mamy też koszty, których nie widać: pracownik w kryzysie psychicznym ma większą absencję niż pracownik bez tego problemu. W czasie, gdy przebywa na zwolnieniu lekarskim, ktoś musi wykonać jego pracę, przesyłki muszą zostać doręczone. Obecnie w polskim prawie wciąż jest tak, że przez pierwsze 30 dni zwolnienia lekarskiego płaci pracodawca, a dopiero później ZUS. Na szczęście wkrótce ma się to zmienić.

Paulina: – Z powodu wyższych kosztów działalności staramy się konkurować nie ceną, lecz jakością i lokalnością, tym, że ludzie orientują się, iż jesteśmy stąd i robimy coś dla społeczności. Na fakturach piszemy, do czego konkretnie przyczyni się wpłata. Dzięki temu ludzie wiedzą, że to ma sens, i mają poczucie dołożenia swojej cegiełki do budowy lepszego świata.

Poza Tczewskimi Kurierami Rowerowymi i zakładem naprawy rowerów Korba Spółdzielnia zajmuje się też produkcją i sprzedażą rzemieślniczych lemoniad i lodów Jasna, prowadzeniem żłobka Bebabo, tworzeniem mebli do wnętrz i przestrzeni otwartych z wykorzystaniem materiałów pochodzących z upcyclingu – Patentu. Wkrótce linia biznesowa Kurierów wygaśnie, bo urzędy będą posługiwały się e-doręczeniem. Ale Maks, Emilia i Paulina mają już pomysł na kolejną społeczną linię biznesową: chcą otworzyć catering dla szpitali, który będą też mogły zamawiać szkoły i osoby prywatne. Zależy im, by jakość posiłków w szpitalach poprawiła się i żeby pacjenci mogli dokonywać wyboru dania. Wszystko już policzyli.

Paulina: – To wcale nie będzie droższe niż obecny dzienny koszt żywienia jednego pacjenta, który wynosi bodajże 18 zł. Za tyle można przygotować coś naprawdę ciekawego i przyzwoitego, trzeba tylko chcieć.

Heca dostała już na ten cel budynek szkoły w gminie Subkowy sąsiadującej z Tczewem. Za darmo. Teraz chce go dostosować do potrzeb tej działalności. Przy cateringu będą pracowały osoby z niepełnosprawnościami, głównie intelektualnymi.

Instrument wsparcia

Spółdzielnie socjalne realizują ważne cele społeczne i z tego powodu mogą liczyć na różne formy pomocy ze strony państwa, a także organów unijnych i funduszy międzynarodowych. Dokument Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wymienia wśród nich Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) na dofinansowanie związane z tworzeniem i utrzymaniem nowych miejsc pracy, środki z Funduszu Pracy, pomoc w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój oraz wsparcie z regionalnych programów operacyjnych.

Maks mówi, że jako spółdzielnia starają się poszukiwać również innych możliwości. Kilkanaście miesięcy temu otrzymali środki z NeSsT (Network of Social Support and Transformation) – organizacji non profit, która wspiera rozwój przedsiębiorczości społecznej w Polsce i innych krajach świata. Działanie Funduszu opiera się na przekonaniu, że organizacje społeczne mogą skutecznie rozwiązywać problemy społeczne, jeśli będą w stanie funkcjonować w sposób zrównoważony finansowo.

O wielkość i rodzaj udzielonej Hecy pomocy pytam Anetę Sokołowską, portfolio menedżerkę NESsT, która przez ostatnie 3 lata pracowała ze Spółdzielnią.

– Heca dołączyła do nas poprzez program akceleracyjny współtworzony wraz z IKEA Social Entrepreneurship. W jego ramach zapewnialiśmy wszystkim przedsiębiorstwom w Portfolio pomoc mentoringową w różnych formułach oraz finansową. Heca w pierwszym roku otrzymała bezzwrotny grant w wysokości 20 tys. dolarów oraz pożyczkę zwrotną 0% w wysokości 10 tys. dolarów. W trzecim roku bezzwrotny grant w wysokości 5 tys. dolarów oraz pożyczkę zwrotną 0% na tę samą kwotę. Poza tym zespół założycielski Hecy mógł liczyć na doradztwo merytoryczne i konsultacje w takich kwestiach jak planowanie strategiczne, opracowywanie zrównoważonego modelu biznesowego dla wszystkich linii biznesowych, sprawy operacyjne i zarządcze, zarządzanie zmianą struktury HR, kierowanie procesami, ustalanie, wdrażanie i monitoring celów społecznych, środowiskowych i biznesowych.

W ciągu całego dnia, który spędzam z twórcami Hecy, przez klubokawiarnię Jasna i pobliski zakład naprawy rowerów Korba przewijają się dziesiątki ludzi, często w towarzystwie zwierząt.

Panuje gwar, rozbrzmiewają różne języki – dominuje angielski i polski, lecz słychać też ukraiński czy arabski. Do Maksa, Pauliny i Emilii ciągle ktoś podchodzi, czegoś chce. Odrywają się od jednej rozmowy, by przejść do kolejnej, sprawdzić coś w komputerze, udzielić pracownikom z innych krajów odpowiedzi na pytanie lub pomóc w rozwikłaniu jakichś formalności. Pytam Paulinę, czy nie jest zmęczona takim trybem.

– Oczywiście, że czuję się przeciążona tym, iż właściwie cały czas jestem w pracy albo na granicy. Ale wyobraź sobie, jak się czują osoby, które są w lesie, głodne, spragnione, bez dachu nad głową. Dużo gorzej ode mnie. Ja mogę chociaż pójść do sklepu kupić jedzenie i położyć się w swoim łóżku. A oni? Czuję, jak dużo mam, i dzięki temu to zmęczenie nie jest dominujące czy nasączone goryczą. Pieniądze nigdy nie były dla mnie motywatorem, za to poczucie wpływu na lepszy świat dla moich dzieci, sąsiadów i dla mnie – od zawsze.

Emilia: – Przez wszystkie lata wspólnej działalności nigdy nie mieliśmy większego konfliktu czy problemów z podejmowaniem decyzji. Dzielimy się odpowiedzialnościami i nie zaglądamy sobie do garnków.

Maks: – Nie zawsze jest różowo, ale sprawdziliśmy w boju to, że mamy wspólne wartości i wizje rozwoju. Kilka lat temu razem uznaliśmy, że kreowanie zmiany społecznej przez budowanie dobrych miejsc pracy jest tym, co czujemy i czego chcemy. Na razie nie mamy dość.

Artykuł pojawił się w numerze: Zróbmy sobie dziecko