Subskrybuj
Jerzy Trela i Jerzy Stuhr w inscenizacji Dziadów w reżyserii Konrada Swinarskiego w Teatrze Starym im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie fot. Jerzy Ochoński / PAP
Dr historii, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, specjalizuje się w dziejach Europy Środkowej w XX w.

Nisza dla geniusza

Zachwycał krakusów, olśniewał warszawiaków. Zadawał szyku w teatrach niemieckich, szwajcarskich i włoskich. Był kometą, która wdarła się na nieboskłon polskiej kultury, a następnie zbyt szybko z niego zniknęła. Od śmierci Konrada Swinarskiego mija w tym roku 50 lat.

O jego przedstawieniach do dziś krążą legendy. Sam najpierw o Swinarskim czytałem, a potem z pewnym powątpiewaniem słuchałem nostalgicznych opowieści tych, którzy na własne oczy widzieli jego największe osiągnięcia. Podobno w I poł. lat 70. pod Wawelem nie było fenomenu, który mógłby się z nim równać. Podobno jego Dziady w cuglach zwyciężyłyby w każdym konkursie na najważniejszy polski spektakl okresu 1945–1989. Trudno jednak zwalczyć wątpliwości. Dzieło Swinarskiego było kruche. Ile trwa spektakl? Tyle, ile gra aktorów na scenie, może tyle, ile dyskusja o nim, najwyżej tyle, ile pamięć o artystycznym wydarzeniu. A jednak reżyser i jego dzieło, odmalowane błyskotliwie przez Beatę Guczalską, sprawiają wrażenie czegoś znacznie trwalszego. I to pomimo tego, że Swinarski był postacią osobną i pełną paradoksów. A może właśnie dlatego.

Pochodził z rodziny polsko-niemieckiej. Był synem polskiego oficera, naznaczyła go trauma II wojny światowej, ciążące przez lata wspomnienie o volksliście podpisanej przez matkę. Próbował od tego uciec i temu zaprzeczać – co ani się nie udało, ani nie przyniosło ukojenia. Zarazem biegła znajomość niemieckiej kultury otworzyła mu drogę do wyjątkowej kariery. Zdążył Swinarski zobaczyć na własne oczy Berliner Ensemble – i zachwycić się! – gdy ten przyjechał do Polski. Niedługo potem sam współreżyserował Brechtowską sztukę, by już po chwili znaleźć się nad Szprewą w gronie asystentów samego Brechta. Berlińskich współpracowników z tego okresu zaskakiwał świetną znajomością miasta i idiomatycznym językiem Goethego. Nikt z nich nie wiedział, że niemiecka stolica to także miejsce, gdzie Swinarski zażywał życia rodzinnego – z ciotkami, wujami, kuzynostwem. To tylko jedna z licznych odsłon „ukrytej biografii” giganta naszego teatru.

Teatr tworzony w dialogu

Podróż do Berlina jesienią 1955 r. przyniosła mu pierwszy w życiu lot samolotem, a kolejne 20 lat aktywnego życia zawodowego – setki kolejnych podróży. Do pewnego stopnia Swinarski przypominał Iwaszkiewicza. Ten drugi, nic nie robiąc sobie z kryzysów politycznych w kraju, potrafił wyjechać, choćby do Włoch, by kontemplować sztukę i pracować nad kolejnymi utworami. Tętno pracy teatralnej Swinarskiego też było jakby niezależnie od tego, co działo się nad Wisłą. Gdy jesienią 1956 r. cały kraj pogrążony był w gorączce politycznych dyskusji – w Krakowie jednym z głośniejszych ich uczestników był przecież młody Grotowski! – Swinarski koncentrował się na pracy. Czy to li tylko eskapizm? A może raczej świadoma, konsekwentna droga, do wyboru której twórca ma prawo? Charakterystyczne, że brak zaangażowania Iwaszkiewicza w polityczne przełomy poczytywano mu za tchórzostwo. Grotowskiemu przez lata wytykano, że swoich aktorów cynicznie zapisywał do PZPR. A tymczasem obaj, koncentrując się na twórczości, zyskiwali własną niszę wolności twórczej. To samo było też udziałem Swinarskiego.

Ukształtowała go idea działania kolektywnego, jaką poznał u Brechta. Ci, którzy z nim pracowali, którzy mieli okazję z nim obcować, wiele mówią o czarze Swinarskiego. Potrafił być delikatny, czuły. Uwodził. Zarazem jednak towarzyszył temu partnerski stosunek do aktorów, skutkujący czymś więcej niż tylko akceptacją reżysera i jego wizji. Różne prawdy i różne punkty widzenia – na to zawsze było miejsce w jego teatrze.

Teatrze tworzonym w dialogu, a jednocześnie nieustannie poszukującym, unikającym łatwych odpowiedzi, taniego dydaktyzmu, moralizowania, kreowania przemiany społecznej na siłę. Był to teatr powściągliwie udzielający odpowiedzi, konsekwentnie zaś mnożący pytania.

Dlaczego tak? Czy był w tym sprzeciw wobec komunistycznej indoktrynacji, którą widział na studiach, i głęboki dystans w stosunku do modelu „przekształcania rzeczywistości” prezentowanego przez stalinowskich arywistów ze Związku Młodzieży Polskiej? Historyk odpowie, że zapewne tak. Warto na to spojrzeć jednak w szerszej perspektywie. Swinarski jest bowiem w takiej zdystansowanej postawie aktualny do dziś. Nietrudno mi wyobrazić sobie dystans, jaki mógłby mieć wobec współczesnego teatru zaangażowanego, w dosłowności przesadnego, a w wyrazistości polemicznej ocierającego się o groteskę. Brechtowski dydaktyzm, ani na dobrą sprawę żaden dydaktyzm, u Swinarskiego nie miał miejsca. Była natomiast nieposkromiona twórczość.

Gdy spojrzeć na listę zrealizowanych przez niego spektakli, wprost trudno uwierzyć, że wszystko to może być dziełem jednego reżysera. Teatry warszawskie: Narodowy, Dramatyczny, Współczesny, Ateneum, gdański Teatr Wybrzeże, a wreszcie – krakowski Stary Teatr. Do tego intensywna współpraca z telewizją. Zarazem był Swinarski gwiazdą nie tylko teatru polskiego, ale gwiazdą na skalę międzynarodową. Mając 35 lat, wyreżyserował swoje chyba najgłośniejsze spektakle niemieckie: Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata według Weissa oraz Pluskwęwedług Majakowskiego. Był rok 1964. Nagradzany i chwalony reżyser nie udźwignął jednak ciężaru sukcesu. Czy mógł pójść za ciosem? Owszem, posypały się propozycje z całego świata. Teatr, film, telewizja – to stało przed nim otworem. Ale to było zbyt wiele. Wycofał się, uciekł, nie potrafił przeżyć własnego sukcesu. Próbował potem powrócić. Lecz kapryśna muza nie dała już drugiej szansy na wielki sukces za…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dotknij mnie