Okłamujemy się w kwestii rozwoju technologii komunikacyjnych już od kilku stuleci. Wierzyliśmy, że telegraf, telefon, a potem internet odmienią ludzkość, usuną wojny i konflikty z naszego życia. Dlaczego popełniamy ciągle ten sam błąd?
Jest kilka aspektów. Jeden z nich to nasza arogancja czy pycha. Wierzymy, że skoro zaawansowana komunikacja wydaje się czymś, co odróżnia nas od innych zwierząt, jest to wyjątkowo ludzka zdolność. A skoro nas wyróżnia, to musi być dobra. I jeśli będziemy jej mieć więcej i więcej, będzie coraz lepiej – mimo że, jak staram się pokazać w książce Superbloom: How Technologies of Connection Tear Us Apart (Superrozkwit. Jak dzielą nas technologie łączności), dowody z całej historii wskazują na dokładnie przeciwne zjawisko. Słynny wynalazca Nikola Tesla, mówiąc o planach stworzenia „bezprzewodowego telegrafu”, stwierdził, że dzięki niemu „znikną wojny”; jego rywal, Marconi, deklarował, że radio „uczyni wojnę niemożliwą”. Te słowa padły niedługo przed wybuchem I wojny światowej, wówczas najkrwawszej w dziejach, w której nowe środki łączności odegrały istotną rolę. Komunikacja, choć nie chcemy tego przyznać, często wydobywa z nas to, co najgorsze, a nie to, co najlepsze.
W pewnym sensie oszukujemy się, by chronić się przed rzeczywistością własnych wad i niedoskonałości.
Poza tym istnieje też pozornie racjonalny argument: wiemy, że w wielu przypadkach komunikacja jest dobra. Tak się uczymy, budujemy relacje, zakochujemy się.
Widząc to wielokrotnie w różnych aspektach ludzkiego życia, zakładamy, że skoro pewna ilość komunikacji jest dobra, to więcej komunikacji musi być jeszcze lepsze. To założenie leży u podstaw całej koncepcji rynku idei – przekonania, że jeśli tylko wprowadzimy do obiegu jak najwięcej idei, najlepsze z nich wypłyną na wierzch. To nieprawda, ale można zrozumieć przekonanie, że jeśli coś wydaje się dobre w umiarkowanych ilościach, to w większych będzie jeszcze lepsze – choć historia wielokrotnie pokazuje, że to pomyłka.
Warto odnotować to, o czym mówią prymatolodzy – od innych naczelnych odróżnia nas nie tylko złożona komunikacja, lecz to, że praktykujemy ją kolektywnie. Coś może działać w małych grupach do 150 osób (zgodnie ze znaną hipotezą o tzw. liczbie Dunbara), ale dodanie technologii i połączenie całego świata zmienia wszystko, prawda?
Absolutnie tak. Jest to kolejny przykład naszej arogancji – wierzymy, że możemy dostosować nasz umysł i nasze społeczeństwa do wszystkiego, co nas spotyka. Wierzymy, że skoro potrafimy zorganizować małą społeczność lokalną, aby czynić dobro, to możemy zorganizować cały świat w ten sam sposób.
A przecież, jeśli pomyślimy o gatunku ludzkim, ewoluowaliśmy, by komunikować się w konkretnym miejscu i czasie, z innymi ludźmi fizycznie obecnymi obok nas.
Nie ma szczególnego powodu, by zakładać, że ta umiejętność ewolucyjna, absolutnie niezbędna do budowania cywilizacji, będzie taka sama, gdy porozumiewamy się z ludźmi, których fizycznie obok nas nie ma, istniejącymi tylko jako obrazy lub słowa na ekranie.
Potentaci technologiczni lubią mówić, że ludzkie społeczeństwa i wspólnoty będą się skalować tak jak sieci komputerowe. To błędne przekonanie – nasza psychika nie jest dobrze przystosowana do rozmawiania ze wszystkimi przez cały czas.
Dziś coraz częściej nasze doświadczenia są zapośredniczone przez ekrany. Urządzenia mobilne stają się problematyczną barierą między ludźmi, zwłaszcza młodymi, a rzeczywistością. Jak moglibyśmy rozwiązać ten problem?
Poza wszystkimi szczegółowymi problemami z polaryzacją polityczną, mową nienawiści i wrogością przepływającą przez nasze ekrany nadrzędną, najpoważniejszą kwestią jest to, że coraz bardziej komfortowy jest dla nas sam fakt doświadczania świata i życia przez ekrany – doświadczania zapośredniczonego zamiast bezpośredniego.
Było wielu prognostów, jak Jean Baudrillard, którzy twierdzili, że gdy adaptujemy się do świata wirtualnego, spędzając coraz więcej czasu przed ekranami, to staje się on dla nas bardziej realny niż fizyczny świat. Ale większości z nas trudno się przyznać, że takie życie już prowadzimy i że jest ono bardzo wygodne.
W ostatnim czasie dzięki pracom Jonathana Haidta i Jean Twenge o doświadczeniach nastolatków żyjących w dużej mierze online zaczynamy dostrzegać wiele problemów, nie tylko związanych z psychiką młodych ludzi.
W wielu częściach świata mówi się, że musimy ograniczyć nastolatkom dostęp do tych technologii, ponieważ wypaczają one ich poczucie rzeczywistości.
Nie sądzę, byśmy już kolektywnie zauważyli, że te obawy dotyczą także dorosłych. Mam nadzieję, że to nastąpi. Niepokoi mnie, że za łatwo adaptujemy się do spędzania życia przed ekranem smartfona, że tworzymy tam iluzję ciągłego życia towarzyskiego, że zbyt łatwo wybieramy hiperrzeczywistość zamiast rzeczywistości.
Czy ta zapośredniczona komunikacja zmienia nasze rozumienie, czym w ogóle jest porozumiewanie się ludzi ze sobą? George Bernard Shaw powiedział kiedyś: „Największym problemem komunikacji jest iluzja, że do niej doszło”. Często, gdy technika pośredniczy, przekaz nie dociera zgodnie z naszymi intencjami.
Shaw ma absolutną rację. Widzimy to nawet podczas rozmowy twarzą w twarz, w tym samym pomieszczeniu, w tym samym czasie – często mylnie zakładamy, że ktoś w pełni odbiera to, co chcemy mu przekazać. Mówimy coś, a dopiero potem uświadamiamy sobie, że druga osoba mogła to źle zrozumieć. Żartujemy, a żart jest traktowany serio.
Oznacza to, że nawet gdy jesteśmy obok siebie i możemy czytać z wyrazu twarzy, mowy ciała, patrzeć sobie w oczy – komunikacja jest obarczona ryzykiem błędnej interpretacji.
Kiedy jednak przenosimy komunikację na ekran, nie mamy już nawet fizycznych wskazówek, gestów, mowy ciała, które poza słowami są niezwykle istotne w procesie interpretowania tego, co ludzie myślą i czują. Zatem ryzyko niezrozumienia staje się znacznie większe.
A jednak, ponieważ technika zachęca nas do coraz częstszej komunikacji, wymieniamy coraz więcej wiadomości online – szybko, chaotycznie i mało rozważnie. Nie wyrażamy się tak jasno przez urządzenia techniczne, a jednocześnie nie dajemy ludziom wskazówek, których potrzebują, by nas właściwie zinterpretować.
Może warto rozróżnić między prawdziwym komunikowaniem się a udostępnianiem treści? To drugie robimy przez tę czy inną technologię, a pierwsze wymagałoby fizycznej obecności i odbierania wszystkich sygnałów związanych z głębszym znaczeniem.
Tak, myślę, że ma Pan rację. Nie sugeruję jednak, że zapośredniczona komunikacja jest nieuchronnie zła. Od czasów telegrafu i telefonu używaliśmy mediów jako uzupełnienia komunikacji osobistej. Problem pojawia się, gdy mamy system technologiczny, w którym możliwościom komunikacji nie ma końca.
Kiedyś, zanim pojawił się internet, były momenty, gdy po prostu byliśmy sami. Okazuje się to bardzo ważne – ten czas, gdy można pomyśleć o swoich relacjach z innymi ludźmi, podążać za własnym tokiem myślenia, nadać sens swojemu społecznemu „ja”. Kiedy istnieje stała komunikacja, do której jesteśmy przyciągani (bo jesteśmy istotami społecznymi i chcemy wiedzieć, co inni mówią), to możliwości błędnej interpretacji i gorszego wyrażania siebie po prostu potężnie się mnożą.
Dotyczy to też zjawiska, które nazywa Pan związanym z mediami społecznościowymi „kolapsem treści” (ang. content collapse), czyli utratą przez informacje swojej specyfiki i znalezieniem się ich w jednej kategorii nazywanej po prostu „treściami”, których rozprzestrzenianiem się dyrygują algorytmy. Co więcej, sami również zaczynamy traktować siebie jak treści. Susan Blackmore pisała w Maszynie memowej o „selfpleksie” – funkcjonalnym zgrupowaniu ściśle powiązanych ze sobą informacji, które składają się na nasze „ja”.
Spójrzmy na to w kategoriach autodefinicji. Z wielu badań i dyskusji w obszarze psychologii społecznej w ciągu ostatniego stulecia wyłania się wniosek, że nasze poczucie własnego „ja” nie ma źródła wyłącznie w nas samych. Nieustannie próbujemy odszyfrować, jak inni ludzie na nas reagują, a następnie kształtujemy siebie, aby wpływać na te reakcje.
Owo nieprzerwane czytanie w cudzych myślach jest niezwykle ważne dla przekształcenia nas z egoistów w ludzi, którzy dobrze funkcjonują w społeczeństwie. Dzieje się to poprzez zrozumienie, jak się prezentujemy, a jednocześnie poprzez interpretowanie zachowań innych osób.
Nasza osobowość się pogłębia, gdy przechodzimy od grupy do grupy w czasie i w przestrzeni i gdy mamy możliwość odczytywania fizycznych sygnałów, gestów. To zawsze było niezwykle istotne dla rozwoju poczucia własnego „ja”.
Kiedy komunikujemy się ze wszystkimi naraz, kiedy nie ma żadnych granic społeczno-czasowych między wydarzeniami towarzyskimi, to wiemy, że nie możemy już odczytywać fizycznych sygnałów, które wykraczają poza słowa. Jednocześnie, wciąż chcemy odczytywać, jak inni nas oceniają, ale możemy to zrobić tylko poprzez sprawdzanie, ile polubień dostał nasz post, ilu mamy obserwujących lub znajomych, jakich emotikonów czy ilu wykrzykników ludzie używają, gdy do nas piszą.
Stale więc odczytujemy wszystkie te małe, pozbawione niuansów, symboliczne znaki, próbując dowiedzieć się, czy jesteśmy dobrze odbierani. Stajemy się trochę jak firmy (zwłaszcza firmy medialne), które w ten sposób określają, jak radzą sobie ich produkty. Zachęca się nas do myślenia o sobie jako o treści, którą nadajemy przez media społecznościowe do dużej publiczności, a następnie dokonywania autooceny poprzez liczbę polubień i inne ilościowe miary.
Ostatecznie znacznie spłyca i wypłaszcza to naszą osobowość oraz poczucie własnego „ja”, ponieważ stajemy się programistami siebie, nadawcami siebie, zamiast przechodzić przez złożone procesy adaptacji i interakcji w ramach różnych sytuacji społecznych.
Wiąże się to także z rolą empatii. Dziś jeden z najbogatszych ludzi świata, Elon Musk, twierdzi, że empatia jest problemem naszej cywilizacji. I wcale nie ma na myśli tego, że jest jej za mało.
Gdy tacy potentaci technologiczni jak Zuckerberg czy Musk zaczynają mówić, że empatia jest problemem, ujawniają coś o sobie samych. Pokazują, że nie są szczególnie dobrze społecznie dostrojonymi ludźmi i że pewnie nigdy nimi nie byli.
Można więc zrozumieć, dlaczego ktoś, komu brakuje empatii, mówi: „To nie jest moja słabość. To właściwie siła. Musimy wyjść poza empatię”. W pewnym sensie te komentarze są po prostu odbiciem psychologii części (już nie takich) młodych mężczyzn, którym daliśmy ogromną władzę nad społeczeństwem, mimo że brakuje im niektórych z fundamentalnych umiejętności społecznych, jak właśnie zdolność do empatii.
Jednocześnie, co podkreśla Pan w swojej książce, empatii, podobnie jak komunikacji, nie da się technologicznie skalować.
Gdy dostosowujemy się do techniki, mamy tendencję do rekonfigurowania siebie, aby odzwierciedlać to, co technika uważa za ważne, i umniejszać inne umiejętności. W mojej książce Płytki umysł 15 lat temu opisałem, jak ten proces przebiega na poziomie intelektualnym – że jeśli jesteśmy ciągle rozpraszani przez technologie i tracimy zdolność do głębokiego, kontemplatywnego, refleksyjnego myślenia, to ludzie zaczynają twierdzić, że takie rozumowanie nie jest właściwie ważne. Tak naprawdę stoi ono na drodze do szybkiego przetwarzania wielu informacji. W rezultacie przedefiniowujemy, co jest dobre w naszym myśleniu, i pozbywamy się zdolności, które są poza zasięgiem techniki, a zatem zdolności głębokiego czytania, skupionej uwagi. Mimo to sugerujemy, że sposób, w jaki technika zmienia nasz umysł, by był rozproszony i ciągle zbierający małe kawałki informacji, jest dla nas dobry.
Z empatią dzieje się teraz coś bardzo podobnego. Media nie są szczególnie skuteczne w generowaniu współczucia – to bardzo złożona emocja, powstająca powoli w naszym umyśle, wymagająca odczytywania wielu fizycznych sygnałów od innych ludzi.
A ponieważ technika nie radzi sobie z promowaniem tego rodzaju emocji, mówimy, że nie są ważne. Ponownie jako największą wartość przyjmujemy szybką wymianą wiadomości z wieloma ludźmi, nadążanie za przepływem informacji.
Technika nie tylko zmienia sposób, w jaki myślimy i w jaki się socjalizujemy – zmienia także sposób, w jaki myślimy o myśleniu, oraz sposób, w jaki myślimy o socjalizacji. Jak powiedziałem, rekonfigurujemy siebie, żeby lepiej pasować do techniki. Właśnie to dzieje się teraz z empatią.
Wspomina Pan w książce, że jeden z twórców Facebooka, Sean Parker, wprost przyznał, iż Facebook świadomie wykorzystywał słabości ludzkiej psychologii, aby użytkownicy platformy spędzali na niej więcej czasu. Największe firmy technologiczne mają dziś najobszerniejszą wiedzę o naszych umysłach i o relacjach, w jakie wchodzimy. Ograniczają jednak dostęp do niej naukowcom. A przecież monitorowanie takiego sztucznego środowiska wymiany informacji pozwoliłoby nam chyba lepiej zrozumieć naturę komunikacji, a przez to – siebie nawzajem.
Firmy takie jak Meta czy Google mają wielu naukowców behawioralnych w swoich zespołach. Stworzyły one maszyny, które są bardzo dobre w odcyfrowywaniu psychiki jednostek i dostarczaniu tym jednostkom tego, co wzbudza ich zainteresowanie i w rezultacie przyciąga ich uwagę.
Słusznie krytykuje Pan fakt, że te firmy zaczęły zachowywać się coraz bardziej nerwowo w kwestiach PR-owych i wstrzymały dostęp do danych, którymi zwykły dzielić się z psychologami społecznymi i z innymi naukowcami. Niestety, nie wydaje się prawdopodobne, że ten dostęp odzyskamy. W interesie Mety czy Google’a nie leży zachęcanie ludzi do większej świadomości swoich mocnych i słabych stron, lecz utrzymywanie ich przed ekranem. To smutna ironia, ale zgromadziliśmy ogromną ilość informacji o tym, jak działają umysły ludzi, i wykorzystujemy je do dalszego ich hipnotyzowania przez korporacje.
Czy moglibyśmy wykorzystać ten sztuczny świat na korzyść świata prawdziwego? Jeśli lepiej zrozumielibyśmy, jak ludzie działają i jak skutecznie na nich wpływać, to moglibyśmy próbować tworzyć narzędzia wspierające działania prospołeczne, demokrację, głębokie myślenie – zamiast coraz bardziej przekształcać ludzi w produkty.
Nie jestem pewny, czy to prawda. Myślę, że to założenie zawiera ten sam błąd skalowania, o którym mówiłem: „Och, gdybyśmy mogli wdrożyć nasze głębokie zrozumienie świata poprzez systemy technologiczne, które zachęcałyby do określonego typu dobrego zachowania zamiast złego zachowania, to żylibyśmy w lepszym społeczeństwie”.
Moje stanowisko jest takie, że to niebezpieczna myśl, ponieważ zakłada, że jesteśmy podatni – w niemal matematycznie wyliczalny sposób – na manipulację przez technologię. I że może to się dziać w dobrym lub w złym celu. Podejrzewam jednak, że to po prostu nie działa. Że w istocie sprowadza się to do faktu, że ewoluowaliśmy, aby być aktywnymi w skali lokalnej, gdzie jesteśmy w konkretnych przestrzeni i czasie, rozmawiając z konkretnymi ludźmi.
Próba manipulowania nami, żebyśmy byli lepszymi istotami ludzkimi poprzez scentralizowany system dystrybucji informacji, może okazać się sprzecznością samą w sobie.
Ja również wierzę w małe społeczności, ludzi spotykających się regularnie i rozmawiających twarzą w twarz. Jak dotąd próbowaliśmy jednak tylko antyspołecznego podejścia, polaryzacji i maksymalizacji czasu spędzanego przed ekranem. I to w pewnym sensie zadziałało, wspaniale się skalowało. Sprawiło, że społeczeństwo stało się gorsze. Może jednak to pozytywne podejście miałoby szansę?
Podam przykład z książki. Jest tam długa sekcja o polityce i o idei, że technika będzie siłą demokratyzującą. Pomysł był taki, że będziemy mieli cyfrową agorę, która byłaby znacznie bardziej otwartym forum dyskusji niż fizyczny plac publiczny. O wiele więcej ludzi byłoby zaangażowanych, wiele więcej głosów słyszalnych, i moglibyśmy użyć wszystkich tych mechanizmów opartych na oprogramowaniu, aby upewnić się, że cyfrowe forum działa w najlepszym interesie społeczeństwa.
Mielibyśmy systemy rankingowe, gdzie ludzie głosowaliby na prawdziwość lub ważność konkretnej wiadomości, klikając w przycisk „kciuk w górę”. Mielibyśmy mechaniczny system, który zapewniłby, że najlepsze pomysły stają się bardziej widoczne, a złe pomysły znikają.
Okazało się, że wszystkie te systemy – w tym media społecznościowe – miały dokładnie odwrotny efekt. Zamiast zapewniać, że dobre rzeczy stawały się bardziej widoczne, ostatecznie skończyło się na promocji ekstremizmu, skrajnych emocji i czystego szaleństwa.
Łatwo jest powiedzieć: „Och, będziemy mogli odtworzyć w mechanicznych systemach wyzwalacze dobrego zachowania”, ale okazuje się, że w praktyce jest to niezwykle trudne. Nie zamierzam mówić, że to niemożliwe. Marshall McLuhan w latach 60. XX w. przewidywał świat, w którym komputery dadzą nam „termostaty” dla psychologii całych społeczeństw. Regulując te termostaty i określając, jakie informacje dostarczać różnym grupom ludzi, można będzie tworzyć znacznie bardziej harmonijne społeczeństwo. Brzmi dobrze, jednak jestem bardzo sceptyczny, ponieważ można faktycznie wywołać zachowanie, które jest dokładnym przeciwieństwem tego, co było zamierzone.
W kręgach technologicznych pokusa matematyzowania świata wydaje się jednak nieodparta. W Pana książce pada jedno zdanie, które doskonale to podsumowuje. Chodzi o fragment, w którym działania i założenia Marca Andreessena i Marka Zuckerberga kostycznie kwituje Pan, pisząc o ich „umiłowaniu do gadżetów i budowania świata w stylu gry The Sims”. Analogia z Simsami jawi się wyjątkowo zasadnie – potentaci technologiczni traktują nas jako źródło danych treningowych dla przyszłych modeli sztucznej inteligencji. Czy poczucie, że jesteśmy cały czas obserwowani i analizowani w internecie, może sprawić, że analizy tym łatwiej potwierdzą założenia obserwujących nas platform?
Otóż to – cały ten proces staje się samospełniającą się przepowiednią. Pamiętam, jak dawno temu Mark Zuckerberg zasugerował, że wierzy, iż społeczeństwo podlega pewnym prawom w taki sam sposób jak świat fizyczny i ostatecznie można by matematycznie zdefiniować, jak ludzie tworzą relacje, a następnie przeskalować te wyniki na całe społeczeństwo. Wydawało mi się to wtedy absurdalne i nadal takie mi się wydaje.
Staje się to jednak samospełniającą się przepowiednią, kiedy dysponuje się ogromnymi ilościami informacji o czynnikach wyzwalających specyficzne ludzkie zachowania i ma się system dystrybucji, który pozwala dostarczać informacje jednostkom na podstawie tej wiedzy.
Teraz wchodzimy w erę, w której do tej gry dołączyły również generatywne systemy AI, mogące mnożyć treści w czasie rzeczywistym, aby dostarczać je jednostkom precyzyjnie wykalibrowane na podstawie wiedzy o wyzwalaczach ich zachowania.
Z jednej strony wydaje mi się absurdalne przekonanie, że społeczeństwo podlega jakimś twardym zasadom czy że ludzkie relacje można zredukować do matematycznych reguł. Z drugiej strony te firmy tworzą społeczeństwo, w którym to właśnie się dzieje. Narzucają nam przekonanie, że wszyscy działamy mechanicznie i matematycznie, a zatem mogą optymalizować nasze zachowanie dla własnych korzyści.
Wydaje się to wyjątkowo niebezpieczne – zwłaszcza politycznie. Bardzo interesujące w tym kontekście było to, co nazywa Pan „kaskadami odmienności” (ang. dissimilarity cascades). O komunikacji mówimy zwykle w związku z szukaniem podobieństw, porozumienia i zgody. Pan rysuje zgoła inny obraz sytuacji.
Zakładamy, że im więcej dowiadujemy się o innych ludziach, tym lepiej ich rozumiemy i bardziej polubimy. Istnieją jednak liczne eksperymenty, które pokazują, że im więcej informacji zbieramy o ludziach, tym bardziej prawdopodobne jest, że zaczniemy podkreślać różnice między nami, nie zaś podobieństwa. A jedną z rzeczy absolutnie jasnych w psychologii jest to, że poczucie podobieństwa jest kluczowe dla poczucia sympatii. To zrozumiałe, może też smutne, ale mamy tendencję do lubienia ludzi, których uważamy za podobnych do nas, i jesteśmy podejrzliwi wobec osób, które postrzegamy jako różne.
Psycholodzy społeczni odkryli, że gdy ludzie zbierają informacje o innej osobie, to jeżeli tylko dostrzegą jakieś przykłady jej odmienności, zaczynają szukać kolejnych. I przykładają do nich większą wagę niż do ewentualnych podobieństw. To tworzy właśnie kaskady odmienności.
W fizycznym świecie wzajemnych relacji te kaskady tworzą się powoli, ponieważ – gdy rozmawiamy osobiście – ludzie nie ujawniają naraz tak wiele o sobie. Spotykamy nieznajomego i nie wyrzucamy nagle z siebie wszystkich swoich poglądów, politycznych bądź religijnych. Relacje rozwijają się powoli – ostrożniej ważymy, co chcemy ujawnić, a czego nie.
W świecie online jesteśmy zachęcani do mówienia o sobie cały czas, do umieszczania zdjęć pokazujących, co robimy, do głoszenia naszych opinii politycznych – i nagradzani za to.
Te kaskady odmienności zaczynają się tworzyć więc znacznie szybciej i stają się bardziej intensywne. Pomaga to wyjaśnić, dlaczego technika, zamiast zbliżać nas do siebie, ma jednak tendencję, żeby nas dzielić na walczące obozy.
Odrobina optymizmu kryje się chyba w możliwości sformułowania wytycznych, jak wyjść z tej sytuacji. Pisze Pan o „projektowaniu zakładającym tarcie” (ang. frictional design), czynieniu komunikacji nieco trudniejszą i zapewnianiu ludziom wręcz pewnej ochrony przed komunikacją.
Tego rodzaju projektowanie trafia w sedno problemu. W początkowych latach rozwoju mediów społecznościowych widzieliśmy – a tacy ludzie jak Mark Zuckerberg podkreślali to wielokrotnie – że wielką siłę przeniesienia społeczeństwa online stanowiło to, że można było usunąć tarcie z relacji społecznych, z komunikowania się ze sobą i z tworzenia grup i relacji.
Pionierzy projektowania zakładającego tarcie mówią, że było to całkowicie błędne przekonanie. Usunięcie tarcia z relacji społecznych nie czyni ludzi lepszymi, tylko gorszymi, ponieważ istnieje wiele rzeczy, które wiążą się z koniecznością ciężkiej pracy nad tworzeniem zażyłości, z myśleniem przed mówieniem, z wysiłkiem, aby zrozumieć innych, a to wszystko właśnie formy tarcia.
Projektowanie zakładające tarcie opiera się na przekonaniu, że tarcie jest bardzo użyteczne i ważne dla zdrowych relacji w społeczeństwie.
I że istnieje wiele sposobów przeprojektowania systemów, aby ponownie wprowadzić do nich płynące zeń korzyści. Przykładowo – poprzez projektowanie uwzględniające opóźnienia w interakcjach lub nakładające pewne koszty pieniężne.
Cieszę się, że mądrzy ludzie, prawnicy i programiści, myślą, jak rozwiązać ten problem. Martwi mnie jednak, że gdy jednostki przyzwyczaiły się już do wygody i szybkości komunikacji, cofnięcie zaistniałych zmian i uczynienie rzeczy mniej wygodnymi bądź wolniejszymi może się okazać niemożliwe.
To wielkie wyzwanie. Nie techniczne, lecz ludzkie – wyzwanie przekonania ludzi, że faktycznie potrzebują więcej tarcia w świecie, w którym przyzwyczaili się do jego braku.
Będzie to wymagało wielu oddolnych działań, do których często trudno ludzi przekonać.
Dominująca obecnie struktura technologiczna została narzucona społeczeństwu przez internet i media społecznościowe. Argumentowałbym, że zwykle, gdy istnieje potężna siła w społeczeństwie, wywołuje ona opozycję wobec siebie. A ta opozycja bardzo często, prawie zawsze, rodzi się w nowym pokoleniu. Najprawdopodobniej status quo zakłócą młodzi ludzie postrzegający telefony i media społecznościowe jako coś opresyjnego, co świat dorosłych im narzucił i co zniekształca ich życie. Oni to po prostu odrzucą. Wydaje mi się to całkiem realnym scenariuszem.
Z pewnością widzimy pozytywny znak w niedawnej mobilizacji rodziców do zakazu używania przez dzieci smartfonów w szkołach czy do żądania od mediów społecznościowych skutecznego wprowadzenia ograniczeń wiekowych. W pewnym sensie to prosty cel, bo łatwo skupić uwagę rodziców na problemach dotyczących ich dzieci. Bardzo szybko stają się wtedy aktywni. Pytanie brzmi, czy ta sama motywacja może pojawić się w społeczeństwie jako całości. Wtedy gdy mówimy o sobie samych i o tym, jak się zachowujemy i jak działa społeczeństwo. Mam nadzieję, że tak.
Nicholas Carr
Amerykański dziennikarz specjalizujący się w tematyce nowych technologii, wieloletni redaktor „Harvard Business Review”. Autor książek: Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg (wyd. pol. 2012) oraz Superbloom. How Technologies of Connection Tear Us Apart (2025)