Zlecenie napisania tego tekstu dostałem mailem. Jeśli mnie pamięć nie myli, wszystkie inne eseje, które napisałem do miesięcznika „Znak”, zostały zamówione właśnie tą drogą. Ewentualnie to ja proponowałem pomysły. Również mailowo. Konspekt tekstu wysłałem – a jakże – pocztą elektroniczną. W ten sposób dostałem też materiał do autoryzacji. Gdy wspólnie z Łukaszem Komudą, moim dobrym kolegą, z którym prowadzimy podcast „Ekonomia i cała reszta”, pisaliśmy dla Znaku wydaną w zeszłym roku książkę Ile trzeba zarabiać, żeby być szczęśliwym, także większość wymiany pomysłów przebiegała mailowo. Mimo kilkuletniej współpracy głos redaktorów miesięcznika słyszałem dosłownie parę razy – podczas dających się policzyć na palcach jednej ręki spotkań onlineoraz kilku rozmów telefonicznych. W mojej pracy freelancera to nie jest wyjątek. Na żywo nie widziałem żadnej z osób, które obecnie przyjmują moje artykuły. A regularnie, jako autor, współpracuję z kilkoma tytułami. Z niektórymi redaktorami rozmawiam telefonicznie, ale ze sporą częścią tylko mailowo lub przez komunikatory. Był pewien okres w mojej karierze, kiedy nie znałem głosu prawie żadnego z moich zleceniodawców – wszystko załatwialiśmy przez internet. Działałem więc trochę jak płatny zabójca – nie wiedziałem, jak wyglądają moi zleceniodawcy, nie znałem tonu ich głosu. Tak było wygodnie. Esej ten piszę, siedząc w swoim mieszkaniu (mieszkam sam) na dziewiątym piętrze warszawskiego bloku z…
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)