W trakcie wędrówek z moim partnerem Arkiem Winiatorskim, czy to w pieszej podróży z Panamy do Kanady, czy to podczas obchodzenia Polski wokół jej granic, w kółko słyszeliśmy to jedno pytanie: dlaczego nie podróżujemy „normalnie”? „Normalnie”, czyli autem lub innym pojazdem. My odpowiadaliśmy wtedy innym pytaniem: od kiedy „normalnie” znaczy właśnie samochodami? Istnieją one przecież raptem od 100 lat z hakiem, są zaledwie krótkim epizodem w historii ludzkości. Gdyby się głębiej zastanowić, to właśnie piesze wędrówki są dla naszego gatunku najbardziej „normalne”. Kocham je za to, że pozwalają zwrócić się na powrót do natury człowieczeństwa. Te 5 km/h to przecież najbardziej dla nas naturalne tempo do oglądania świata.
„Wy to pewnie wiecie, jak wielki jest świat, co?” – zapytał nas gdzieś na poboczach centralnego Meksyku Saúl, kierowca ciężarówki. Zanim wyruszyliśmy w tę pierwszą pieszą podróż, może faktycznie tak było. Świat wydawał nam się absolutnie mierzalny, na przestrzał googlowalny, zinwigilowany przez człowieka i zdjęcia satelitarne. Ale jakimś dziwnym trafem gdy tylko zwolniliśmy, nagle zaczął się powiększać, rozciągać. O te mikroświaty, które dla większości ludzkości są tylko kilkoma literkami na mapie. O historie, na które szkoda miejsca w bilionach terabajtów internetu. O krajobrazy, których nie znajdziemy na Google Street View. A jeśli nawet tam są, to nikomu pewnie nie przyjdzie na myśl, żeby upuścić na nie ciekawskiego pomarańczowego ludzika.
Wszystko przez samą mechanikę marszu. Bo musimy gdzieś odpocząć, zrobić zakupy, zatrzymać się na noc – często w miejscowościach, których nigdy inaczej byśmy nie odwiedzili.
To tam na schodach pod sklepem w wolno sączącej się rozmowie słuchamy historii ludzi, których nigdy inaczej byśmy nie poznali.
To prawda, w takiej podróży nie zobaczymy tylu miejsc co podczas zwiedzania samochodem. Ale czy naprawdę o liczbę odwiedzonych miejsc chodzi? Podczas pieszych wycieczek nie mamy trzech hiperatrakcji dziennie, mamy jedną pomniejszą i cieszymy się nią jak dzieci. Wędrówki to wielka szkoła doceniania. Małych rzeczy, które na co dzień mamy za pewnik: prozaiczne gniazdko w ścianie, woda w kranie, dach nad głową podczas ulewy.
Kocham Polskę za całą siatkę szlaków, a polskie góry za sieć schronisk, ich ideę i wieczorny klimat w stołówkach. To niesamowite, że najdłuższy szlak w polskich górach, Główny Szlak Beskidzki, rośnie nam na coś w rodzaju polskiego Camino de Santiago: że staje się zjawiskiem, ze specyficzną społecznością i kulturą wokół. Że ludzie ruszają często w pojedynkę – żeby coś sobie ustawić, przemyśleć na nowo swoje życie. Lubię też te mniej zdeptane szlaki, których PTTK wyznaczyło w Polsce na potęgę, takie jak Szlak Zamków Piastowskich czy Szlak Wygasłych Wulkanów, jak też cały ich system odznak, który mobilizuje do pokonywania kolejnych kilometrów i odwiedzania kolejnych miejsc (wciąż – do wyczerpania zapasów – można się starać np. o Odznakę Krajoznawczą PTTK Województwa Katowickiego – how cool is that!).
Najbardziej jednak lubię iść poza szlakiem. Pozwalać sobie zmieniać trasę, skręcać, zbaczać, by zobaczyć, „co jest tam”. Do takiego wędrowania nie trzeba mieć drogich ciuchów z goreteksu (najlepszy sprzęt to taki, jaki mamy w domu!), wystarczą otwartość i ciekawość świata. Bo żeby przeżyć przygodę, nie trzeba jechać na drugi koniec globu.
Na takim podejściu wyrósł trend nazywany „mikrowyprawami”. Mikrowyprawy udowadniają, że przygoda może czaić się nawet pod domem, wystarczy tylko spojrzeć na swoją okolicę z innej perspektywy.
Krzysiek „Semp” Bielecki, twórca pierwszych gier miejskich w Warszawie, nazwał je wtedy Urban Playground – zamieniając niejako miasto w plac zabaw. Lubię to określenie. Gry miejskie są zresztą świetnym pomysłem na takie mikrowyprawy. Można też po prostu wysiąść w drodze z pracy dwa przystanki wcześniej i resztę pokonać pieszo. Lub zmienić trasę z pracy do domu. Albo wsiąść do pociągu i pojechać gdzieś niedaleko, ale w ciemno. Wziąć kompas i spróbować iść cały czas na północ. Dać na spacerze prowadzić się psu.
Kiedy wędrujemy, świat odbieramy wszystkimi zmysłami. To immersja, której nie doświadczymy w nawet najlepszej grze komputerowej. Te lody, które jem na schodach pod sklepem w upalny dzień po kilku kilometrach chodzenia, będą najlepszymi lodami w życiu. Ziemia po deszczu nigdy nie pachniała tak intensywnie. A krajobrazy nie były tak piękne. Może właśnie dlatego, że w tym wędrowaniu już nie tylko je obserwuję, lecz staję się ich częścią. To ja jestem krajobrazem.
Shane O’Mara w swojej książce Idź na spacer przytacza szereg badań naukowych, które wskazują na pozytywny wpływ chodzenia na naszą psychikę. Pisze, że skuteczność chodzenia jest przez wielu naukowców porównywalna pod tym względem z kuracją farmakologiczną i kognitywną terapią behawioralną. Zaznacza, że chodzenie może być jednym z oręży w profilaktyce depresji.
Aktywność fizyczna może też wywierać pozytywny wpływ na zdolność uczenia się oraz pamięć, a także na kreatywność. Już antyczni filozofowie nauczali w trakcie spacerów, a filozof Fryderyk Nietzsche stwierdził, że „wszystkie wielkie myśli rodzą się podczas marszu”. Psycholodzy z Uniwersytetu Stanforda przeprowadzili serię eksperymentów, w których testom poddano osoby siedzące, pchane na wózkach lub chodzące (na świeżym powietrzu lub po bieżni). We wszystkich testach chód jakiegokolwiek rodzaju powodował znaczną poprawę wyników, przy czym największy poziom kreatywności wykazały osoby spacerujące na zewnątrz. Irlandzki matematyk William Rowan Hamilton wpadł na formułę mnożenia kwaternionów właśnie podczas jednej z regularnych dwugodzinnych przechadzek. Co roku w rocznicę tego wydarzenia odbywa się upamiętniający to odkrycie spacer, w którym uczestniczą matematycy z całego świata.
Chodzenie jest zdrowe nie tylko dla naszego ciała i psychiki, ale też dla świata – jest w końcu praktycznie bezemisyjne. Olga Tokarczuk w wywiadzie dla magazynu „Pismo” mówiła, że podróżnicy w trosce o naszą planetę powinni stać się właśnie piechurami. Chodzenie jest też kwintesencją wszystkich modnych teraz trendów, jak mindfulness, treningi uważności, kąpiele leśne czy cała filozofia slow. Zamiast czytać poradniki czy płacić za trenerów, może warto na początek spróbować trochę połazić? Wystarczy zrobić pierwszy krok, potem drugi, otworzyć zmysły, dać sobie czas. Reszty nauczy nas wędrówka.