Subskrybuj
Agata Szymczewska fot. Bruno Fidrych / Studio Fotograficzne Plasterstudio
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Zagrać dwa równe koncerty

Wciąż marzę, żeby wyjść na scenę z wygumkowanym zwycięstwem w Konkursie Wieniawskiego z mojej biografii. Zagrać tylko pod własnym imieniem i nazwiskiem, bez etykiety. Bez wielkich oczekiwań.

Ciągłe koncerty, festiwale, kursy, lekcje mistrzowskie. Gdzie jest Pani dom?

Dom jest tam, gdzie jest mój futerał. Skrzypce towarzyszą mi niemal zawsze. Zdefiniowanie pojęcia domu długo było dla mnie niełatwe. Bo czy to ten rodzinny, gdzie są moi rodzice? Czy jeden z tych, w których mieszkałam? A przeprowadzałam się wiele razy i często podróżuję. Dlatego ukułam tę przenośną definicję. Ona pozwala mniej tęsknić.

A nie ma Pani potrzeby własnej przestrzeni, pełnej przedmiotów, które Pani zbiera i lubi?

Nie tylko jestem zbieraczem, ale w mieszkaniu w Warszawie mam przestrzeń bardzo detalicznie i troskliwie urządzoną. Uczę się jednak nie przywiązywać do rzeczy, bo to niezbyt dobre. Gdy stłucze się mój ulubiony kubek, następuje mały koniec świata. Gdy wyjeżdżam na dwa miesiące, tracę część tej domowej tożsamości. To trudne momenty, dlatego ćwiczę się w nieprzywiązywaniu, traktowaniu przestrzeni użytkowo. Staram nie być tym, co mnie otacza. Choć jednocześnie wiem, że kontekst na nas wpływa. Jeśli mam chaos w garderobie, on się wkrada w moją pracę, w postrzeganie świata.

Jak się Pani czuje w hotelach? Anonimowość to bezpieczeństwo?

Zależy od hotelu. Często nie mam wpływu na to, dokąd zaniesie mnie życie. Kiedyś luksusowe hotele bardzo mnie stresowały. Długo miałam poczucie, że ja – dziewczyna z Koszalina – do nich nie pasuję. Pamiętam, jak miałam problem z przejściem przez piękne szklane drzwi w ekskluzywnym hotelu w Japonii. Dziś nie oceniam tych miejsc, nie przywiązuję się. Jeśli najbliższe trzy dni spędzam w luksusie – w porządku, a jeśli właśnie wylądowałam w kiepskim hotelu w szemranej dzielnicy – może to mnie ma czegoś nauczyć, może doświadczę innej rzeczywistości? Zrozumiałam, że żadna z tych sytuacji nie jest miarą mojego talentu i niczego nie mówi o mnie.

Czuje się Pani dojrzałą osobą?

W dużej mierze tak, ale też wciąż wiele spraw mnie ciekawi, w wielu aspektach jestem nie dość wykształcona, a chcę się rozwijać. Na przykład fascynuje mnie świat postępującej cyfryzacji, przeniesienia życia do sieci. Mimo moich starań TikTok pozostaje przestrzenią, którą słabo rozumiem. Wrzuciłam tam parę filmów, czasem odpalę aplikację, żeby coś pooglądać, lecz to, co tam znajduję, jest dla mnie niepojęte i trudne do wytrzymania.

Wyzwaniem jest też kreowanie siebie w sieci. Można zatrudnić specjalistów, jednak wydaje mi się, że najciekawsze to być tym, kim się jest, i umieć znaleźć dla siebie przestrzeń w środowisku cyfrowym.

W przypadku artystów nasza autentyczność jest przecież największym walorem.

Na jakim instrumencie teraz Pani gra?

To włoskie skrzypce Nicolo Gagliano z 1755 r., wypożyczone mi przez Anne Sophie Mutter, ale dbam o nie jak o własne.

Co Panią z tym instrumentem łączy? Da się tę więź z czymś porównać?

Gram na nich już od 10 lat. Wcześniej przez dekadę grałam na stradivariusie, pożyczonym od Niemieckiej Fundacji Instrumentów Muzycznych z Hamburga. My, artyści, potrzebujemy mecenasów kultury i pomocy tych, którzy własną ciężką pracą osiągnęli niezależność finansową i chcą nas wspierać. Zdaję sobie sprawę, że w społeczeństwie jest wiele potrzeb. Sama dorzucam się do zbiórek na leczenie dzieci. Ale dziwna prawda jest taka, że ja również potrzebuję pomocy. Bo znakomite instrumenty skrzypcowe czy wiolonczelowe kosztują miliony euro.

Dlatego relacja ze skrzypcami jest skomplikowana. Z jednej strony to po prostu przedmiot – kawałek drewna z naciągniętymi metalowymi sznurkami, po których przesuwam patyczek.

Same w sobie są tylko tym, czym płótno i pędzel dla malarza, dłuto dla rzeźbiarza. Więc traktuję je jak narzędzie: dbam, konserwuję. Z drugiej strony jest w nich magia, jakaś metafizyczna więź. Bo one stają się przedłużeniem mojego ciała, to mój wewnętrzny głos, którym śpiewam. Gdy gram, trzymam je blisko serca, czuję fizyczne połączenie z nimi. Wczoraj wieczorem grałam sobie w domu i pomyślałam, że w takich momentach moje ręce nabierają znaczenia.

Instrument Panią dopełnia?

Tak. Choć gdybym utraciła możliwość grania, chciałabym móc czuć się pełnowartościową osobą. Pracuję nad oddzielaniem siebie – człowieka, kobiety – od skrzypiec.

A co one takiego w sobie mają, że może być trudno się oddzielić?

Niesamowitą nośność dźwięku, głębię brzmienia, bogactwo kolorów. Ale też jest to instrument elastyczny i responsywny. Na najdrobniejszy niuans, który wykonam – zmiana prędkości prowadzenia smyczka, nadanie innej wibracji – on od razu odpowiada. Jest bardzo czuły na techniczne aspekty, a to się przekłada na skuteczne wyrażanie moich emocji. Nie muszę z nim walczyć, gramy do jednej bramki.

Sama wybrała Pani te skrzypce?

One wybrały mnie. Tak to często bywa, dobre instrumenty same wskazują swoich opiekunów. Były to skrzypce zapasowe Anne Sophie Mutter. Grała na nich jako młoda dziewczyna, a później nie chciała się z nimi rozstawać. Miałam okazję zagrać na nich przy niej i to ona uznała, że będziemy do siebie pasować.

Podpisałyście umowę na ich wypożyczenie?

Zbieramy się do tego od lat i jakoś nie możemy znaleźć czasu.

Czyli powierzyła je Pani w zaufaniu. A taki instrument się kocha, szanuje? Jakie ma Pani uczucia wobec skrzypiec?

Doceniam je, mam wobec nich poczucie ogromnej wdzięczności. Za każdym razem kiedy otwieram futerał, cieszę się z nich. Czuję, że mam ogromne szczęście. Ale też, że na to bardzo ciężko i przez wiele lat pracowałam. Musiałam się wykazać sporą determinacją, odnosiłam sukcesy, choć pomiędzy nimi były spektakularne porażki. Doszłam tu, gdzie jestem, z dużym wysiłkiem, choć szczęście też się po drodze uśmiechało. Czasem trzeba być we właściwym miejscu i czasie wśród dobrych ludzi.

Powiedziała Pani, że wczoraj sobie grała. Tak po prostu, dla siebie?

Tak, i robię to właściwie codziennie. Próby i praca przenikają się z przyjemnością. Są dni, że mi się nie chce. I wtedy się nie zmuszam. Ale mam wewnętrzny układ. Mogę nie grać, lecz zamiast tego nie włączam Netfliksa, muszę zrobić coś innego wartościowego dla siebie, dla świata, dla studentów, zdobywam wiedzę. Ciekawi mnie psychologia edukacji i występowania.

Co to takiego?

Ta część psychologii jest najbardziej zaawansowana w sferze występów sportowych, u nas jej prekursorem jest prof. Jan Blecharz, który wykłada na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Dotyczy performansu – bez względu na to, czy chodzi o publiczne przemówienie, bieg przez płotki czy zagranie koncertu skrzypcowego, wszystkich nas łączy ogromna presja wynikająca z tego, że patrzą na nas ludzie.

Chciałabym, żeby w przypadku muzyki klasycznej były to te miliony, które śledzą dokonania sportowców. Żebyśmy mieli swój telewizyjny prime time.

Jest koncert noworoczny z Wiednia.

No właśnie, raz w roku, to trochę mało. Fajnie, że ludzie siadają wtedy przed telewizorami, ale to chyba przede wszystkim tradycja, a niekoniecznie głębsza potrzeba.

Co dla Pani występów jest kluczowe, jaki rodzaj siły?

Adam Małysz przez lata powtarzał po turniejach: „Najważniejsze, że oddałem dwa równe skoki”. W tym jednym zdaniu kryje się wiele znaczeń – opowieść o konsekwencji, wytrwałości i zdolności skoncentrowania na sobie. On nigdy nie czekał, aż mu wiatr pod narty zawieje. Odsuwał okoliczności, skupiał się na własnych umiejętnościach. Ja też nigdy nie wiem, kim będzie moja publiczność – osoby znające się na muzyce, może VIP-y, które mogą mieć wpływ na moją karierę, czy może ktoś, kto pierwszy raz jest na koncercie klasycznym. Nie mogę myśleć o tym, dla kogo gram.

Ma Pani własne rytualne sekwencje, sposoby skupienia?

Tak, ale to są minimalne gesty. Bo do koncertu przygotowuję się tygodniami, stopniowo układam go sobie w głowie, przechodzę przez poszczególne etapy wiele razy, decyduję, jaką chciałabym się widzieć w danym utworze. Sprawdzam, w którym momencie pojawiają się konkretne emocje: lęk, radość, może entuzjazm wychodzący poza skalę. Bo ważne jest utrzymanie swoich uczuć w bezpiecznej przestrzeni. Żeby nie wybiły mnie w kosmos. Nie mogę się przesadnie ekscytować, muszę pozostać skupiona.

To mnie zauroczyło. Skrzypaczka z 20-letnim doświadczeniem może się zbyt mocno podekscytować utworem?

Może! Bo jak się lubi grać i wreszcie się staje na scenie w wymarzonym repertuarze, z wymarzonymi muzykami, to jak nie skakać z radości? Ale nie służy mi ani ekstremalna radość, ani ekstremalny lęk. Moja praca jako muzyka opiera się właśnie na najgłębszych, najsilniej dotykających mnie emocjach. O ironio, na tych właśnie, które najbardziej chciałoby się schować. Nie ma nic trudniejszego niż wyjść na scenę, otworzyć się i pokazać zarówno swoją siłę, jak i niedoskonałości. Nigdy nie zagram doskonałego koncertu. Muszę być gotowa na to, że się pomylę i to będzie przedmiotem surowej krytyki.

A dziś krytykują nie tylko zawodowcy.

Każdy ma prawo oceniać. Aż mnie serce ściska, gdy myślę, ile hejtu wylewa się na Igę Świątek teraz, gdy po wielkich sukcesach przechodzi trudniejszy czas.

Iga Świątek ma wokół siebie sztab fachowców. A Pani?

Sama organizuję sobie życie i pracę. My, muzycy klasyczni, zawsze jesteśmy dziesięć kroków za tym, co się dzieje w świecie. Długo pokutowało przekonanie, że muzyk potrzebujący psychologa to ktoś z problemami. Myślenie o wsparciu dla artystów jest w powijakach.

Pomoc potrzebna jest nie tylko w chwilach kryzysów, ale też w czasie sukcesu. Pani odniosła potężny sukces, wygrywając odbywający się co pięć lat Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego w 2006 r. Jak radziła sobie Pani z udźwignięciem tamtego momentu?

Różnie, zawodowo chyba trochę za dużo na siebie wzięłam. Młoda osoba chce wszystkiego dotknąć. Może wtedy pomogłoby mi mniej ambicji, a więcej mądrości. Ale na poziomie emocjonalnym to był zamach na moje życie, na moją młodość. Nagle spadły na mnie olbrzymia odpowiedzialność i presja. I do dziś marzę, żeby móc wyjść na scenę z wygumkowanym Konkursem Wieniawskiego z mojej biografii. Zagrać tylko pod własnym imieniem i nazwiskiem, bez etykiety. Bez tych wielkich oczekiwań.

Bo Pani nie może nie pójść dobrze.

Wiele razy mi już nie poszło. Cieszę się, że znalazłam siłę, żeby machnąć na to ręką, iść do przodu, następnym razem próbować lepiej, coś zmienić.

Kiedy gra Pani dla siebie w domu, to jest właśnie intymne, niewinne?

Niezupełnie tak to działa. Nikt nie daje medali za ilość pracy, liczy się rezultat. To, jak go osiągamy, jest faktycznie intymną sprawą. Ale nawet gdy gram dla siebie, to mam jakiś plan, wiem, czego od siebie oczekuję. Nie biorę skrzypiec do ręki beztrosko, obok są zegarek i kalendarz.

Czy grywa Pani z czystego pragnienia?

99% utworów, które wykonuję, to muzyka, którą chcę grać. Nie ma takiego honorarium, takich obietnic, które mogłyby mnie przekonać do grania czegoś, w czym się nie odnajduję. Mogę mierzyć się z pewnymi utworami, żeby podnosić sobie poprzeczkę. Dziś mogę jakiegoś utworu nie lubić, lecz jak go w domu pogram rok albo dwa, może okazać się, że mi z nim po drodze.

Ta wolność to Pani wypracowany luksus czy w ogóle w świecie muzyki nie gra się tego, czego się nie chce? Słuchając orkiestr symfonicznych, myślę o tym, czy wszyscy jej muzycy lubią grać akurat ten utwór.

To prawda, w zespole bywa inaczej. Jest kierownik, dyrygent, który decyduje o repertuarze. Lecz w małych kwartetach czy wśród solistów trudno mi sobie wyobrazić, że się gra niejako przeciw sobie. Wyjątkiem są konkursy i szkoły, gdy trzeba zagrać to, co wymagane.

Całe życie mnie zastanawia, jak się czuje ten muzyk w orkiestrze, który przez większość utworu czeka i liczy takty, żeby w odpowiedniej chwili raz uderzyć w talerze.

Kilka lat temu Filharmonicy Berlińscy byli na koncertach w Azji. Jeden z muzyków w jednym utworze miał jeden raz uderzyć w trójkąt. I nie udało mu się. Zmógł go jet lag. Nie da się w muzyce powiedzieć, co jest ważniejsze, cenniejsze. Ta jedna nuta czy miliony nut wygrywanych w tym samym koncercie przez sekcję smyczkową? A wynagrodzenia muzycy orkiestrowi dostają zbliżone, pracują przecież na etatach. Pamiętajmy, nikt nikogo nie zmusza. Muzyk może sobie wybrać taki instrument, rolę i taką pracę, jaką chce mieć.

Czyli orkiestry nie są pełne niespełnionych solistów?

Mam nadzieję, że to się zdarza coraz rzadziej. Choć system edukacji muzycznej wciąż stara się produkować solistów odnoszących sukcesy. Jeszcze utrzymuje się dość chorobliwa i nieprawdziwa definicja sukcesu.

Bo wygrać wielki konkurs to jedno, ale za nim idzie cień: presji, nerwów, podróży, użerania się z menedżerami i organizatorami koncertów.

Sukcesem jest też przecież dostać się do dobrej orkiestry, ze świetnymi muzykami, dobrym dyrygentem i repertuarem, zarabiać stałą pensję w zacnych salach koncertowych, móc zaplanować urlop. Tylko trzeba się odnajdować jako ta mniejsza cegiełka w twórczym dziele. Ja na takie wybory patrzę z wielkim uznaniem. Sukces w muzyce oznacza też, że nie masz towarzyskich weekendów i świąt, bo kiedy inni świętują, ty akurat pracujesz.

Pamięta Pani swoje życie sprzed skrzypiec?

Tak, ale nie pamiętam życia bez muzyki. Gdy się urodziłam, moi rodzice – pianiści, byli na studiach. W domu ciągle ktoś grał. Zabierali mnie na uczelnię. Kiedy mama była ze mną w ciąży, ćwiczyła dużo Chopina. Może dlatego on mnie tak porusza. Szybko i żywo reagowałam na muzykę, nuciłam, plumkałam paluszkiem na pianinie. W połowie lat 80. można było rysować kredą na chodniku albo siedzieć w piaskownicy, w porównaniu z ogólną szarzyzną muzyka była porywająca. Skrzypce dostałam, gdy miałam pięć lat. Myślę, że były dla mnie najlepszą zabawką i pochłaniaczem energii, lepszym niż smartfon, playstation i TikTok w jednym.

Kto jako pierwszy zorientował się, że ma Pani potężny talent?

Chyba rodzice. Bardzo czysto śpiewałam, wcześnie umiałam odtwarzać melodie, miałam doskonały słuch. Ale talent to jeszcze nic. Większość z nas jakiś talent ma. Tylko klucz polega na tym, żeby ktoś go w nas wcześnie dostrzegł i żeby jeszcze szczęśliwie znaleźli się wokół ludzie, którzy pomogą go rozwijać. Było przy mnie nie tylko dwoje uważnych rodziców, lecz też potem cały korowód specjalistów, autorytetów, dyrygentów, pianistów, nauczycieli. I także dzięki ich chęci, bardzo często bezinteresownej, rosłam.

A jak jeden muzyk może pomóc drugiemu?

Krystian Zimerman czy Kaja Danczowska powiedzieli po prostu: chodź, zagrasz z nami. Nie ma lepszej formy uczenia się, niż wychodzić na scenę z najlepszymi i starać się do nich dorosnąć, podpatrując, jak oni obchodzą się z emocjami. To złota zasada i w sztuce, i w biznesie – zawsze pracuj z lepszymi od siebie. To nie jest mocna strona Polaków, a szkoda.

Ta bezinteresowna pomoc w świecie muzyki klasycznej jest częsta?

Chciałabym powiedzieć, że tak. Myślę o muzyce jak o sektorze usług. Wcale nie innych niż krawiectwo czy prowadzenie kawiarni, w której właśnie siedzimy. Koncert to usługa, na którą umawiam się z ludźmi. Moim naturalnym skojarzeniem jest, że chcę się dzielić tym, co umiem. Jak dobry barista, który chce się podzielić umiejętnościami z tymi, których zatrudnia. Uwielbiam się dzielić, bardzo intensywnie pracuję jako pedagog, staram się wiedzę podawać dalej. Choć może to tylko moja filozofia i myślenie życzeniowe?

A co to znaczy mądrze uczyć innych?

Staram się w młodych eksponować to, co mają w sobie najlepszego, wskazywać im ich mocne aspekty. A tam, gdzie są niedostatki, systemowo, rzetelnie je uzupełniać. Bo żeby artysta mocno stanął na scenie, musi wiedzieć, ile jest wart, a także mieć świadomość, ile mu jeszcze brakuje. To, czego brakuje, da się wypracować. Jednak wymaga to czasu, a świat jest teraz instagramowy i zachęca, żeby rzucać się z motyką na słońce.

Mówi Pani: popróbuję oswoić się z utworem przez rok, dwa. Perspektywa, wydawałoby się, nie do pomyślenia.

I faktycznie, młodzi są niezadowoleni, że im po tygodniu nie wychodzi. A ja im proponuję, żeby to samo ćwiczyli przez wiele miesięcy. Mam inne spojrzenie, bo byłam ostatnim pokoleniem luksusowego, niespiesznego życia. Gdy wygrałam Konkurs Wieniawskiego, Instagram jeszcze nie istniał. Na studiach miałam dużo czasu, na wszystko. Do internetu w bibliotece szkolnej stało się w kolejce. Jestem przyzwyczajona do świata niewielu możliwości, prostszego, w którym pogranie, poćwiczenie to była atrakcja.

Na ile pośpiech codzienności wkracza do świata muzyki klasycznej? Może jednak chodzicie szlachetniejszymi ścieżkami?

Może czasem. Jako artyści tworzymy na miarę świata, który nas otacza. Rozwój we wszystkich dziedzinach zawdzięczamy wizjonerom i często zastanawiam się, czy w muzyce klasycznej wydarzy się jeszcze coś nowego, czego nie było. Czy jest jeszcze jakaś niezbadana przestrzeń, czy jest wśród nas jakiś Beethoven, który zmieni reguły? A co do chodzenia innymi ścieżkami, chyba coraz mniej prawdziwe jest skojarzenie muzyka z kimś, kto buja w obłokach. Znamy różnicę między brutto a netto, musimy dbać o swój wizerunek, o interesy. Biada temu, kto nie rozumie wymagań komunikacji czy rynku.

Można zostać wybitną skrzypaczką bez pieniędzy?

Absolutnie nie. Kariera kosztuje na każdym etapie. Kosztem jest sam instrument, trzeba go konserwować, zmieniać podstawki, włosie. To są duże pieniądze.

Przez lata moimi skrzypcami opiekował się lutnik mieszkający w Paryżu, trzeba było do niego lecieć i przecież niemało płacić za jego pracę. Kilka koncertów w roku grałam tylko po to, by zarobić na utrzymanie instrumentu. A jeszcze trzeba go ubezpieczyć.

Kosztują sama edukacja i lekcje. My tu, w Polsce, mamy nieznany w reszcie Europy luksus państwowego i bezpłatnego szkolnictwa, ale kariera i tak wymaga dodatkowych i dużych nakładów na prywatne zajęcia. O dostępie do wspaniałych nauczycieli decyduje to, gdzie się mieszka. A jeszcze trzeba się samemu kształcić, jeździć na koncerty, słuchać. No i brać udział w konkursach. Płaci się wpisowe, do tego podróż, hotel, strój. Często nawet pierwsza nagroda w konkursie nie zwraca tych kosztów. Jeśli kariera się rozwija, to pracą i kosztem okazuje się wydawanie płyt, ich promocja, tworzenie materiałów do mediów społecznościowych. A jeszcze trzeba świadomie zawierać umowy dotyczące repertuaru, koncertowania, marketingu, wynagrodzeń…

I wszystko to zawsze robiła Pani sama?

Miałam opiekunów artystycznych przez wiele lat, z Polski i z zagranicy, ale z różnych względów nie byłam zadowolona i dziś sama prowadzę te sprawy. W Polsce rynek opiekunów artystycznych się nie rozwinął. Na świecie kiedyś dominowały wielkie agencje koncertowe, które miały swoje listy artystów i najbardziej dbały o tych ze szczytu. Pandemia sporo przetasowała, teraz przybyło agencji butikowych, gdzie więcej jest skupienia na indywidualnym artyście i namysłu nad jego ścieżką kariery. Ale rynek jest brutalny, bo pieniędzy nie ma wcale tak dużo, a chętnych jest bez liku. Muzyka klasyczna nie jest wolna od praw dżungli i sporych deficytów w etyce pracy.

Jak to się objawia?

W nadmiernym eksploatowaniu artystów. W presji, żeby grali dużo, szybko, gęsto, rozmaity repertuar. Są osoby, które grają po 200 albo 300 koncertów w roku. Dzieje się to bez głębszej refleksji, czy za jakiś czas ci artyści się nie wypalą, czy się publiczności nie znudzą. Podobnie jak w muzyce rozrywkowej, niełatwo zbudować wieloletnią karierę.

Aretha Franklin mówiła, że nagrać hit to żaden problem. Problemem jest utrzymać się w grze przez pół wieku.

Otóż to. A mnie właśnie najbardziej na takim scenariuszu zależy. Nie leżę w wannie z płatkami róż i nie odrzucam kolejnych propozycji. Po pierwsze, nie mam czasu leżeć w wannie, na płatki róż nie bardzo mnie stać, a telefon nie dzwoni sam z siebie. Trzeba dać się zobaczyć.

Nie lubię słowa „promocja”, moją strategię lepiej oddają słowa „kampania informacyjna”. Nauczyłam się, żeby dawać znać o tym, co robię i z kim.

Lubię hybrydowe formy – jadę na koncert, ale też daję na miejscu lekcję mistrzowską albo na próbie generalnej spotykam się z młodymi ludźmi bądź prowadzę kurs w szkole muzycznej. Działalność edukacyjna jest dla mnie niezwykle ważna i świadomie tę pasję buduję.

Co by dziś Pani sprawiło radość? Gdzie biegną Pani marzenia, może do jakiejś wspaniałej sali koncertowej?

Pewnie, są nawet filharmonie w Polsce, w których jeszcze nie grałam. Ale dziś patrzę inaczej. Cieszy mnie każda propozycja koncertu, a najbardziej te w małych ośrodkach dla publiczności, która na koncert przychodzi po raz pierwszy, a może po raz pierwszy widzi skrzypce. To dla mnie wyzwanie. Wtedy w moich rękach jest to, czy uznają muzykę klasyczną za nudę, czy się nią zainteresują. Niebezpiecznie jest dzielić publiczność na doświadczoną i tzw. niewyrobioną. Ta druga jest jak ja przed japońskim hotelem, do którego bałam się wejść. Poszłam ostatnio w Krakowie na matchę. I rozmawiałam z baristą. Powiedział: „Ja bym może nawet poszedł na koncert, lecz dlaczego to wszystko wygląda na takie trudne i niedostępne? Czemu wy tego nie robicie jakoś tak bardziej dla ludzi?”. Aż mi matcha stanęła w gardle. Właśnie w tym widzę zadanie – potrzebujemy odczarować niedostępność klasyki. To naprawdę ważne, jak o niej mówimy i jak ją pokazujemy. Ja wiem, że jest tradycja przychodzenia na galowo, lecz uważam, że w dżinsach też można.

Dziwi Panią, że dostrzegła największą wartość nie w prestiżowych salach, tylko w kontakcie ze słuchaczem?

Musiałam się wyzwolić z tego, co mi przez lata wklepywano do głowy. Że tylko Paryż, Berlin i Nowy Jork potwierdzą, czy moje granie ma wartość. Życie mnie nauczyło, że ważniejsze niż gdzie się gra, jest to, kim się jest i co się ma do powiedzenia, do zaoferowania.

Ale kluczowe jest to, że Pani grywa w Paryżu, Berlinie i Nowym Jorku…

Bez wątpienia mówiłaby o tym inaczej, gdyby mnie tam nie było. Być może niektórzy moi studenci nigdy tam nie zagrają, lecz wystąpią w innych ośrodkach w Polsce czy Niemczech i mogą mieć równie głębokie poczucie spełnienia jako artyści. Mogą zrozumieć własną misję i zrealizować ją, czuć nasycenie.

Ważne, żeby nie karmić własnych pragnień fast foodem, tylko z powagą traktować szanse, wobec których się staje.

Każdy koncert może zostać zagrany wspaniale i dać poczucie spełnienia. A tylko artysta spełniony może dawać szczęście innym.

Artyści z samych szczytów, jak Zimerman czy Mutter, to także ludzie chętnie dzielący się sobą z odbiorcami, też chcą być blisko?

Grają w najważniejszych salach, z najlepszymi dyrygentami, ale o swojej roli myślą tak samo. Grałam z Anne-Sophie Mutter w kościółku na wsi, w austriackich górach niedaleko jej domu. Parafia potrzebowała pieniędzy na ogrzewanie. Nie widziałam w zachowaniu ani wykonaniu Anne-Sophie niczego innego, niż gdy grałyśmy w Carnegie Hall. A może nawet była bardziej ludzka i zaangażowana. Zależało nam. I zebraliśmy więcej, niż było trzeba, nareperowano ogrzewanie i elewację. Graliśmy charytatywnie, mieszkaliśmy u Anne-Sophie w domu. Jak zwykli ludzie. My przecież nie żyjemy gdzieś w chmurach.

Jak Pani gra na prestiżowym festiwalu, to nie musi się Pani martwić o podróż, stawkę, stroje?

O wszystko się martwię. Muszę podpisać umowę, ustalić wszystkie warunki.

Jest równość płac dla kobiet i mężczyzn?

Nie, kobietom od zawsze płaci się mniej. Nie stanowi to tajemnicy, stawki w naszej branży są przejrzyste. Trwa ogromny bunt artystek. Rozwiązanie problemu uczciwych wynagrodzeń jest jeszcze przed nami. To znów sprawa jasnego informowania, choćby o tym, że skrzypaczka, która urodziła dziecko i jest mniej dostępna, pozostaje pełnowartościową artystką i zasługuje na pełnowartościowe wynagrodzenie. Czasem rozmowy o stawkach są trudne, trzeba odpierać sugestie, że jest wiele innych osób, które zagrałyby za niższą stawkę, albo że do wzięcia jest tylko jeden termin i odmowa zamknie kolejne okazje.

Lepiej gdyby tych rozmów nie prowadził sam artysta?

Tak się może wydawać, lecz przecież to jest moje życie. To ja jadę i gram koncert. Rozmowy przygotowują na realia, w których nie zawsze czujemy się dobrze. Bywamy traktowani nieprzyjemnie. W moim dobrym interesie jest jednak rozumieć swoje otoczenie, budować relacje z organizatorami koncertów, menedżerami, nawet jeśli nie są łatwe. Nie reagować z poziomu ego. Rynek jest trudny, a zapotrzebowanie na koncerty spada.

Naprawdę? Byłam pewna, że jest jak z wystawami, teatrami i muzeami. Że ludzie odkryli radość żywego kontaktu z muzyką. Na wiele festiwali, koncertów nie mogę kupić biletów, znikają w pół godziny. A na koncertach chopinowskich są tłumy.

Mówi Pani o wydarzeniach z wierzchołka muzycznej góry. Tam zawsze było i będzie zapotrzebowanie. Tymczasem mamy wylew mniejszych imprez, festiwali dotowanych publicznie i przez sponsorów prywatnych, i tam publiczności brakuje. Bo pula osób gotowych na słuchanie tej muzyki nie rośnie. Rozpoczyna się niezdrowa konkurencja, a to widzów męczy, rozleniwia. Jak nie pójdę w tym tygodniu, coś się trafi w przyszły weekend.

Gdy jeździ Pani w trasę Z klasyką przez Polskę, co Pani obserwuje?

Inny świat. Poza dużymi miastami jest cała masa białych plam, z których trzeba by jechać kilkadziesiąt kilometrów, żeby posłuchać Mozarta. Gramy w remizach strażackich, świetlicach gminnych, miejskich domach kultury. Dlatego może zamiast budować obiekty koncertowe lepiej rozwijać model mobilny, objazdowy.

No a co z półtonami, niuansami, atmosferą…

Atmosferę tworzymy ja i publiczność. Od tego, z czym wyjdę na scenę, jaką energią będę emanować, co powiem i jak szybko dotrę do publiczności, zależy wszystko, co najważniejsze. Sama przestrzeń nie ma znaczenia, ona mnie nie określa.

To bardzo skromne postrzeganie swojej roli. Czy Pani pożegnała pragnienia grania w najważniejszych salach i z najlepszymi dyrygentami, czy obie te ścieżki są w Pani obecne naraz?

Można w sobie pomieścić oba marzenia. Tylko żadne nie powinno stać się chorobliwym pragnieniem i żadne też nie powinno zostać spłycone, traktowane jak gorsze. Fajnie być w zewnętrznej hierarchii wysoko, pozycjonować się jak w Googlu. Ale czy ta giełda jest dla mnie najważniejsza? Wszak liczy się to, co czuję i myślę, gdy już wrócę do pokoju hotelowego z Carnegie Hall.

Czy muzyka coś Pani odebrała?

Dużo. Na długie lata zabrała beztroskie patrzenie na świat i życie. Widziałam sporo zła i niesprawiedliwości w pogoni za karierą, nadmierne eksploatowanie młodych muzyków, podcinanie skrzydeł przez konkurencję.

Autorytety upadały na moich oczach. Na akademiach muzycznych, tak jak w szkołach teatralnych, kończy się epoka świętych krów.

Aż sama się trochę dziwię, że udało mi się, mimo utraty wielu złudzeń, przedefiniować spojrzenie na świat, odnaleźć miejsce dla siebie i wciąż wierzyć, że może być dobrze, zachować pogodę ducha.

Czy muzyka okazała się poświęceniem, coś musiała jej Pani oddać?

Tak, ale więcej zyskałam. I o to w życiu chodzi. Zadłużyłam się emocjonalnie po uszy, lecz wygenerowałam uczuciowe miliony. Nie żałuję niczego. Dziś – w porównaniu z tą dziewczyną, która 20 lat temu wygrała Konkurs im. Wieniawskiego – jestem dziesięciokrotnie bardziej spełniona, wypełniona wielkim optymizmem i nadzieją. A przecież jeszcze kawał życia przede mną i lepiej, żebym ogarnęła tego TikToka!

Artykuł pojawił się w numerze: Glukozowe pułapki