Subskrybuj
Dziennikarka i aktywistka w organizacjach zajmujących się pracą z mniejszościami i uchodźcami. Zainicjowała Marsz dla Aleppo nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla w 2018 r. Uczestniczka warsztatów i współpracowniczka Haliny Bortnowskiej

Dobre czarownice

Pojechałam do Gambagi, żeby napisać o czarownicach. Spotkałam tam siostry, córki, matki i babcie. Kobiety takie same jak ja.

Aby dotrzeć na daleką północ Ghany z nadmorskiej stolicy Akry, trzeba przez 20 długich godzin przedzierać się przez zakorkowane drogi. Tamtego dnia upał był nie do zniesienia, temperatury na północy sięgają nawet 43°C. Z głośników autobusu rozbrzmiewała ogłuszająca muzyka afrobeats. Jedna piosenka, z refrenem, który do dziś dudni mi w uszach, leciała w kółko. Gapiłam się przez okno, godzinami nie mogąc oderwać wzroku od trotros, lokalnych minibusów mknących obok nas.

Są jak ruchome murale, eksplozje koloru dające świadectwowiary i codziennych zmagań: od haseł „God Is In Control” i „Money Stops Nonsense”, przez „Fear Woman”, aż po prowokacyjne „Try Me”. Po części środek transportu, po części uliczny teatr, pędzą z pękniętymi deskami rozdzielczymi i dudniącym basem. Ich naganiacze, zwani mates, zwisają z otwartych drzwi i rytmicznie wykrzykują nazwy miejsc, jakby prowadzili sceniczny występ. Trotros to coś więcej niż transport – to pulsująca miniatura ducha Ghany: chaotyczna, pełna wiary i nieustannie w ruchu.

Na zewnątrz ponad 40°C. W środku – może 17. Klimatyzacja działała bez zarzutu. A ja, od zawsze, nienawidzę klimatyzacji. Zwłaszcza przy częstym wsiadaniu i wysiadaniu. Byłam jednak jedyną osobą spoza Afryki Zachodniej i jedyną, której to przeszkadzało. Milczałam więc.

Pod koniec podróży wymamrotałam pod nosem: „Cholerna klimatyzacja”. I dokładnie w tym momencie coś eksplodowało. Pojawił się dym. Zapadła cisza. Klimatyzacja przestała działać. Wszyscy w autobusie spojrzeli na mnie, jakby zobaczyli… czarownicę.

W końcu jechaliśmy do Gambagi, najsłynniejszego w Ghanie „obozu czarownic”.

Najstarszy obóz czarownic

W porannej ciszy Gambagi dym z ognisk unosi się powoli, wijąc się nad okrągłymi chatami z gliny. Suchy wiatr harmattan szepcze wśród łusek prosa porozrzucanych na ziemi.

Pierwsza kobieta, którą widzę, siedzi po turecku na zakurzonej ziemi i mieli kukurydzę, uderzając kamieniem w stałym rytmie. Zużyta bransoletka na jej kostce stuka o twardą ziemię, trochę jak ciche bicie serca. Tuż obok niej inna kobieta siedzi samotnie, wpatrując się w pustkę, z opuchniętymi stopami wyciągniętymi przed siebie. Kilka innych zbiera się w małych grupach: ich głosy unoszą się i opadają jak powiew wiatru. Niektóre są niewidome, wiele z nich nosi w sobie głębokie zranienia: fizyczne lub inne. Ich dłonie są zmęczone, przepracowane, a spojrzenia pełne historii. Po kilku godzinach spędzonych w obozie mam wrażenie, że myślą i mówią tylko o przeszłości.

Gambaga, położona w północno-wschodniej Ghanie, to najstarszy i najbardziej znany z tzw. obozów czarownic: miejsc wygnania dla kobiet oskarżonych o czary. Od ponad wieku trafiają tu kobiety wyrzucone ze swoich społeczności, często po aktach przemocy lub groźbach śmierci. Obecnie w Ghanie istnieje sześć takich obozów: Nabuli, Gambaga, Kpatinga, Kukuo, Leli Dabari i Gnani.

W Gambadze mieszka dziś 86 kobiet pod nadzorem i opieką lokalnego arcykapłana, Gambarrana Naa Yahaya Wuni, który według lokalnych wierzeń ma duchową moc rozstrzygania o winie lub niewinności.

Choć obóz zapewnia względne bezpieczeństwo, warunki są surowe: kobiety śpią w prostych glinianych chatkach, pokonują długie dystanse w poszukiwaniu drewna, żyją w skrajnym ubóstwie, z ograniczonym dostępem do wody, jedzenia i opieki medycznej. Niektóre mówią, że odeszłyby stąd, gdyby tylko miały dokąd pójść. Ale miejsca, które kiedyś nazywały domem, są dziś już tylko wspomnieniem.

Za cicho. Za głośno. Za bardzo

Jak zostaje się czarownicą? Można być zbyt wygadaną albo zbyt cichą. Można być osobą z  niepełnosprawnością albo po prostu mieszkać obok kogoś takiego. Może urodziłaś zbyt wiele dzieci albo nie mogłaś zajść w ciążę? Może zmarł twój mąż i stałaś się ciężarem dla rodziny, która i tak ledwo wiąże koniec z końcem? A może mąż po prostu chciał nową żonę, a ta nie chciała się nim z tobą dzielić. Może była powódź. Albo susza. Albo ktoś miał o tobie sen. Może uważano cię za zbyt uduchowioną. Albo za mało. Może odważyłaś się przemówić. Albo założyć kobiecą grupę wsparcia. A może pewnego dnia ktoś po prostu potrzebował kozła ofiarnego i akurat padło na ciebie.

Odwiedziny w obozach czarownic to rzadkość. Ale kiedy pojawia się ktoś, kto chce ich posłuchać, historie zaczynają płynąć. Jedna po drugiej.

Fati z Gnani: „Po śmierci męża mówili, że to ja go zabiłam. Stwierdzili, że jestem czarownicą”.

Mma Abiriwa z Gambagi: „Mój syn cierpi na zaburzenia psychiczne. Oskarżyli mnie o rzucenie uroku”.

Adiza z Kpatinga: „Moja synowa miała kilka poronień. Powiedzieli, że to moja wina”.

Wunagi, także z Gnani: „Przyśniłam się pewnemu mężczyźnie. Był przekonany, że to czary”.

Ama Salifu z Gambagi: „Moja młodsza siostra właśnie skończyła szkołę. Chcieli ją wydać za mąż, ale zaprotestowałam – była jeszcze dzieckiem. Wtedy nazwali mnie czarownicą”.

A potem przyszła Dinwaak. Niewidoma, powoli weszła do kręgu, nucąc pod nosem. Zamiast mówić zaśpiewała. Śpiewała coraz głośniej. Coraz wyraźniej. Inne kobiety zaczęły klaskać do rytmu. Tłumacz wyszeptał mi do ucha, że pewnej nocy jej mąż ostrzegł ją: sąsiadka twierdzi, że to przez Dinwaak ktoś ciężko zachorował.

Rano po nią przyszli. Torturowali ją. Oślepili. Uciekła, a jedynym możliwym kierunkiem była ucieczka do obozu.

– Nie ma już znaczenia, czy jestem czarownicą czy nie – śpiewała. – Sam fakt, że tu mieszkam, sprawia, że dla świata nią jestem.

Kiedy skończyła, nie mogłam usiedzieć w miejscu. Podeszłam do niej i przytuliłam. Stałyśmy tak w ciszy, a ona płakała. Potem szepnęła, że nikt nigdy tu jej nie przytulił. Że ludzie boją się jej dotknąć. Że tęskni za przytuleniem swoich dzieci i wnuków.

A potem zaczęła się ustawiać kolejka. Cicha, pełna napięcia. Jedna po drugiej kobiety podchodziły i prosiły mnie po prostu o uścisk. Piękne, złamane, kolorowe kobiety – wszystkie spragnione czegoś tak prostego jak ludzki dotyk.

Ukryty rozdział współczesnej Ghany

Kiedy przytulałam jedną czarownicę po drugiej, zadawałam sobie to samo ciche pytanie: jak to możliwe, że coś takiego nadal ma miejsce? Ghana jest przecież uznawana za ostoję stabilności w Afryce Zachodniej – pierwszy kraj na kontynencie, który uzyskał niepodległość, lider demokratycznych rządów, posiadający jeden z najlepszych systemów edukacyjnych w regionie. Jednak nawet tutaj, w kraju dążącym do postępu, niektóre kobiety pozostają uwięzione w wielowiekowym systemie strachu i wygnania.

Państwo oficjalnie potępia obozy. Jednak one nadal istnieją – ukryte z dala od wzroku, daleko od cywilizacji. Nie ma o nich wzmianki w krajowym programie nauczania. Nie ma lekcji historii, debat obywatelskich, podręczników opisujących, jak i dlaczego kobiety zostają skazane na dożywotnie wygnanie. To tak, jakby te miejsca – i kobiety w nich przebywające – istniały poza spojrzeniem opinii publicznej.

Na północy, gdzie znajduje się większość obozów, ubóstwo i ograniczona infrastruktura pogłębiają rozdźwięk między narodowymi ideałami a lokalną rzeczywistością.

Społeczności są ściśle ze sobą zżyte, przy czym ta bliskość ma swoje dobre i złe strony. Przynależność do wspólnoty zapewnia ochronę, a wykluczenie z niej – spowodowane wdowieństwem, starością lub izolacją – jest niebezpieczne. W głęboko patriarchalnej strukturze, gdzie miejsce kobiety jest w rodzinie męża, rozwód lub śmierć małżonka mogą sprawić, że zostanie ona pozostawiona sama sobie. Powrót do rodziny może wywołać spory o posag lub zmusić ją do pozostawienia dzieci. Tak powstały te obozy: nie był to oficjalny plan, lecz wynik wielopokoleniowej społecznej konwencji.

W przeciwieństwie do rodzin w Europie Ghana tradycyjnie opiera się na strukturze rodziny wielopokoleniowej – są dziadkowie, wujkowie, ciotki, kuzyni, a nawet bliscy przyjaciele rodziny. Dzieci są wychowywane nie tylko przez rodziców, ale przez całą społeczność. Decyzje dotyczące małżeństwa, ziemi i rozwiązywania konfliktów rzadko podejmuje sie samodzielnie. Rodziny postrzega się jako źródło tożsamości, wsparcia i ochrony: zwłaszcza dla matek i babć. Starsi powinni być otoczeni opieką, a nie wyrzucani ze wspólnoty. Jednak ta struktura załamuje się w obliczu oskarżeń o czary. Rodzina, niegdyś bezpieczna przystań, staje się miejscem potępienia. Ci, którzy kiedyś wychowali wieś, teraz muszą z niej zniknąć.

Trudno zignorować tę sprzeczność: instytucje Ghany mogą być nowoczesne, ale panika moralna wokół czarów pozostaje silna. Nie napędzają jej tylko tradycyjne wierzenia. Nowsze charyzmatyczne i zielonoświątkowe Kościoły  – w przeciwieństwie do wczesnych Kościołów misyjnych, które dystansowały się od lokalnego spirytualizmu – często wzmacniają narrację o opętaniu przez demony.

Przy takim traktowaniu kobiet istniejące zabezpieczenia prawne okazują się  niewystarczające. Napaść i morderstwo są wprawdzie przestępstwami, lecz nie ma krajowego prawa, które zabrania oskarżania kogoś o czary. Organizacje praw człowieka twierdzą, że kryminalizacja samego oskarżenia – a nie tylko przemocy, którą wywołuje – ma kluczowe znaczenie dla przerwania tego cyklu wykluczenia i przemocy. 

Za wiarą w czarną magię często kryje się coś bardziej przyziemnego: własność, władza lub po prostu chęć łatwego pozbycia się kogoś, kto nam przeszkadza.

W kraju, gdzie nowoczesność – bo niemal każdy sprzedawca przyjmuje płatności przez Mobile Money – i, jak widzimy, tradycja idą ramię w ramię, pytanie nie brzmi już: „Jak zamknąć obozy?”, tylko: „Jak przywrócić tym kobietom miejsce w historii Ghany?”.

Oskarżenie jako wyrok

Zanim kobieta trafi do obozu – wyniszczona fizycznie i psychicznie – wiele już się wydarzyło. Oskarżenie to dopiero początek. Jak opowiadają kobiety, które tu trafiły: jeśli raz zostaniesz uznana za czarownicę, każdy, kto staje po twojej stronie – dzieci, mąż, sąsiad, który odważy się zaprotestować – również będzie podejrzany. W tej logice wina jest zaraźliwa.

W jednej z wiosek kobietę przewieziono przez rzekę i porzucono po drugiej stronie. W innych pojawia się tłum: z kijami, kamieniami, benzyną. Nie ma procesu. Nie ma rozprawy. Jest tylko oskarżenie – i kara. Te kobiety, które nie chciały odejść, dziś żyją w obozach z bliznami po złamanych kończynach i uszkodzonym wzrokiem. Ich ciała wciąż pamiętają cenę niezgody.

Te, którym uda się uciec, ruszają w drogę. Godzinami. Dniami. Gdzieś kiedyś słyszały o tych miejscach – obozach dla czarownic. Idą więc w nieznane, podążając za fragmentarycznymi wskazówkami, z nadzieją na schronienie. Kiedy docierają na miejsce, zdyszane i przerażone, czeka je jeszcze jeden rytuał. Zabija się kurczaka. Jeśli padnie na grzbiet – kobieta zostaje oczyszczona, a czasem, choć niezwykle rzadko, rodzina przyjmuje ją z powrotem. Jeśli upadnie dziobem do ziemi – uznaje się ją za winną. Obóz staje się wtedy jej nowym domem.

W dziwny sposób obóz oznacza też bezpieczeństwo. Te skupiska chat, zbudowane na obrzeżach miast, nie są więzieniami – są azylem. Schronieniem nie tylko przed śmiercią, ale także przed odrzuceniem. Kobiety są tu karmione, czasem wspierane przez organizacje pozarządowe, sporadycznie odwiedzane przez dziennikarzy. Niestety, społeczeństwo – w większości – uznało tę przemoc i wykluczenie za normę. Oskarżenia o czary traktowane są jak coś lokalnego, rutynowego. Nikt z ich powodu nie ogłasza narodowego stanu wyjątkowego. Walka o godność została oddana marginesowi: obrońcom praw człowieka, kilku reporterom i samym kobietom.

A wszystko to – wygnanie, tortury, rytuał przyjęcia do obozu – dzieje się bez cienia dowodów. W Ghanie czasem wystarczy jedno zdanie, by wymazać kobietę z życia.

Rytm wygnania

Pomimo traum, oskarżeń i smutku życie w obozie toczy się swoim spokojnym rytmem. Wczesnym rankiem kobiety zbierają się, by wspólnie gotować: na otwartym ogniu przygotowują proste posiłki, ręcznie mielą kukurydzę. Niektóre uprawiają małe poletka na suchych obrzeżach miasta, inne tworzą kręgi modlitewne lub siadają pod drzewami neem, śpiewając w językach, których nauczyły się od siebie nawzajem. Rozmowy stają się codziennym rytuałem. Czasem przerywa je śmiech. Między chatami rozbrzmiewają pieśni – fragmenty melodii z odległych regionów, splecione w jedną nową…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Uwolnić się od kultu produktywności