Aby dotrzeć na daleką północ Ghany z nadmorskiej stolicy Akry, trzeba przez 20 długich godzin przedzierać się przez zakorkowane drogi. Tamtego dnia upał był nie do zniesienia, temperatury na północy sięgają nawet 43°C. Z głośników autobusu rozbrzmiewała ogłuszająca muzyka afrobeats. Jedna piosenka, z refrenem, który do dziś dudni mi w uszach, leciała w kółko. Gapiłam się przez okno, godzinami nie mogąc oderwać wzroku od trotros, lokalnych minibusów mknących obok nas.
Są jak ruchome murale, eksplozje koloru dające świadectwowiary i codziennych zmagań: od haseł „God Is In Control” i „Money Stops Nonsense”, przez „Fear Woman”, aż po prowokacyjne „Try Me”. Po części środek transportu, po części uliczny teatr, pędzą z pękniętymi deskami rozdzielczymi i dudniącym basem. Ich naganiacze, zwani mates, zwisają z otwartych drzwi i rytmicznie wykrzykują nazwy miejsc, jakby prowadzili sceniczny występ. Trotros to coś więcej niż transport – to pulsująca miniatura ducha Ghany: chaotyczna, pełna wiary i nieustannie w ruchu.
Na zewnątrz ponad 40°C. W środku – może 17. Klimatyzacja działała bez zarzutu. A ja, od zawsze,…